- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- iocosus
-
Kapłani futbolowego mikrofonu
Jesteśmy zawsze tam,
Gdzie nasza Legia gra
Aejao hej Legia gol...
Tak śpiewają najzagorzalsi i najaktywniejsi kibice, gotowi za swą drużyną przebyć tysiące kilometrów, ci nieco mniej zagorzali w ten sposób podśpiewują sobie cicho pod nosem, siadając na kanapie przed telewizorem.
Ci pierwsi na tych drugich patrzą z wyższością, ale i ci drudzy w dużej części są zakręceni. Jeśli oprócz tele-mentalnej integracji z drużyną, pasjonują się jeszcze futbolem jako grą, to przed szklanym ekranem potrafią spędzić dużą część swego żywota, nie mniejszą niż poświęconą na dojazdy z i do pracy w korkach, a to już są tysiące godzin. To na nich, kobiety ich życia, patrzą z wyrzutem, nie rozumiejąc czemu ich partnerzy zamiast wspólnego z nimi śledzenia losów bohaterów M-miłosnych perypetii, spełnianych przecież na dobre i na złe, wybierają gapienie się na 22 facetów bawiących się w jakąś odmianę ganianego berka z użyciem kiedyś skórzanej, a obecnie syntetycznej kuli.
Gdy miałem lat naście, gdyby ktoś mi powiedział, że będzie mi dana możliwość oglądania wszystkich meczów danej kolejki Ekstraklasy, przyjemność jeszcze względna i wątpliwa, ale oprócz tego śledzenie w przekazie „live” spotkań ligowych z Anglii, Niemiec, Hiszpanii, Francji plus rozgrywki pucharowe i jeszcze reprezentacyjne, a nawet jak mi się zachce zboczyć na bardziej niszowy sportowy kanał, to i na futbol brazylijski lub argentyński się załapię, to uznałbym, że jestem w niebie. Teraz w tym raju, z magiczną różdżką pilota, o dziwo konstatuję, że stałem się bardzo wybredny, zdarzy się, że nawet elektryzujący medialnie mecz potrafię zignorować, a przy tych powszedniejszych, wstyd się przyznać, wzruszam ramionami, porzucając różdżkę w jakiś kąt.
Może i nieba niegodzien, ale w momentach nawrócenia, gdy w matuzalemie nastolatek się odzywa, chłonę te mecze, repry, LM i LE, pokuta radochę mi sprawia, a wraz z nią wsłuchuję się w głos kapłana z migającego okienka. Czasem, a w zasadzie przeważnie odprawiających jest dwóch, niekiedy swym świątobliwym kazaniem potrafią mnie wkurzyć niemożebnie, wówczas staję się antyklerykałem, ale gdy mi w przeżywaniu emocji nie przeszkadzają, albo wręcz w czerpaniu wrażeń dopomagają, wówczas chwilę celebruję z najwyższą satysfakcją i w należnym uniesieniu.
Rzecz będzie właśnie o rzekomych „kapłanach”, czyli piłkarskich telewizyjnych komentatorach.
