- Kategoria: Trybuna komentatorów
-
Zaczynają się schody?
Sezon 2012/13 wkracza w decydującą fazę. Od mistrzostwa Polski dzieli nas zaledwie siedem kroków, przy stawianiu których nie możemy dopuścić do utraty czterech punktów przewagi nad Lechem. Wydaje się, że trzymamy w garści wszystkie atuty - jest przewaga punktowa, jest atut własnego boiska w decydującym być może starciu z jedynym pozostałym na placu boju kontrkandydatem do wywalczenia tytułu.
Na stronach poświęconych naszemu klubowi trwa spór, czy i na ile można porównać miniony sezon z obecnym. Są analogie, wszak Legia przewodzi ligowej tabeli przed ostatnią prostą, a na boisku rządzi wielu piłkarzy, którzy nadawali ton również zespołowi dowodzonemu przez Macieja Skorżę. Z drugiej strony, nasza punktowa przewaga jest obecnie większa, rywali jest mniej, na ławce Legii zasiada inny szkoleniowiec, drużyna dysponuje kadrą umożliwiającą dość swobodną rotację wyjściowym składem.
Przypomnijmy terminarz najbliższych legijnych, ligowych potyczek:
Piast (w) 27.04, 18:00
Lechia (d) 05.05, 14:30
Jagiellonia (w) 11.05, 18:00
Lech (d) 18.05, 13:30
Widzew (w) 25.05
Ruch (w) 29.05
Śląsk (d) 01.06
Drogi do tytułu na pierwszy rzut oka widać dwie. Możemy ograć Lecha na Łazienkowskiej, to oznaczałoby, że w pozostałych sześciu meczach poznaniacy musieliby być lepsi od nas aż 8 punktów, takie zestawienie naszej zapaści z szatańską skutecznością Lecha wydaje się nieprawdopodobne. Pamiętajmy jednak, że z decydującymi o mistrzostwie meczami rozgrywanymi na naszym stadionie, bywało różnie (Górnik, dwukrotnie Widzew), za to Lechowi zdarzyło się kiedyś świętować mistrzostwo na Łazienkowskiej, choć o bezpośredniej rywalizacji nie było wówczas mowy. Kumulacja całej energii na ten jeden mecz jest zatem dość ryzykowna. W razie wpadki, pozostaje jeszcze droga druga, wygranie pozostałych meczów, które matematycznie uniemożliwi Lechowi zniwelowanie istniejącej przewagi.
Jest też droga trzecia - bo czemu niby mielibyśmy jakoś rozpaczliwie tej przewagi bronić, skoro można ją powiększyć? Możemy przecież zmiażdżyć Lecha na Łazienkowskiej, wygrać większość z pozostałych meczów (choćby i w mało spektakularnym stylu ostatnich ligowych meczów), a po zakończeniu sezonu śmiać się do rozpuku z powyższych rozważań i obaw, że Lech mógłby nas dogonić.
Kto się jednak spodziewa, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie jest w błędzie, zwłaszcza jeżeli tak myślą piłkarze, może spotkać ich i nas głębokie rozczarowanie.
Nie po to żeby oddawać się czarnowidztwu, malkontenctwu, ale żeby uczyć się na błędach, wyciągać wnioski z przeszłości, ku przestrodze, prezentujemy fragmenty kilku zeszłorocznych tekstów zamieszczonych na czarnej -eLce.
Po remisie z Widzewem:
"Banalnym, ale gorzkim stwierdzeniem jest teza, że Mistrzostwo zdobywa się nie w bezpośrednich pojedynkach z pretendentami do tytułu, ale właśnie w zwycięstwach z poślednimi ligowymi rzemieślnikami. (...) remisy i z Bełchatowem i z Widzewem bolą, bo jednak są raczej wymierną stratą niż zyskiem. Banał! Nie bez kozery porównałem jednak te dwa mecze, bo w obu scenariusz był podobny, gdy powstawało wrażenie, że Legia kontroluje przebieg spotkania, raczej panuje na boisku i bardziej realny wydaje się kolejny bramkowy zysk niż strata, właśnie ta druga ewentualność następuje, a po niej pewność własnej przewagi, cierpliwe rozgrywanie potwierdzające futbolową wyższość, kreowanie kolejnych bramkowych sytuacji, gdzieś ulatuje, pryska niczym bańka mydlana.(...)
