- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
-
Mistrz
Rok 2014 został uznany przez nasz klub za rok Lucjana Brychczego. Nie bez przyczyny, w czerwcu Pan Lucjan ukończy przecież 80 lat, spośród których aż 60 legendarny 'Kici' spędził z Legią. Nawiązując do tej inicjatywy, prezentujemy na naszych stronach kilka akapitów poświęconych Lucjanowi Brychczemu.
Do Lucjana Brychczego pasuje dowcip o tym, jak podobno potraktowano go w Ruchu Chorzów: "Właściciel baru dał ogłoszenie, że zatrudni bramkarza. Wieczorem zgłosił się 18-letni chłopak, 166 cm wzrostu, 60 kg wagi i mówi: Jestem Lucek. Ja w sprawie pracy. Barman zlustrował go i rzekł krótko: Wyp...laj. Lucek wzruszył ramionami, podrobił, rozejrzał się i zaczął od kolesi broniących dotąd drzwi". Bo Mistrz był przez wiele lat duszą towarzystwa. Sam powiadał, że gdy mu się znudzi piłka nożna i niesprawiedliwe recenzje komentatorów, zacznie śpiewać, może nie w barze, ale w warszawskim Bristolu. Najchętniej śpiewał "Nicolo, Nicolino...", "Rio de Janeiro ahoj...' i "Arivederci Roma...". Zaś w towarzystwie Ernesta Pohla i 'Eppiego' Kowala "Trzej przyjaciele z boiska".
Urodził się 13 czerwca 1934 roku w Łabędach /dziś Nowy Bytom/ koło Gliwic. Dorastał w sportowym środowisku, a technikę szlifował na okolicznych górniczych hałdach. Kiedy zaczynał dorośleć idolem młodych Ślązaków był Gerard Cieślik, a Brychczy, jak on, chciał grać w Ruchu Chorzów. Tam odpowiedziano mu: "Chłopaczku nie mamy takich małych butów dla ciebie. Przyjdź jak podrośniesz". Ponownie nie przyszedł, za to zgłosił się na ochotnika do wojska i znalazł się w Legii. Tu zaczął robić błyskawiczna karierę, bo już w 1954 roku znalazł się w reprezentacji, i to z Cieślikiem. Trzy lata później w meczu z ZSRR z jego podań Gerard zdobył dwie bramki i wygraliśmy 2:1. Do dziś ten mecz jest wspominany nie tylko jako sukces sportowy, ale też ważne wydarzenie polityczne i narodowe. Karierę reprezentacyjną zakończył w wieku 35 lat z dorobkiem 60 występów i 18 bramek. W reprezentacji nigdy nie zawodził. Trudno go było upilnować. Lew Jaszyn, ówczesny najlepszy bramkarz świata błagał "Pilnujcie tego czorta Brychczego". W innych drużynach krzyczano "Pilnujcie tego Małego".
Nie wiadomo kto nazwał Pana Lucjana "Kicim". Przypisuje się to trenerowi Janosowi Steinerowi, ale on nie mówił po polsku, a i język węgierski kaleczył, bo był Austriakiem zamieszkałym w Budapeszcie. Najbardziej prawdopodobnym jest,że tak nazwali go piłkarze Honvedu podczas wspólnego zgrupowania z piłkarzami Legii na Wyspie Św. Małgorzaty w styczniu 1955 roku. Bo ponoć "kici" to po węgiersku "mały". Oczywiście jeżeli tak chce się ich seplenienie zrozumieć.
Jako piłkarz Brychczy wywalczył z Legią 4 razy tytuł mistrza Polski i 7 razy puchar Polski, zdobywając 186 bramek.W reprezentacji najwspanialsze mecze rozegrał z RFN w Hamburgu 1:1 /1959/, ZSRR 2:1 /1957 /i Hiszpanią 2:4 /1959/. Po tym ostatnim meczu proponowano mu grę w Realu Madryt, ale to w owym czasie możliwe nie było. Obawiając się, aby nie poszedł w ślady wielkich Węgrów jak Ferenc Puskas czy Ladislao Kubala, którzy nielegalnie pozostali w Hiszpanii do końca 1959 roku nie był powoływany na mecze rozgrywane za granicą, w tym rewanż z Hiszpanami.