Zacznijmy od dykteryjki z „prehistorii” opisanej piórem (lub raczej klawiaturą) Krzysztofa Miklasa:
„Otóż w dwumeczu o Superpuchar (czterdzieści lat temu - wiosną 1975 - na stadionie Dynama w Kijowie) spotkały się dwie fantastyczne wówczas drużyny. (Komentował sprawozdawca zapamiętany jako raczej hokejowy - Stefan Rzeszot, przyp. wł.) Dynamo było niemal równoznaczne ze sborną, czyli reprezentacją ZSRR, Bayern Monachium był naszpikowany gwiazdami najwyższego formatu. U gospodarzy bramki bronił słynny Jewgienij Rudakow, w ataku szalał Oleg Błochin (zdobył wtedy „Złote Buty”). W zespole gości grały takie sławy jak mistrzowie świata A.D. 1974 bramkarz Sepp Meier, stoper Franz Beckenbauer, pomocnik Guenther Netzer czy napastnik Gerd Mueller. Każdy kibic w Europie znał te nazwiska i sylwetki. Komentator miał tę przewagę nad nami, że widział mecz w kolorze, a my na mizernych, czarno-białych ekranach. I oto od pierwszego gwizdka Rzeszot pozamieniał w komentarzu drużyny. Jak atakowało Dynamo, a sto tysięcy gardeł krzyczało „Szajbu! Szajbu!, on twierdził, że atakuje Bayern i odwrotnie. „Koledzy” Rzeszota tę potworną pomyłkę oczywiście zauważyli, ale w redakcji sportowej TVP panowała już wtedy niesamowicie „koleżeńska” atmosfera (jak to w TVP). W siódmej minucie meczu do studia dodzwonił się red. Grzegorz Aleksandrowicz z „Przeglądu Sportowego” informując: „Powiedzcie Stefanowi, że pomylił drużyny”. Wówczas nie wypadało już nie zareagować i „na słuchawki” powiedziano Rzeszotowi, by zamilkł na minutę, a potem przeprosił widzów, co też komentator uczynił. Tłumaczył się potem, że siedział bardzo wysoko, więc nie rozróżniał sylwetek, a drużyny grały w strojach, które były dokładnie odwrotne niż ich reprezentacji. Bayern cały na czerwono (jak reprezentacja ZSRR), zaś Dynamo w czarnych spodenkach i białych koszulach (jak RFN).” (krzysztofmiklas.pl)
Takie to pułapki czekały i czekają na komentatorów, szczególnie gdy przychodziło do prowadzenia relacji z dyscypliny, w której fachowcem się raczej nie było. Kiedyś w TVP moim zdaniem norma, teraz raczej medialny wyjątek, chociaż w zestawieniu z prywatnymi nadawcami, pod względem profesjonalizmu i jakości, w tym komentatorskiej, TVP pozostaje w ogonie stawki. Ale!... Ale państwowa telewizja miała w futbolowych arkanach komentatorskiego „papieża”, bo i sama onegdaj pełniła rolę „medialnego Watykanu” nie tylko w sferze sportowej. Dla mnie dzieciaka, symbolem piłkarskiej reprezentacji byli zarówno: Deyna, Lato, Żmuda, Boniek jak i sprawozdawca - Jan Ciszewski, już sam tembr jego głosu mnie elektryzował.
Ciekawe, że po latach, oglądając powtórki meczów z lat ’70 i początku ’80, ten komentarz, aż tak „papieski”, w sensie niedościgły, jak wówczas gdy odbierałem go jako małolat, już mi się nie wydaje, ale legenda, charyzma i sentyment do Jana Ciszewskiego z pewnością pozostaje. Ciemne plamy w życiorysie tego nie zmieniają.
"Janek miał to "coś" w głosie, ten potencjał emocji, mimo że czasem popełniał rażące błędy stylistyczne, mylił zawodników czy nie znał się za bardzo na przepisach, nie znał też języków obcych. Źle wymawiał nazwiska zagranicznych sportowców czy sędziów, chociażby jego słynne "Paduranu" (rumuński sędzia piłkarski Victor Padureanu). To wytykali mu jednak kibice i widzowie, a nie słuchacze. Z radia ściągnąłem go w 1962 do telewizji w Katowicach, gdzie byłem szefem redakcji sportowej, i rozpoczęła się jego wielka kariera" – twierdził red. Tadeusz Janik. (wiadomości.dziennik.pl)
Duże znaczenie z pewnością miał fakt, że jego głos, ekspresja sprawozdawcy były związane z najbardziej chwalebnymi chwilami polskiej piłki. O Ciszewskim, oprócz futbolu, pasjonacie żużla (i „wyścigów konnych”) na Śląsku tak jak o piłkarzach Górnika, tak i o nim śpiewano piosenki:

"Gdybyś wiedział, Stasiu, ile ja na Służewcu na konikach siana zostawiłem. Czasem jeździł do domów piłkarzy i pożyczał pieniądze, bo albo przegrał, albo był umówiony na partyjkę" - mówił Stanisław Oślizło, w latach 60. wielki piłkarz i kapitan Górnika Zabrze.