Bramka strzelona liderowi ligi, niestety, ale jest nie tylko stratą w najważniejszym wynikowym bilansie, jest również uszczerbkiem w mentalnym nastawieniu drużyny, który przenosi się na dalsze jej funkcjonowanie. Sumienne i cierpliwe wykazywanie własnej supremacji, zastępuje nerwowość, chaos, większe poleganie na indywidualnych zagraniach niż zespołowych, kolektywnych akcjach. (...)
Stracony gol nie może być powodem do utraty pewności siebie, zmian koncepcji, determinacja i wiara w końcowy pozytywny efekt, muszą być na tym samym poziomie bez względu na doraźne okoliczności, od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty. W każdym z pozostałych meczów Legia będzie faworytem i z tą presją musi sobie poradzić, słowa Michała Żewłakowa o walce z samym sobą, nabierają na finiszu rozgrywek kluczowego znaczenia."
Po remisie z Jagiellonią:
"Legia tylko zremisowała z Jagiellonią Białystok 1:1. Ten wynik oznacza, że podopieczni Macieja Skorży zachowali pozycję lidera ligowych rozgrywek, ale strata punktów w meczach z Lechią lub Koroną najprawdopodobniej oznaczać będzie, że jeden z rywali czyhających za plecami legionistów przysłowiowym 'rzutem na taśmę' odbierze nam tytuł. (...)
Frustracja w legijnym narodzie była w niedzielę istotnie ogromna. Gwizdy zaczęły towarzyszyć poszczególnym zagraniom naszych zawodników już od mniej więcej trzydziestej minuty pierwszej połowy. Poniekąd tę prostą reakcję przyczynowo - skutkową rozumiem, chociaż ze swojej strony uważam, że niemoc Legii miała podłoże całkowicie piłkarskie, absolutnie nie będąc pochodną niedostatecznie rozwiniętych czynników wolicjonalnych, jak zdawały się sugerować trybuny.(...)
Legia wczoraj nie była w stanie zagrać lepiej. Wyraźnie brakowało nam mocy i szybkości, ewidentnie szwankowała dokładność podań, boleśnie zawodziła precyzja przyjęcia piłki, kompletnie nie dopisywało szczęście pod bramką Sandomierskiego. Był nawet taki fragment drugiej połowy, już przy stanie 1:1, kiedy pomyślałem, że dobrze byłoby żeby ten mecz... już się skończył, bo prędzej jedna z kontr Jagiellonii przyniesie gościom drugą bramkę (...)
Ze swojej strony nie mogę pogodzić się z tym, że Legia jakoś nie chce (nie umie?) ruszyć na przeciwnika od pierwszych minut meczu, że wyczekujemy, wymieniamy dziesiątki podań w środku pola, że zaczyna nam się spieszyć dopiero wtedy gry jest już bardzo późno. Legia nie jest drużyną profesorów piłki nożnej. Nie przestaje zadziwiać mnie, że w dwudziestym ósmym meczu ligowym tego wyczerpującego sezonu my sprawiamy wrażenia jakbyśmy nadal wierzyli, że przeciwnik poda nam zwycięstwo na tacy. Było już przecież dość dowodów na to, że jeżeli nie wybiegamy, nie wywalczymy, nie wyszarpiemy swojego - nie wygramy. Rzecz jasna zmęczenie fizyczne i mentalne odgrywa tu swoją rolę, ale przebieg meczu dowodzi, że można było zepchnąć Jagiellonię do głębokiej defensywy, zasadne w związku z tym wydaje się pytanie czy naprawdę trzeba czekać, aż adrenalina pchnie nas do szturmu w ostatnich dziesięciu minutach meczu?"
Po przegranej z Lechią w Gdańsku:
"Ku rozpaczy kibiców Legii seria słabych ligowych występów naszej drużyny została przedłużona w Gdańsku. Po zasłużonej porażce z Lechią żegnamy się z fotelem lidera Ekstraklasy. (...)