Mistrzem natomiast nazwał go trener Vejvoda, którego zasługą jest, że uprosił Pan Lucjana, który karierę klubową chciał zakończyć wraz z reprezentacyjną, aby grał dla Legii dalej. 'Mistrzu' zawsze zwracał się do Pana Brychczego Kazio Deyna, który wiele razy opowiadał jak dużo mu zawdzięcza. W Legii zresztą większość młodych zawdzięczała mistrzowi wzrost swoich piłkarskich umiejętności, ale tez profesjonalne podejście do zawodu. Był bowiem w futbolu zjawiskiem wyjątkowym. Nie miał siły Ernesta Pohla czy szybkości Zygmunta Gadeckiego lub Tadeusza Nowaka /obaj byli prawoskrzydłowymi Legii/, ale z piłką potrafił zrobić to co chciał. Często sam tworzył widowisko. Grał dla drużyny i dla ludzi.
Ja Pana Lucjana po raz pierwszy na żywo ujrzałem w meczu Polska - Grecja na stadionie Legii 22 maja 1963 roku, w którym strzelił 2 bramki, a mecz wygraliśmy 4:0. Jeszcze w Warszawie grał w reprezentacji 3 razy 13.09.1964 roku, kiedy to na Stadionie X-lecia wygraliśmy 2:1 z ówczesnym wicemistrzem świata Czechosłowacją. Następnie 18.04.1965 roku z Włochami 0:0. i ostatni mecz 17.09.1967 roku z Francją 1:4, w którym nasz bohater zdobył jedyną bramkę. O ile na poprzednich meczach stadion był pełen to na meczu z Francuzami świecił pustkami. Na ten mecz wraz z kolegami /pozdrawiam/ wykonaliśmy napis białymi naklejanymi literami na czerwonym płótnie "Grajcie wszyscy tak jak Brychczy" i wieźliśmy go pociągiem na stadion.
Natomiast po raz pierwszy widziałem Pana Lucjana w meczu ligowym z Pogonią Szczecin 11.08.1963 roku, który wygraliśmy 5:2, a Mistrz zdobył 2 bramki, w tym jedną z karnego. W tym miejscu mała dygresja, jakoś nie mogę zrozumieć naszego Prezesa, który w poważnym piśmie jakim bywa PS na pytanie czytelnika o to, kiedy i z kim obejrzał pierwszy mecz na Ł3 odpowiada, że nie pamięta i mówi, że było to chyba w podstawówce. Pierwszego meczu się nie pamięta tylko wtedy kiedy się na nim nie było, a chce się wmówić /komu?/, że jest się kibicem od iluś tam lat.
Ostatni mecz "Kiciego" w lidze obejrzałem 30.10.1071 roku ze Stalą Mielec. Też jak ten pierwszy zakończony wynikiem 5:2.Wówczas 4 bramki strzelił Kazio Deyna, w tym dwie z podania Pana Lucjana. Ten mecz miał swoisty podtekst, bo w Stali coraz lepiej rozgrywał Henryk Kasperczak i prasa rozpisywała się, że może być konkurentem dla "Kaki" w reprezentacji. Henio w tym meczu był ubogim krewnym i tłem dla Kazia i dobrze, że to zrozumiał i nigdy przed Deynę się nie pchał.