Jeszcze dwie zapożyczone z artykułu „Sprawozdawca – Jan Ciszewski” Tomasza Szymborskiego dykteryjki:
„Ciszewski był sportową wyrocznią. Jerzy Szczakiel w 1973 roku podczas zawodów rozgrywanych na Stadionie Śląskim jako jedyny Polak wygrał i został indywidualnym mistrzem świata na żużlu. "Cis" jakby nie przyjmował tego do wiadomości. Po zawodach podczas transmisji telewizyjnej do studia przyszli polscy zawodnicy. Ciszewski jednak ignorował Szczakiela. Tylko na końcu jakby od niechcenia rzucił jego nazwisko. Wyraźnie za to w czasie transmisji faworyzował innych żużlowców, szczególnie Zenona Plecha i Edwarda Jancarza" - wspomina Henryk Grzonka, sprawozdawca sportowy Radia Katowice.
"To proste. Janek był wściekły, bo przegrał zakład. Postawił fortunę u bukmacherów, że mistrzem zostanie Jancarz" - wyjaśnia Janik.
Zydorowicz opowiada inną historię: "Na olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku "Cis" całą noc grał w karty z Maciejem Szczepańskim, szefem Komitetu do spraw Radia i Telewizji, w czasach Gierka osobą bardzo wpływową. Rano, zmęczony, ale zadowolony Ciszewski powiedział mi: "Wygrałem z nim i zobaczysz - po powrocie zostanę szefem redakcji sportowej". Został, ale tylko zastępcą."
Po stawianym za wzór, choć niezbyt wzorowo się prowadzącym Ciszewskim, nastała era Dariusza Ciszewskiego vel Szpakowskiego (jako „Dariusz Ciszewski” przedstawił się samemu podczas swojej pierwszej komentatorskiej relacji z Wembley). W zasadzie w TVP ten pontyfikat z małymi przerwami trwa do dziś, choć realia, standard transmisji piłkarskich, w zestawieniu z tymi sprzed 20 - 25 lat, nie wspominając o wcześniejszych, to niebo, a ziemia.
Przechodząc od antyku do współczesności nie można pominąć jednego „kultowego” momentu w historii swojskiego odprawiania futbolowego nabożeństwa:
Komentarz „radiowy”, ale fraza „No dlaczego Pan nie gwiżdże! Panie Turek niech Pan kończy to spotkanie!” jest chyba, albo równie znana, albo popularniejsza nawet od puenty Szpaka:

Tomasz Zimoch, „malujący zamaszyście słowem emocje” choć jakieś próby w TV podejmował pozostał sprawozdawcą radiowym, ale być może rok 1996 i mecz Widzewa z Broendby jest pierwotną genezą wydarzeń z 2012 roku i takich zalinkowanych pytań w Internecie:
www.wykop.pl/ramka/1169217/jak-ogladac-mecze-euro2012-z-komentarzem-pr1-zimoch-solecki/
A może powyższe zjawisko wygenerował jednak głównie mimo wszystko następca Ciszewskiego, czyli Szpak, ponieważ jak w swoim tekście w Tygodniku Powszechnym napisał Przemysław Wilczyński: „Polska anty-Szpakowska wycisza fonię, podstawia pod obraz z telewizora komentarz z radia, bluzga do ekranu. Polska Szpakowska łka i krzyczy razem z nim. Kochany czy niecierpiany, jest narratorem naszych narodowych emocji.”
Nie ulega wątpliwości, Dariusz Szpakowski wzbudza emocje, zda się, nie mniejsze niż Robert Lewandowski, skala pełna - od uwielbienia, do awersji. Posiłkując się dalej przywołanym artykułem, według Pawła Zarzecznego:
-Ze Szpakowskim jest jak z hejnałem mariackim: to przecież nie najpiękniejsza kompozycja, a jednak każdy Polak ją rozpoznaje.
- Jak z Gierkiem - dorzuca Janusz Basałaj, były redaktor naczelny Orange Sport, kiedyś kierownik redakcji sportowej TVP, który odsunął Szpakowskiego od komentowania. - Jak jest, to ludzie narzekają. Jak go zabraknie, tęsknią.
Nie ulega wątpliwości najbardziej doświadczony z obecnych sprawozdawców piłkarskich jest też i najbardziej popularnym, a przy tym i posiadającym grono wiernych fanów, nieugiętych, a łaskawych, wybaczających błędy i lapsusy w imię kreowanej atmosfery. Może dla młodszego pokolenia, jest tym, kim dla mnie był „Cis”, wychowali się na takim komentarzu, jest zatem „niezastąpiony”. Różnica, że mnie komentarz dawnego „mistrza” kojarzył się bardzo pozytywnie, a ten jego następcy już niekoniecznie.
