- Kategoria: Trybuna komentatorów
- Garm
-
Cal za calem, czyli drużyna po amerykańsku
Trener Maciej Skorża, dla wielu kibiców i komentatorów wróg publiczny numer 1, mówił po ostatnim meczu w Łodzi, że z trybun widać więcej, niż z ławki rezerwowych i zastanawiał się, czy w kolejnych meczach nie wysyłać na trybuny któregoś ze swoich asystentów. Skorża przywołał tu przykład futbolu amerykańskiego, w którym koordynatorzy poszczególnych formacji decydują o konkretnych zagraniach z miejsc w lożach o doskonałej widoczności. Przed jutrzejszym finałem Pucharu Polski trener Legii mógłby skorzystać z jeszcze jednego amerykańskiego patentu.
Chyba każdy fan futbolu amerykańskiego zna film Olivera Stone'a "Any Given Sunday" (w Polsce puszczany pod tytułem "Męska gra"). Prezentuje losy fikcyjnej drużyny prowadzonej bez większych sukcesów przez doświadczonego, ale steranego życiem trenera-wyjadacza. W początkowej fazie filmu Rekiny (bo tak się ta drużyna nazywa) tracą z powodu kontuzji rozgrywającego, którego miejsce zajmuje bezczelny, ale utalentowany młokos. Chłopak prowadzi zespół do sukcesów, ale i zmaga się z nagłym atakiem sodówki, a przy okazji poważnie dzieli szatnię, za nic sobie mając kształtowane latami hierarchie. Ostatecznie to, czy Rekiny awansują do fazy finałowej ligi, do rozgrywek play-off, jest uzależnione od wyniku jednego meczu.
Przed tym meczem grany przez Ala Pacino trener motywuje swoich podopiecznych. Ta zaledwie czterominutowa scena stała się wręcz ikoną przywoływaną niemal zawsze, gdy mowa o motywacji w sporcie (ale i innych dziedzinach życia, bo z tego fragmentu filmu korzystają też rozliczni menedżerowie i prowadzący szkolenia ze wszelkich możliwych branż). Sam klip można bez większego wysiłku znaleźć w sieci, ja pozwolę sobie tutaj przetłumaczyć tekst przemowy.
Tak w zasadzie to nie wiem, co powiedzieć. Tylko trzy minuty dzielą nas od najważniejszej batalii naszego zawodowego życia. Wszystko sprowadza się do tego, co zrobimy dzisiaj. Albo drużynowo zaleczymy nasze rany, albo rozpadniemy się w proch. Cal za calem, akcja za akcją, aż będziemy skończeni. Wszyscy jesteśmy teraz w piekle, panowie. Możecie mi wierzyć. Możemy tu zostać i pozwolić, żeby przeciwnik skopał nam dupska, albo wywalczyć sobie powrót do światła. Możemy wyjść z piekła, wspiąć się na powierzchnię. Cal za calem.
Ja tego za was nie zrobię. Jestem za stary. Widzę wokół siebie wasze młode twarze i myślę sobie... Podjąłem wszystkie fatalne decyzje, jakie może podjąć facet w średnim wieku. Choć trudno w to uwierzyć, przeputałem wszystkie pieniądze. Odepchnąłem od siebie każdego, kto kiedykolwiek mnie kochał. Ostatnio nie potrafię nawet spojrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Kiedy się starzejesz, tracisz pewne elementy życia. Tak już po prostu jest, ale dowiadujesz się o tym dopiero wtedy, kiedy już coś utracisz. Orientujesz się wtedy, że życie to gra, w której liczą się pojedyncze cale. Tak jak futbol. W obu tych grach, życiu i futbolu, margines błędu jest minimalny. Pół kroku za późno albo pół kroku za wcześnie i nie dajesz rady. Pół sekundy za wolno albo pół sekundy za szybko i nie chwytasz piłki. Te tak potrzebne nam cale są wszędzie dookoła nas. W każdej przerwie w grze, w każdej minucie i w każdej sekundzie.