A w tym pierwszym meczu trenerem Legii był Longin Janeczek, który potem przeszedł do ŁKS i był tym trenerem, który mając do wyboru z trzech poborowych, którego oddać do Legii wybrał jego zdaniem najsłabszego czyli Kazia Deynę. Uczynił nam tym samym mimowolną przysługę. W tamtym meczu grały w Legii same tuzy, jedni z najlepszych piłkarzy w kraju i warto ten skład przypomnieć: Fołtyn, Trzaskowski, Gmoch, Grzybowski, Mahselli, B. Blaut, Żmijewski, Brychczy, Korzeniowski, Boguszewski i Apostel. Zachodzę do dziś w głowę jak można było z nimi nie zdobyć Mistrzostwa. Byliśmy do 17. kolejki /na 26, bo wówczas liga była 14 drużynowa/ na 1. miejscu i po remisie u siebie z Zagłębiem Sosnowiec zaczęliśmy zjazd i rozgrywki zakończyliśmy na 4 miejscu. Mistrzem został Górnik Zabrze ze składem: Kostka, Słomiany, Oślizło, Floreński, Kowalski, Lubański, Lentner, Szołtysik,Wilczek, Musiałek i Pohl.
Zanim Legia tak pięknie zagrała w PKME w sezonie 1969/70 musiała zdobyć Mistrza. Mecz z Ruchem w ostatniej kolejce 22.06.1969 roku decydował o wszystkim. Miał on swoje podteksty, bowiem w poprzednim sezonie 1967/68 Legia została ograna trochę niesportowo przez śląskie drużyny, gdyż w ostatnie kolejce Ruch pokonał Górnika Zabrze 3:1, a potem Górnik pokonał Ruch w finale PP 3:0. Piszę trochę, bo sami byliśmy sobie winni. Na trzy kolejki przed końcem prowadzący jednym oczkiem Ruch zremisował z Wisłą, a my nie wygraliśmy z Górnikiem, zaś w ostatniej kolejce przegraliśmy ze Stalą w Rzeszowie i zdobyliśmy tylko 2 miejsce. Stąd dodatkowo mecz wzbudzał ogromne emocje. Bilety u koników były 10 razy droższe niż w kasie. Na boisku od początku to my rządziliśmy. Wygraliśmy 6:2 po bramkach Pieszki /2/, Deyny /2/, Gadochy i Żmijewskiego. Ja jak zwykle pod zegarem. Przypomnę dzisiejszym bywalcom, że w tamtym czasie młodzież chodziła pod zegar ,bo tam były najtańsze bilety. Trybuna wschodnia była dla nas za droga. Nazwana została żartobliwie "Żyletą" od 1973 roku, kiedy to nad nią na koronie pojawiły się duże reklamy żyletek "Polsilver". Przypomnijmy skład z tamtego meczu, który potem z niewielką korektą w składzie na środku obrony grał w PKME dochodząc do półfinału: Grotyński – Trzaskowski, Niedziółka, Zygmunt, Stachurski - Bernard Blaut, Deyna, Brychczy - Gadocha, Pieszko, Żmijewski.
Grę w PKME zaczęliśmy od pojedynku z UT Arad. W sierpniu w Rumunii wygraliśmy 2:1.U nas rewanż był 01.10.1969 roku. We wrześniu jak corocznie dorabiałem u ogrodnika zwanego badylarzem przy zbiorze cebuli. Na mecze ligowe bilety kupował mi przyjaciel "Gajus" /pozdrawiam/, ale na UTA się zbiesił. Mnie też za bardzo się nie chciało. Bo to 1,5 kilometra do stacji,potem 40 minut pociągiem do Powiśla i zatłoczonym 162 na Ł3. Mogło i biletów nie być. Ale im bliżej meczu tym ssanie w dołku większe. Wreszcie jadę. Przy kasach pustawo. Bilet pod zegar, choć można kupić wszędzie, ale kasy szkoda. Na stadionie z połowa miejsc zajęta. Po parunastu minutach jak porządkowi zeszli z posterunków zwyczajowo myk na kryta dolną. Meczu w zasadzie nie ma, bo nie grają. Spacerują. Oj, mówię "Gajus" i Janusz Atlas mieli rację, że odpuścili. Od początku drugiej połówki Rumuni strasznie na nas napadli,"Grot" cudem sparował piłkę nad poprzeczką, po rożnym o mało co nie wpadł z piłką do bramki. Grę uspokoił B. Blaut golem w 51 minucie. Przez następne 20 minut nudy powróciły, ale potem zaczęła się kanonada: Gadocha 70, Brychczy "oxfordem" 73, Gadocha tuż po wznowieniu, Stachurski 78, Deyna rogalem 81, Żmijewski 83 i Pieszko 85. Końcówka meczu to pełna euforia na stojąco i na przemian "Legia to jest potęga" z Hymnem. A po meczu musiałem gamoniom ze szczegółami opowiadać jak było, a robiłem to tak plastycznie, że Atlas w końcu uwierzył, że był na tym meczu osobiście. Fajny był facet, chociaż trochę mitoman, ale pióro tęgie. Zazdrościłem mu, że poznał Mistrza osobiście i z nim parę razy porozmawiał, bo Pan Lucjan do gaduł nie należy.