Przyznaję, nie należę do zwolenników Szpaka, raczej irytuje mnie i drażni, sądzę, że zawodowo się wypalił, jedzie na rutynie, a niektóre wpadki to nie przejęzyczenia, te bym wybaczył, a efekt po prostu braku przygotowania i ogólnej kiepskiej piłkarskiej orientacji. To znaczy niewystarczającej jak na kapłana celebrującego wtajemniczenie w futbolowe arkany podczas tych najważniejszych, najbardziej godnych wydarzeń. Jak napisałem mnie również dopadają chwile piłkarskiego przesytu, ale ze mnie pospolity grzesznik, a od klechy, profesjonalisty oczekiwałbym, żeby „święte księgi”, czytał nie tylko kiedy musi, ale żeby robił to sam dla siebie z własnej nieprzymuszonej woli. Mam wątpliwości, czy ma to miejsce!?
Co mnie uwiera, to fakt, że po Szpaku jest jechać obecnie bardzo łatwo, do dużego stada niekiedy brzydko, a głośno kraczących wron niestety się przynależy. Zatem w ramach skruchy, opinie pochlebne dla nestora mikrofonu.
Stefan Szczepłek z "Rzeczpospolitej": -Dzisiejszy komentarz to często spektakl celebrytów. Borek jest sprawny, dobrze przygotowany, to samo dotyczy zresztą chłopaków z Canal Plus. Ale nie bardzo mnie interesuje, kto za ile przeszedł, jakim jeździ samochodem czy z kim aktualnie sypia. Choćby dlatego wolę Szpakowskiego. Darek ma coś, czego nie ma, skądinąd uwielbiany, Tomasz Zimoch: świadomość, że nie można nieustannie "jechać" na wysokim C - dodaje Szczepłek, i opowiada o jednej ze wspólnych podróży. - Bawiliśmy się: Darek komentował, czasami śpiewając, dawne imprezy sportowe. To było niesamowite: cały samochód drżał. Taki głos to największe szczęście komentatora.
Mateusz Borek, przywódca stada „młodych komentatorskich wilków”: -Darek przyszedł z radia ze znakomitym warsztatem, świetnym głosem, jako potrafiący "malować słowem" narrator. W pewnych elementach sztuki komentatorskiej uważałem go i uważam za wzór.
Włodzimierz Szaranowicz, szef, protektor, wieloletni redakcyjny kolega: -Jego radość po bramkach jest niesłychana, oddaje dzięki niej istotę sportu: oczekiwanie na ten jeden moment. I potrafi to zrobić tak, że przechodzą ciarki po plecach. Ale równie intensywnie przeżywa porażki. Pamiętam np. taki moment: Polacy przegrywają do przerwy 0:2 w Poznaniu, chyba z Irlandczykami. Patrzę, a na stanowisku komentatorskim siedzi złamany człowiek. Był tak przybity, że musiałem go klepnąć w plecy i powiedzieć: "Darek, jest jeszcze druga połowa!".
Paweł Zarzeczny, dziennikarski pozer, ale i oryginał: -Szpakowski myli zawodników, bardzo źle przewiduje sytuację na boisku, człowiek słuchający go przez 90 minut nie dowie się niczego ani o życiu, ani o piłce, ani o czymkolwiek innym. A i tak Szpakowski bije na głowę młodszą generację. Borek jest przykładem narcyza, a Smokowski i Twarowski, których cenię, są schowani w telewizji kodowanej.
Sam bohater na branżową krytykę odpowiada: -Pracuję w środowisku, które bywa zazdrosne. Ciszewski też nie miał samych zwolenników. Łatwo komuś przypinać łatki, zwłaszcza jak jest znany, bo to przynosi splendor przypinającemu. Ja zresztą nie pracuję dla środowiska, ale dla kibiców.
Opinie przytoczone za: „Ze Szpakiem jest jak z hejnałem”, tygodnik.onet.pl
Zatem, czy pracując dla kibiców, a nie dla zawistnych branżowych kolegów, Szpak faktycznie bije młodszą generację na głowę?