W tej drużynie walczymy o te cale. W tej drużynie damy się pokroić za te cale - wszyscy razem i każdy z osobna. Jesteśmy gotowi te cale wydrapać paznokciami z ziemi. Dobrze wiemy, że po zsumowaniu tych wszystkich cali będziemy mieli coś, co odróżnia wygraną od porażki. Życie od śmierci.
Wiecie... w każdej walce o ten cal wygra gość, który jest gotowy dla niego zginąć. Ja z kolei wiem, że jeśli mam mieć jeszcze jakiekolwiek życie, to właśnie dlatego, że jestem gotów walczyć o ten cal i za niego umierać. Na tym polega życie. To te sześć cali przed twoją twarzą.
Nie mogę was zmusić do tej walki. Każdy z was musi spojrzeć na sąsiada. Spojrzeć mu w oczy. Myślę, że zobaczycie w nich, że to gość, który jest gotów walczyć z tobą o ten cal. Że zobaczycie gościa gotowego poświęcić się dla tej drużyny, bo wie, że w razie czego ty zrobisz dla niego dokładnie to samo.
Na tym polega drużyna, panowie. Albo drużynowo zaleczymy nasze rany, albo umrzemy pojedynczo. Na tym polega futbol. Tylko na tym. Co wy na to?
W ostatnich dyskusjach na łamach "Czarnej-eLki" niektórzy poddają w wątpliwość zdolności motywacyjne trenera Skorży. Ja nie mam żadnej wiedzy w tej kwestii; nie dane mi było uczestniczyć w jego odprawach, nie wiem też, co na ten temat sądzą najbardziej zainteresowani, czyli piłkarze Legii. Sądząc jednak po tekście jednego z najlepiej poinformowanych legijnych dziennikarzy, Marcina Szymczyka mogę podejrzewać, że powyższa przemowa nie byłaby w legijnych warunkach czymś bardzo niezwykłym. Ot, zamienić cale na centymetry, chwytanie piłki na jej wpakowanie do siatki, opuścić fragment o przeputaniu fortuny i spoglądaniu w lustro... Przed wtorkowym meczem ważne jest to, czy drużyna zdoła po raz kolejny w tym sezonie przemóc własne słabości i zatryumfować. Ale też czy my, jej kibice, zdołamy przejść do porządku dziennego nad dzielącymi nas różnicami i zjednoczyć się we wsparciu dla naszych piłkarzy.
Ja wierzę, że odpowiedź na oba te pytania jest twierdząca.
Jako miłośnik prostszych środków wyrazu, ze swojej strony dodam że król Theoden też dał radę
Poważnie mówiąc, ze wszystkich zarzutów, które ewentualnie mógłbym postawić Skorży, jego rzekomy brak talentu motywatora znajduje się na szarym końcu listy. Skorża może nie jest charyzmatycznym liderem, ale jak na mój gust w ogóle takim być nie musi.
Wątek, którego kontynuacją jest wpis autora, postrzegam raczej jako rozważania dotyczące kwestii ogólnie pojmowanego panowania nad drużyną tak podczas treningów, jak i podczas konkretnych meczów.
dla mnie że polecę klasykiem "szalenie ważny "jest autorytet i wzajemne zaufanie. Ufasz i wierzysz w swoich ( ważne!) chłopaków łatwiej do nich dotrzesz .Wierzysz szanujesz trenera lepiej i pełniej odbierzesz jego słowa.
Dziś po raz pierwszy się przekonamy czy działamy zgodnie z mottem czterech muszkieterów - jeden za wszystkich wszyscy za jednego. To będzie widać i czuć niezależnie od wyniku. To jest tylko sport wygra lepszy na ten moment a że będziemy to my świecie wierze.
Jak że różny od tego opisanego we wspaniałym artykule naszego młodego kibica Garma
Po porażce się budzę i już mija mi gul
I znów wierze, choć pewnie znów ktoś ma nas za durni.
Ja wiary, nadziei, optymizmu mam multum.
Mam jedno życie, jedno serce, liczy się jeden klub.