W żadnym wypadku nie należy sądzić, że oto tracimy w tym momencie tytuł na rzecz drużyn od nas słabszych, mniej godnych mistrzowskiej korony. Prawda o zdobywaniu tytułów jest banalnie prosta - trofeum zawsze zdobywa zespół najrówniejszy w przekroju całego sezonu, najmocniejszy psychicznie, po prostu... najlepszy. Liczą się punkty, liczą się fakty, cała reszta jest niczym więcej niż tylko bezwartościową paplaniną. To że rozbiliśmy Śląsk we Wrocławiu 4:0, to że Ruchowi wbiliśmy w trzech meczach sezonu 2011/12 sześć bramek, nie tracąc przy tym żadnej, w najbliższą niedzielę stanie się tylko naszym własnym legijnym 'złotym rogiem' niczym z dramatu Wyspiańskiego, w beznadziejnie głupi sposób zgubionym gdzieś na na zielonej murawie.(...)
Jedynym scenariuszem, który przy konkurencji przeciętnej, w dodatku pozostającej wyraźnie za naszymi plecami, mógł zrzucić nas z pierwszego miejsca. 1:1 z Widzewem w Łodzi, 0:1 z Lechem w Warszawie, 1:1 z Jagiellonią u siebie i wreszcie 0:1 w Gdańsku. Te wyniki znamy i liczyć niestety umiemy. Dwa punkty na dwanaście możliwych. D-W-A! Abstrahując od wcześniejszego przebiegu rozgrywek, w tamtym momencie na pięć kolejek przed końcem wsiedliśmy do wypasionej 'beemy', żeby ścigać się z wysłużonymi golfami i fabiami. Ale jak się okazuje, nie tylko na drodze czasem bywa tak, że 'szarak' straci cierpliwość do cwaniaka niespiesznie podążającego swoją wypasioną furą i wyprzedzi go przy dogodnej okazji.(...)"
Jeden fragment komentarza do tej ówczesnej mowy pogrzebowej:
piątek, 04 maja 2012, 02:16, Senator:
"Przegraliśmy bój z koalicją piętnastu zespołów naszej ligi która to za główny cel postawiła sobie aby nasza drużyna nie zdobyła mistrzostwa. Bezsprzecznie trzeba tu napisać ze plan został raczej na pewno zrealizowany. (...)"
Rok temu ani, zdeklasowanie Śląska, ani prestiżowo dotkliwa porażka z Lechem u siebie na Ł3, w ostatecznym rozrachunku nie miały większego znaczenia. Konfrontacje z potentatami się „zniosły”, kluczowe były wyniki z aktorami drugiego planu, właśnie remisy z Widzewem i Jagą, porażka z Lechią, która okazała się gwoździem do trumny.
Obecnie mamy serię spotkań z „maluczkimi”, w wyścigu po tytuł może być istotniejsza od tego „starcia tytanów” 18 maja o 13:30!
Rok temu właśnie w meczach takiej „pośledniejszej” kategorii daliśmy tyłka, a teraz nie będzie łatwiej, uwzględniając przeplatankę z finałami Pucharu Polski.
Jeżeli Rado, Vrdoljak, Ljuboja, Astiz, Jędza, Wawrzyniak wyciągnęli wnioski z zeszłego roku, to właśnie w tej chwili mają szansę to udowodnić, właśnie w tych meczykach, w których Legia będzie ponownie faworytem.
Można się spierać, czyj potencjał pierwszej jedenastki jest większy, nasz czy leszków, obojętnie, przewaga jednych lub drugich nie jest tak zdecydowana, żeby każdy wynik meczu „na topie”, nie był możliwy. Sztampowo i banalnie można zaprezentować twierdzenie, że decydować będzie „dyspozycja dnia”. W meczach z Piastem, Lechią, Jagą, tak być już nie powinno, nawet jeżeli przeciwnik zainkasuje „dzień konia” to Legia winna być w stanie to przełamać.
Oczywiście, to sport, a nasza teoretyczna wyższość, nie jest też aż taka, żebym wymagał bezwarunkowej wygranej, ale spodziewam się i oczekuję mobilizacji, determinacji, skupienia a zarazem opanowania i konsekwencji w realizacji nałożonych celów w meczu z Piastem i następnych, tak jakby to miała być potyczka z Lechem.