Przez pierwszą część swojej kariery, w zasadzie miał jednego groźnego konkurenta – Andrzeja Zydorowicza. Tenże o owej komentatorskiej rywalizacji, tak mówi: „Zawsze w podtekście było pytanie: "Kto jest najlepszym polskim komentatorem?". Dużo mówiliśmy o fair play, ale w naszej rywalizacji ta zasada raczej obecna nie była. Tak zresztą wygląda pewnie do dziś atmosfera pracy w TVP.”
Innych konkurentów nie było, przynajmniej dla mnie, komentatorów z TVP raczej traktowałem jako zło konieczne, a niektórzy doprowadzali mnie do szewskiej pasji, nazwisk wolę nie pamiętać, choć niekiedy w jakimś złym wspomnieniu mnie prześladują. Do momentu, gdy na telewizyjnym firmamencie z głosem zza meczowego kadru nie pojawili się Jacek Laskowski z Bożydarem Iwanowem, a wraz lub zaraz za nimi całe grono nowych młodych adeptów komentowania z prywatnych stacji wchodzących dynamicznie na polski rynek. Wymieniona dwójka, też zresztą zmieniła barwy. W utrzymaniu pozycji „najpopularniejszego” przez Dariusza Szpakowskiego najbardziej przysłużył się Janusz Basałaj. Gdyby po odsunięciu Szpaka, zamiast na siebie postawił na jednego z wielu utalentowanych młodych wilków, ściągnął takiego i wykreował, być może powrót wyblakłej doświadczonej gwiazdy by nie nastąpił.
W mojej ocenie, szczególnie dzięki temu co się dokonało w Canal+ w pierwszej kolejności, a w drugiej w Polsacie Sport, poziom sprawozdawców telewizyjnych wzniósł się na zdecydowanie wyższy poziom. Ale o tym już w drugiej części encykliki komentatorskiej. W niej również rozstrzygnięcie kogo subiektywnie uznaję za „najwyższego kapłana mikrofonu”, kogo również nominowałem do takiej rangi z grona ekspertów piłkarskich, jak również przedstawię skrajnie nieobiektywną hierarchię programów okołofutbolowych oferowanych nam kibicom.
Na koniec części pierwszej, nawiązującej do przeszłości, ku przestrodze, żebyśmy nie myśleli, że teraźniejszość już jest tak idylliczna, profesjonalna, przypomnienie, że i obecnie zakwitają niezwykłe komentatorskie kwiatki:



Nie tak sobie wyobrażałem felieton o "królach" mikrofonu.
Nie widzę tu dla siebie pola do polemiki. Wszystko podane na tacy.
Może tylko bym wspomniał o jeszcze jednym nestorze mikrofonu sportowego tamtych czasów, Bohdanie Tomaszewskim. Jednak on, o ile dobrze pamiętam nie komentował piłki nożnej. Ale komentarz radiowy z turnieju na kortach Wimbledonu będę pamiętał do śmierci.
"backhand - forehand, backhand - forehand, backhand - forehand, backhand - forehand, backhand - forehand, backhand - forehand, backhand - forehand, backhand - forehand, - out !
Szkoda, że państwo tego nie widzą. I jeszcze ten szum angielskiej trawy..."
No popatrz, tak się starałem, a zawiodłem!
Bogdana Tomaszewskiego „niespełnionego tenisistę” darzę szacunkiem i za jego dokonania komentatorskie i za ogólne CV, ale szczerze mówiąc, pisząc wolałem tenisowy komentarz „siatkarza” Zdzisława Ambroziaka.
Obecnie mam lekki problem z komentatorami w tej dyscyplinie, niektórzy niby w porządku, Domański starający się nie przeszkadzać, gdy komentował wstawki fachowe Sidora ceniłem, Karola Stopę też jestem w stanie zaakceptować, ale z resztą miewam problemy.
Z poza futbolowych komentatorów, to również obrazek z dzieciństwa i wspólne z dziadkiem nasłuchiwanie obok piłkarskiego studia S13, w maju wypełnianie rytuału Wyścigu Pokoju, czyli co półgodzinne meldunki radiowe z trasy etapu wyznaczające harmonogram dnia. Stąd sentyment do Bogdana Tuszyńskiego, ogólnie radiowcy jako profesjonaliści bardziej zapadali w pamięć. A z kolarstwa wywodzi się i moja ulubiona para, pitolą o tych rowerzystach i zameczkach nad Loarą, no i przeskakują zimą na rach, ciach, ciach i darzę ich za to ogromną sympatią, czyli Jaroński z Wyrzykowskim.
