@ Zbyszek:
Pozwolę sobie od końca, ok? Ilekroć słyszę o urzędowym optymizmie polskich działaczy piłkarskich, nieodmiennie przypomina mi się czołówka skądinąd świetnego filmu pt. Nienawiść: Jest taki kawał o facecie spadającym z pięćdziesiątego piętra. Facet spada i powtarza sobie dla otuchy "jak na razie nie jest źle". "Jak na razie, nie jest źle". "Jak na razie - nie jest źle" W ogóle to "na razie" to taka Ekstraklasa w pigułce, nie sądzisz? Tak, wiemy. Mieliśmy wprowadzać wychowanków, budować akademie i w ogóle. Ale na razie musimy wygrać to i tamto, awansować tam i siam, nie spaść, etc. Tak, jasne. Mamy pełną świadomość, że kontynuacja myśli szkoleniowej ważna rzecz. Ale na razie musimy zatrzymać groźny zjazd i zastosować efekt nowej miotły. Tak, oczywiście. Sytuacja na trybunach nieco odbiega od ideału. Ale na razie zająć się nią nie możemy, bo (tu wpisz sobie dowolnie wybrany "powód", im bardziej idiotyczny, tym lepszy). Na razie to, na razie tamto, na razie siamto. I jakoś coraz mniej mnie dziwi, że rosnąca liczba kibiców wzorem Garma mówi Ekstraklasie, no cóż, "na razie!".
W każdej drużynie w czołówce było po kilku dobrej klasy graczy o czym mogą świadczyć coraz wyższe kwoty płacone przez zagraniczne kluby za naszych zawodników
Nieprawda. Rosnące ceny za nasze kopiące towary eksportowe świadczą nie o (zwyżkującej) klasie tychże towarów, a o szalejącej inflacji na rozwiniętych rynkach piłkarskich. Zobacz, całkiem jeszcze niedawno kwoty rzędu 30-40 mln euro uchodziły za wysokie, czasem wręcz ekstrawaganckie. Dziś poważny klub miałby problem, żeby ściągnąć za tyle sensownego bocznego obrońcę. Ceny prawdziwych gwiazd, zawodników kreujących grę topowych drużyn, strzelających tam bramki i napędzających marketing, poszybowały w rejony dziewięciocyfrowe. Tych marnych kilka baniek płaci się dziś za potencjał. Za takiego - z całą sympatią - klocka, jak Piątek, którego można oheblować, oszlifować, nauczyć taktyki i jeśli dobrze pójdzie, zrobić zeń drugiego Milika i za dwa-trzy sezony opchnąć dalej z parokrotną przebitką. A jeśli pójdzie źle, no cóż, no risk = no fun. Stać nas przecież.
To,że rywale byli od Legii słabsi nie znaczy,że byli słabi.
Ależ owszem, byli. Nieśmiało przypomnę, że po tzw. sezonie zasadniczym Lech prowadził, mając na koncie ledwie pięć porażek i będąc niepokonanym na własnych śmieciach. Tymczasem w rundzie finałowej - a więc wtedy, gdy powinna pokazywać się prawdziwa siła zespołu - na siedem spotkań wygrał ledwie raz, czterokrotnie zbierając w czapkę (wszystko u siebie!). Mówiąc wprost, w tym, jak to za wodą mawiają, money time Wasz największy rywal do tytułu kompletnie się rozsypał. Kolejny Wasz rywal, ten białostocki, takoż wywracał się o własne nogi, grając najgorzej akurat wtedy, gdy trzeba było grać najlepiej. Zresztą, podobne zarzuty można by skierować pod adresem całej reszty ligowców, jak najbardziej łącznie z tymi pasiastymi, aż po ten duet nieszczęśników, co to spadł. No, może nie całej, bo na rewelację ligi wyrosły dwie ekipy: banda smarkatych synków z biedującego Zabrza oraz płockie Stowarzyszenie Uczulonych na Pracę. Zaiste, piękne towarzycho. Nie muszę chyba dodawać, że znacznie gorzej świadczy to o lidze, niż o rewelacjach?
Co zaś się tyczy wymienionego przez Ciebie, rzekomo klasowego zaciągu Legionistów: cóż, widziałem ów zaciąg w kilkunastu spotkaniach. Czasem straszliwie się męczył z przeciwnikiem, z samym sobą, z murawą, z sędzią, z czym tam jeszcze i schodził z boiska pokonany. Kiedy indziej też się męczył, ale ostatecznie wygrywał. Nie pamiętam natomiast ani jednego spotkania, w którym gra Legii zmusiłaby mnie choćby do pokiwania głową z uznaniem (o aplauzie sza). Zresztą, nie musisz wierzyć moim wrażeniom. Liczby są wystarczająco wymowne. Jedenaście porażek i drugi sezon z rzędu, mimo gigantycznej przewagi budżetowej, drżenie po ostatnią kolejkę czy uda się wyprzedzić znacznie mniej zasobnych rywali.
A wracając do wrażeń: jak tam Twoje, Zbyszku? Powiedz mi, ale tak szczerze: zapamiętasz z tego sezonu choćby jeden mecz? Ale nie dlatego, że łobuzy wbiegli na murawę, czy też - przepraszam - koń na nią nasrał, tylko że działo się na niej coś naprawdę interesującego w sensie stricte sportowym. Bo ja nie. A że to nie pierwszy taki sezon, to... na razie.
pees.
Kwestii bandyterki po raz kolejny nie tykam, bo widzę, że mimo jakichś tam ewentualnych detalicznych różnic, ogółem się zgadzamy.
This is a comment on "Dlaczego rzucam Ekstraklasę?"