Rok temu, uwzględniając słowa Żewłaka można stwierdzić, że Legia przegrała z sobą samą, oby zmądrzał Polak legionista po szkodzie!
Dopiero po najbliższych trzech kolejkach uzyskam odpowiedź, czy jest mentalna różnica pomiędzy Legią zeszłoroczną, a obecną. Nie warunkuję tego wynikami, ale poziomem wykazanej koncentracji, ta powinna być na miarę momentu decydującego o mistrzostwie Polski. Taką rangę będą miały trzy najbliższe mecze.
Nie chce mi się wierzyć, że do meczu bezpośredniego 18 maja, w tabeli utrzymają się 4 punkty różnicy. Dziś sądzę, że ta przewaga się zmniejszy.
Pewnie kartki i kontuzje, nieuniknione w rytmie: dwa mecze na tydzień, też zrobią swoje.
Konkurenci ligowi pewnie nie zgubią żadnych punktów po drodze. Grają bardziej przekonująco tej wiosny, mają nawyk wygrywania na wyjazdach, a ostatnio - też u siebie, a pewnie też mniej zdeterminowanych niż przeciwko Legii rywali.
A Legia? Jest wątek o nadchodzącym meczu z Jagiellonią w "na aucie". Tak to widzę jak dyskutanci. Ale i w pozostałych dwóch meczach ta przewaga może stopnieć. Nie gramy tej wiosny na tyle dobrej piłki, aby można było bez wątpliwości oczekiwać 3 zwycięstw w trzech najbliższych meczach ligowych.
Jeszcze ten finał PP: diabli nadali.
Więcej jest w nim do stracenia (ryzyko kontuzji, strata sił, nadwyrężony prestiż, zepsuty nastrój) niż do ugrania (drugorzędne, w zestawieniu z ligą, trofeum, niepotrzebne tym razem jako przepustka do pucharów).
Wygrywając dwumecz w finale PP, Śląsk, który może wszystkie siły zaangażować w te rozgrywki, odpuszczając zupełnie ligę, pewnie urządzi kolejną, tak jak po zwycięstwie w lidze rok temu, wielką demonstrację radości z powodu niepowodzenia Legii (bardziej niż z powodu własnego triumfu w drugorzędnych rozgrywkach).
Ja dzisiaj zupełnie nie widzę dobrego zakończenia tego sezonu.
Czy to się komuś podoba czy nie, czy uważa tak, albo siak to mecz z Lechem 18 maja będzie najważniejszy i będzie meczem o wszystko czyli o prestiż i o honor i o Mistrzostwo. Można sobie mówić jak Rejsik, że każdy mecz jest o tyle samo punktów i to jest taki sam mecz jak inne. Tylko że to jest nieprawda. Dla kibiców, zawodników i trenerów będzie to wydarzenie epokowe, również dlatego, ze obie drużyny zdominowały inną konkurencję. Tak naprawdę to w sztabach szkoleniowych trwają od dawna przygotowania na ten mecz jak by był on jedynym w rundzie. Trener Rumak doskonali mikrocykl treningowy tak, aby na dzień meczowy forma była optymalna. Wyucza, wytrenowywuje i wyćwicza schematy taktyczne w oparciu o zgranie zespołu, wzajemne zaufanie i poczucie wartości i wyższości. Stara się zorganizować grę Lecha tak, aby przejście z obrony do ataku zajmowało jak najmniej czasu i podobnie ustawienie się w defensywie. Ponoć ma efekty. Dlatego tak obsobaczył piłkarzy po meczu z Lechią, gdyż zagrali jak podwórkowcy.
U nas trener Urban szuka najlepszego zestawienia personalnego i oszczędza zawodników mających nawet drobne urazy. Zwiększa obciążenia teraz, aby efekty świeżościowe przyszły na Lecha. Stara się przy tym, aby najlepsi nie byli niewolnikami schematów, ale aby kreowali grę.
Wie, ze tu jest nasza nad nimi przewaga. Mamy bardziej uzdolnionych i inteligentniejszych piłkarzy. Oby tylko jak w ubiegłym roku nie przepili Mistrzostwa po Pucharze Polski. O szczegółach taktycznych napiszę przed samym meczem.