A, no i przypomniał mi się komentator siatki, który i wpływ na polski futbol okazało się, że miał istotny, wpierw tych od kata wynosił po niebiosa, a Młynarza nieopatrznie prawie strącił do piekła. Prawie...
Tutaj zgadzam się w pełni. I to mnie razi, gdy oglądam mecze przez niego komentowane. A teraz chyba i tak złagodniał w porównaniu do wypowiedzi sprzed kilku lat. Za to doszedł obowiązek, również gorliwie wypełniany przez Borka, w polsatowskich transmisjach, wychwalania Śląska Wrocław, co jest zupełnie niestrawne. Jak można na poważnie opowiadać o Rafale Gikiewiczu jak o jakiejś znakomitości, nawet skali ligowej?
Szpakowski jest legendarny. Ja go nie lubię i jestem z tej części Polski, która woli ściszyć fonię. Ale przyznaję, że ma w sobie coś.
Tutaj kolekcja największych kwiatków w jego wydaniu:
http://pl.wikiquote.org/wiki/Dariusz_Szpakowski
Mój numer 1 to "typish English weather" w zestawieniu z jego zapewnieniami o zdolnościach językowych, konsultowaniu wymowy nazwisk z kolegami ze stacji zagranicznych, etc.
I są przypadki komentarzy haniebnych. Nie znam nazwiska i nie chcę znać. To było kiedyś na Eurosporcie. Takie wspomnienia z mundialu w Hiszpanii 1982. I obszerne fragmenty finału Włochy - Niemcy. Facet między 3-0 dla Włochów, a 3-1 dla Włochów zapewniał, że jest 4-0 dla Włochów. Nawet napisy nie były go w stanie skłonić do zmiany zapewnień. A komentował ten skrót od początku. To psuje radość oglądania.
" Mylą się niekiedy i w nazwiskach i w ocenie fauli ale to norma, tak to odbieram."
Boś facet rozsądny. Liczy się bowiem to, co płynie z ekranu, nie z głośników. Jeśli na nogach kapcie, rzecz jasna
Jeśli już wspominamy to wymienię Zielińskiego i jego komentarze meczów siatkówki,cudo
Skala tej zmiany wpływa nie tylko na nasz kibicowski komfort, ale też na robotę komentatorów, którzy mówią do kibiców, znających się na piłce nie gorzej (albo i lepiej) od nich. Szpakowski to niestety wiodący przykład komentatora, który tej kolosalnej zmiany w możliwościach odbioru futbolu nie zauważył. Co gorsza, zupełnie nie pojmuje istoty krytyki względem swojej osoby. Przypomniało mi się, że pisałem o tym kiedyś na swoim starym blogu.
Natomiast Szpakowski już dawno stał się kimś na kształt legendy, ikony, walkę z nim uważam za bezcelową. Martwi mnie tylko, kiedy tej legendzie nakazuje się pleść podczas meczu o smartfonach do wygrania w konkursach smsowych. No i żałuję, że ten facet (może tylko na wizji?) to taki nudziarz. Przecież on w życiu musiał widzieć tyle, że potrafiłby ubarwić każdą transmisję, dodać jej smaku i kolorytu.
Czekam na część o komentatorskiej współczesności
W pierwszym prezentując skład hokeistów mówił " ...i nasz bramkarz Sasza Iksov, właśnie wczoraj skończył 25 lat ale dzisiaj nasi chłopcy wyszli jednak na lód"
Albo w meczu z Czechosłowacją gdzie w końcówce Ruscy przegrywając jedną bramką osiągnęli dużą przewagę i raz za razem atakowali bramkę, Ozerov podekscytowany już krzyczał do mikrofonu z emocji i przy kolejnej sytuacji gdzie ruski wychodził sam na sam i Ozerov już oczami wyobraźni widział krążek w siatce, krzyczał po strzale "goool", ale krążek odbił się od słupka i wyszedł w pole na co Ozerov krzyknął "huj, słupek"