Ostatni mecz jaki Lucjan Brychczy rozegrał w barwach Legi przy Łazienkowskiej odbył się 03.11.1971 z Rapidem Bukareszt 2:0.
Osobiście wręcz uwielbiałem patrzeć na rozgrzewającego się przed meczem Brychczego. Po kilku przebieżkach zaczynał cuda z piłką. Podbijał ją do góry stale pionowo i stale na jednakową wysokość, a to podbiciem, a to wewnętrzną, a to zewnętrzna częścią stopy. Puszczał piłkę z odwrotną rotacją na metr do przodu, a kiedy ta do niego wracała niedostrzegalnym ruchem czubka buta powodował, ze ta wznosiła się i wówczas Pan Lucjan stojąc na lewej nodze z szeroko rozłożonymi rękami kopał ja z woleja. Coś pięknego. Nie wspomnę o przerzutach piłki nad głową i odbijaniu z powrotem pietą, czy przyjęciu piłki na pierś i natychmiastowym strzale, gdy ta opadała. W meczu był jak stale przyczajony i gotowy do skoku tygrys. Pozornie poruszał się ospale, ale zawsze zdążył być tam gdzie tego sytuacja wymagała, gdzie był najbardziej potrzebny. Biada temu, kto go atakował pojedynczo, gdy miał piłkę. Mistrz nie wiadomo jak był zawsze przed nim z piłką przy nodze, a tamten jak się nie wkręcił w ziemię to miał fart. Przyspieszenie miał straszliwe. Miał też swoje przyzwyczajenia. Jak Kazio robił kółeczka, tak Pan Lucjan drobił i czujnie obserwował co się dzieje wokół. Jak tylko dostrzegł partnera w przodzie mającego z metr swobody natychmiast podawał mu piłkę z centymetrową dokładnością. Wzrostowo trochę odstawał, ale miał niewiarygodny wyskok i niejeden obrońca był zaskoczony tym, że przegrywał z nim główkę. Miał też trochę do proporcji ciała z dużą głowę, a za małe stopy. Zawsze grał elegancko i fair. Nie ogrywał rywali, aby ich ośmieszać, ale aby przynieść pożytek drużynie.
Pan Lucjan był uosobieniem spokoju,grzeczności i sportowej postawy wobec kolegów i przeciwników, z respektem wobec sędziów. A jednak raz został usunięty z boiska. To było w czasach w których z względu na małoletniość na Legię jeszcze nie chodziłem. Oprę się na opowieści Pana Grzegorza Aleksandrowicza. Dokonał tego sędzia Szlajfer. Była to nietuzinkowa postać, porównywalna z Jarguzem i współcześnie Siejewiczem. Wsławił się tym,że będąc zaprzyjaźnionym z trenerem Wisły Michałem Matyasem, z którym razem wypili morze wódki, złowili mnóstwo ryb, podczas meczu Gwardii z Wisłą wywalił "Myszkę " na trybuny. Ten bowiem niezadowolony wbiegł na boisko z okrzykiem: "Józiu co ty wyprawiasz?". A Szlajfer "Tu nie ma żadnego Józia. Ja tu jestem sędzią, a pan trenerem. Tu się gra, a pan won z boiska i na trybuny". Podobnie rzecz się miała z Panem Lucjanem. W trakcie meczu Legii z ŁKS zadanie bycia plastrem "Kiciego" otrzymał późniejszy świetny trener Leszek Jezierski zwany Napoleonem, sam zresztą napastnik /wtedy jeszcze grało się systemem 1-3-2-5/. W czasie jednego ze starć sfaulowany Brychczy zaczepił o nogę Leszka i ten się przewrócił. Sędzia uznał. że Brychczy rozmyślnie spowodował upadek Jezierskiego i kazał Mistrzowi zejść z boiska mówiąc głośno: "Od wymierzania sprawiedliwości jest sędzia, nie zawodnik."
