@ Gawin:
ktoś tu chciał rozrywać sędziego końmi
Ba! Powiem Ci w sekrecie, iż ów ktoś nadal uważa to za całkiem niezły pomysł. Wróciłby przynajmniej nieobecny od, niestety, dłuższego czasu w reprezentacji Polski walor – nomen omen – rozrywkowy
Sądzę natomiast, że zupełnie niepotrzebnie aż tak mocno rozpamiętujesz ten brak awansu, zwłaszcza w kontekście dalszej pracy Urbana z kadrą. Znaczy owszem, zawsze to lepiej na mistrzostwa pojechać, niż nie, oczywista oczywistość. Uważam jednak, że nawet gdyby w finale baraży sędziował nam uczciwy arbiter, nie sprzedajna fleja splot okoliczności okazał się bardziej pomyślny i ostatecznie byśmy do tych Stanów pojechali, to najprawdopodobniej po to, by zebrać w trąbę od pierwszego poważniejszego przeciwnika i po trzech, góra czterech meczach po staremu z podkulonym ogonem wrócić na chatę. A wtedy całkiem możliwe, że w obecnej LN kadrę prowadziłby już kto inny. Nie da się zatem wykluczyć, że Urban tak naprawdę wciąż jest selekcjonerem głównie dlatego, że… przegrał baraż.
Niestety, jak na moje, nie da się również zaprzeczyć, że w chwili obecnej J.U. sam splata dla siebie stryczek. Jak sam bardzo trafnie zauważasz, jego forte to nie fenomenalna taktyczna wiedza (w pracy z kadrą niekoniecznie zresztą kluczowa), czy jakaś oszałamiająca charyzma, tlyko feelgood factor. W dobrych momentach to zawsze przecież był wesoły wujek Janek. Jakby jeszcze trochę przysmażony hiszpańskim słońcem, jowialny, uśmiechnięty, robiący wrażenie gotowości przytulenia do serducha całego otaczającego świata. Gość, w którego otoczeniu po prostu chciało się być. Tymczasem patrzę na niego teraz i coraz częściej dostrzegam jakąś pożałowania godną hybrydę późnego Brzęczka z późnym Probierzem: znerwicowanego, plującego żółcią frustrata, coraz mocniej zamkniętego w sobie i swej wyimaginowanej twierdzy. Smutne to.
@ Senator:
Ja tam nie wiem, Senatorze, z jakiej jestem bajki
Wiem za to, że drużyny klubowe, w jakich na co tydzień występują nasi kadrowicze, nie są może „ekstra”, jednak jak najbardziej są to solidne ekipy, nierzadko z bardzo przyzwoitych lig. Wiem też, że nikogo tam nie biorą za nadobne oczęta i promienny uśmiech, trzeba umieć grać w piłkę, chociaż trochę. I tego właśnie oczekuję od naszych reprezentantów. Że będą grali w piłkę. Nie spodziewam się, że zaczną nagle wycierać podłogę każdym kolejnym rywalem, kasować medale wielkich imprez, a przy tym wszystkim wycinać na boisku takie hołubce, że wszystkim kapcie pospadają. Nic z tych rzeczy. Chciałbym natomiast, aby…
O, zobacz: Wiktor Nowak. Wszyscy chłopaka po wczorajszym chwalą. No i, z jednej strony, zupełnie zasłużenie, bo debiut miał naprawdę przyjemny, oby tak dalej. Z drugiej: czy on zrobił coś z gruntu rzeczy niewiarygodnego? No nie. Po prostu grał w piłkę. Nie szukał alibi. Nie chował się za plecami bardziej doświadczonych i renomowanych kolegów. Nie wykoncypował sobie, że on przecież jest szósteczka, w dodatku debiutant, no to jak po prostu odda gałę najbliższemu i nic nie zepsuje, to już będzie gites-majonez. Nie, on tę piłkę wziął i – na miarę swojego talentu – zaczął szukać jakichś ofensywnych rozwiązań. Nie mogliby tak wszyscy? Nie że człapanko przez trzy kwadranse i dopiero po przerwie jakieś tam nieśmiałe zalążki akcji zaczepnych. Sędzia gwiżdże po raz pierwszy i już, jedziemy. Bo ci ludzie na trybunach zapłacili (całkiem zresztą słono) za dziewięćdziesiąt minut, nie za czterdzieści pięć, czy w ogóle dwadzieścia osiem. Bo ci przed telewizorami również zdecydowali się (no, w większości) poświęcić nam bite półtorej godziny. Gramy zatem. A że jakieś tam podanie nie dotrze do adresata? Że ten i ów strzał pofrunie trzy metry nad poprzeczką, albo zgoła w stronę chorągiewki? Senatorze, to jest reprezentacja Polski
Takie rzeczy się zdarzają, zawsze zdarzały i pewnie zawsze zdarzać będą
Oczekiwania wobec selekcjonera mam zresztą bardzo zbliżone. Chciałbym, żeby po prostu, na miarę swoich możliwości, wykonywał swoją pracę. Bez grzęźnięcia we własnych uprzedzeniach i idiosynkrazjach. Pytasz kogo Urban nie powołał, a powinien? No choćby Gurgula i Czubaka. Po dekadach (!) posuchy doczekaliśmy się wreszcie lewego obrońcy. Nie przestawionego stopera, nie przekonwertowanego skrzydłowego. Lewego obrońcy z wiodącą lewą nogą, którą w dodatku potrafi zazwyczaj kopnąć piłkę tam, gdzie chce. I ma całkiem niezłe stałe fragmenty. W obliczu rosnących problemów w ataku, warto by też zauważyć, że mamy całkiem skutecznego napastnika o bardzo przyzwoitych warunkach fizycznych. Oczywiście, w żadnym wypadku nie zamierzam twierdzić, że panowie M.G. i K.C. wywindowaliby Biało-Czerwonych do poziomu faworyta następnych ME. I tak, jasne, mam świadomość, że obaj grają „tylko” w Ekstraklasie. Powiedz mi jednak, Senatorze, czy Gurgul zagrałby wczoraj gorzej, niż Frankowski (o Kiwiorze nie wspominając)? O Czubaka i Lewandowskiego nawet nie pytam, bo Robercik w takiej formie, jak w ostatnim meczu, miałby problem z występami nawet w tzw. I lidze.
This is a comment on "Ligi Narodów czas"