Legia na zawsze aż rzucisz szalik na mój grób,
Nie mów mi kurwa że to jakiś patos,
Przyjdź, spytaj moich ziomów zanim światło zgaszą...."
znów w pociąg i znów pewny wygranej
Garm
No i niech grają na zdrowie, będę im z całego serca kibicował. Ale mam wewnętrzne przeczucie, że to Radović strzeli jutro jedną z bramek dla Legii.
Dziękuję i zapraszam do ciągu dalszego "chocholego tańca"
PUCHAR JEST NASZ!!!
Święta prawda
Możemy sobie myśleć dyskutować czy są zmotywowani czy motorycznie jest źle
Przychodzi mecz i mamy odpowiedź na wszystkie nasze wątpliwości. Teraz już z górki
zostały tylko trzy
Dominacja w pierwszej połowie, agresja, odbiór piłki, przygotowanie motoryczne
Powtarzalne akcje na skrzydłach, powtarzalne akcje w środku, coś jednak na tych treningach robią.
A i specjalne pozdrowienia dla Pana Zarzyckiego który swoim felietonem doprowadził mnie do furii
P.S. Chocholi taniec nie jest zły
Powiem tyle - taką drużynę chciałem oglądać od początku rundy - bezwzględną - walczącą i skuteczną.
Żyro dzisiaj Man of the Match, nawet Ljuboja nie krzyczał na niego gdy Michał zamiast do niego podać strzelił na bramkę. Skorża znów jest najlepszym polskim trenerem
Teraz jeszcze trzy finały i oby to wyglądało identycznie jak dzisiaj, bo szczerze mówiąc już zwątpiłem, że może być tak pięknie.
Chyba faktycznie musimy grać o poważną stawkę, jakieś pierdołowate międzymecze są po prostu zbyt powszednie dla naszych super bohaterów.
Żałuję tylko jednego - przy prowadzeniu 3-0 powinni wejść na boisko młodzi, chyba, że Skorża chciał uhonorować zawodników, którzy weszli, tylko w tym wypadku jestem mu w stanie wybaczyć.
Puchar jest nasz!
Co do młodzieży... Wolski to młodzież. Rzeźniczak jest bardziej doświadczony od Furmana czy Łukasika, ale trudno go nazwać starym repem. A Kiełbowicz to naturalny zmiennik Wawrzyniaka, który ma ostatnio lekki problem fizyczny. Być może zaraz ktoś wyskoczy, że to przecież sabotaż, ale ja tak tego nie widzę
Wydaje mi się, że za szybko się przyzwyczajamy do zawodników.
Błyskawicznie wręcz zaliczamy ich do "starych", apelując wciąż o kolejne zastępy utalentowanych młodych.
Przypomnę tylko, że wczoraj w finale Pucharu Polski w drużynie Legii Warszawa (jak wiemy triumfatora tych rozgrywek) wystąpili: Michał Żyro - 19 lat, Michał Kucharczyk - 21 lat, z ławki wszedł natomiast Rafał Wolski - 19 lat. To są młodzi gracze, dorzucanie kolejnych to jednak spore ryzyko. W tym wieku nigdy nie można być pewnym formy z jaką wejdzie w mecz taki zawodnik, stad potrzeba ograniczani ilości nieopierzonych młokosów na murawie.
Ryzykownie na tym poziomie rozgrywek już raczej nie jest wskazane. Poza tym przychylam się do opinii Garma, na murawę weszli naturalni zmiennicy, a w dodatku takim zasłużonym graczom jak Tomek Kiełbowicz pewne rzeczy się należą. Choćby za cały sezon "gotowości" i trwania w świetnej formie, bez narzekań, bez kręcenia nosem.
Rozumiem, że Wawrzyniak i Żewłakow zeszli ze względu na kontuzje, ale wydaje mi się, że przy prowadzeniu 3-0 po pół godzinie gry można się było dać powąchać murawę jednemu młokosowi z doświadczeniem na poziomie Efira czy Furmana, komuś z drugiego szeregu naszej młodzieży.
Miejsc jest jednak tylko 10, więc po czasie stwierdzam, że jednak nie będę robił wyrzutów naszemu Panu trenerowi