Ostatni mecz Pana Lucjana obejrzał ze mną mój syn, a było to w sierpniu 1993 roku, kiedy to jakiś włoski biznesmen postanowił uruchomić w Polsce stację telewizyjną o nazwie Polonia 1. Z tej okazji zorganizował na Ł3 turniej w którym Legia zagrała z Cagliari, a na dodatek odbył się przedmecz artyści – dziennikarze. W drużynie artystów wystąpił Lucjan Brychczy wówczas już 59-letni mężczyzna. Syn przekonał się, że docześnie najlepsi piłkarze Legii przy Mistrzu byli jak dopiero uczący się zawodu praktykanci. Tu maestria, finezja, polot, a tam trudności z przyjęciem, celnym podaniem i strzałem, czyli istotą piłki nożnej. Brychczy sam wygrał swój mecz, strzelając chyba 6 bramek.
Był to gracz nad gracze. Jest dla Legii zaszczytem, że pozostał jej wierny przez ponad 60 lat.
Robercik był jak małe dziecko. Chimeryczny. Jak mu się chciało to był nie do powstrzymania, ale jak nie to potrafił udawać, że gra. Tego meczu nie pamiętam, ale też człowiek w tamtym czasie nie uświadamiał sobie, że ma do czynienia z historią czy legendą. Chodziło się na mecze i oglądało. Zostały tylko okruchy zdarzeń. Natomiast ja z kolei pamiętam jak Pan Lucjan bronił na treningach Roberta przed wściekłością Kazia Deyny. Kazio mało co się do bicia nie rzucał, bo gra mu piłkę, a Gadocha nie rusza się. Słów nie będę przytaczał, ale Pan Lucjan stawał z rozłożonymi rękami i Kazia bliżej nie dopuszczał, a że autorytet u Deyny miał wielki to ten odpuszczał.
A co do nauki techniki, to kiedyś byłem w 1961 roku na koloniach w Blachowni Śląskiej. Już wtedy zacząłem treningi. I tam graliśmy w piłkę codziennie z miejscowymi chłopakami. Grało się na pokopalnianych i pohutniczych hałdach gdzieniegdzie porośniętych trawą. Bramki to były dwa kamienie rozłożone metr od siebie, a odległość pomiędzy bramkami to nie przesadzę, ale z kilometr. Oczywiście górki i dołki. Podania owszem, ale na małą odległość i dokładne, bo jak piłka nie trafiała to trzeba było po kilkaset metrów za nią biegać, więc każdy się starał, żeby za nią samemu nie ganiać. Jak już się przebiegło ten kilometr pod bramkę to tamci bronili w kilku i trzeba było tę piłkę na różne sposoby umieścić w tej małej brameczce. Łatwo nie było. Grę zaczynali od bramki ci co ją stracili. Ja tam byłem dwa tygodnie i jak poszedłem znowu na trening po wakacjach to instruktor był zaskoczony postępami w technice prowadzenia piłki i strzału. Patrz Pan: te Hanysy
Pozdrawiam.
Popatrz Zbyszku ,jak wielcy piłkarze grali kiedyś w Legii – pan Lucjan ,Kazimierz czy doczekamy się kiedyś takich graczy? Czy powtórzą się takie mecze jak ze Standardem ,Atletico czy Feynoordem gdzie grali jak równy z równym ? Czy w obecnym futbolu taki wynik jak z UT Arad jest w ogóle możliwy? A i atmosfera dawnej otwartej ( za szczawia ) czy póżniej krytej jakoś bardziej mi odpowiadała. Wspomnienia ,wspomnienia……