- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
-
Zezem. Co w Pucharze piszczy
Doznałem zasadniczego dysonansu poznawczego, gdy ileś tam temu dni napisałem dość kąśliwie, że ten Puchar Polski to jest waza na poncz. Odezwał się w PS zastępca redaktora naczelnego Pan Rudzki Przemysław, który egzorcyzmów co prawda nie odprawiał, ani też nikomu nie wyzywał od różnych, ale ex cathedra stwierdził, że finał musi być na Narodowym, bo PP naszą tradycją od pokoleń jest.
Mnie się w takich razach przypominają sceny z kultowego filmu "Rozmowy kontrolowane", w którym okazuje się, że golonka w piwie jest tradycyjną potrawą wigilijną. Otóż tak trochę jest z Pucharem Polski. W bardzo wielu krajach rozgrywki pucharowe - nie tylko sam finał - biją rekordy frekwencji. Mają one wpływ na kształtowanie się osobowości zawodników, uczą koncentracji przez cały mecz, maksymalnej mobilizacji dla osiągnięcia wytyczonego celu, hartują odporność psychiczną i sprawność psychiczną graczy. W Pucharze jest bowiem inaczej niż w lidze, przegrywający odpada i traci szanse.
Fajne, nieprawdaż? Jak go nie kochać? Niestety, tylko w sensie tak ogólnym, że aż abstrakcyjnym. Bo jak przyjrzymy się ciut bliżej i tak dokładniej, to co zobaczymy?
Ano w Polsce międzywojennej Prezes PZPN Pan Cetnarowski /współzałożyciel Cracovii i PS/ w 1923 roku rzucił ideę zorganizowania futbolowych rozgrywek pucharowych w naszym kraju. Zaczęły się one i skończyły w 1926 roku, gdyż wówczas PZPN był dla klubów, a nie odwrotnie. Odnotujmy, że Puchar zdobyła krakowska Wisła po wygranej ze Spartą Lwów / B klasa/. Regulamin rozgrywek był prosty i wzorowany na angielskim. Wszystkie drużyny zaczynały rozgrywki od najniższego szczebla. O przejściu dalej decydował jeden mecz. Drużyna niżej sklasyfikowana była gospodarzem, zaś w innym przypadku gospodarza losowano. Niestety drużyny ligowe rozgrywki /poza nielicznymi wyjątkami/ zlekceważyły i odpadały na pierwszych szczeblach. Na następny puchar już nie dały się namówić, gdyż odróżniały ziarno od plew, co aż tak trudne nie jest. Liczyły bowiem koszty i czy na ich poniesienie ich stać. Nie miały kasy i na jednej edycji się skończyło, bo honor handlowy był w cenie.
Po drugiej wojnie światowej Puchar zainicjował w 1949 roku Pan Andrzej Przeworski - Prezes PZPN. Niestety od zarania zostały one wprzęgnięte w tryby ówczesnej, stalinowskiej propagandy. Postanowiono, że Puchar Polski będzie stanowił część piłkarską Spartakiady Sportu Młodzieży. W I edycji w kwietniu 1950 roku w szranki pucharowe stanęło ponad 120 tys. uczestników i ponad 7100 drużyn / rekord nie pobity do dziś/. Uświetnieniem I Spartakiady były mecze półfinałowe i finał 16.09.1951 r. na Stadionie Wojska Polskiego. W czasie tego finału już nie było PZPN, tylko Sekcja Piłki Nożnej przy Głównym Urzędzie Kultury Fizycznej, a jej szefem został gen. Bordziłowski /do 1944 roku w Armii Czerwonej, a od 1968 roku w Armii Radzieckiej/. Ten sam, który jako Prezes Legii był inicjatorem wymiany jej nazwy na CWKS.
W pierwszej edycji zwycięzca Pucharu otrzymywał też tytuł Mistrza Polski. O co do dziś Wisła ma pretensje, gdyż wygrała ligę, ale w PP przegrała z Ruchem i Majstra nie ma za ten rok. Mecz finałowy podobnie jak trzy następne odbywał się na Stadionie Wojska Polskiego przy Ł3. W 1952 roku finał rozegrano 21 grudnia, a spotkały się Polonia z Legią. Ponad 20 tysięcy widzów kibicowało Polonii, która Puchar zdobyła, ale spadła na dziesiątki lat z najwyższej grupy prawdziwych rozgrywek. Na 3. edycję trzeba było czekać 2 lata, do 1954 roku, gdyż taki był cykl Spartakiad Letnich Młodzieży. Termin finału to 22 lipca w 10. rocznicę ogłoszenia Manifestu PKWN i symbolicznej daty powstania PRL oraz uchwalenia ówczesnej Konstytucji.
W 1956 roku po reaktywowaniu PZPN jego nowy Prezes Pan Stefan Glinka /były Prezes Polonii/ postanowił skasować rozgrywki Pucharowe. Głównym powodem takiej decyzji była ich fasadowość, sztuczne podnoszenie rangi i wykorzystywanie polityczne, ponieważ ich patronem był Minister Obrony Narodowej Konstanty Rokossowski /w 1956 roku uciekł do ZSRR/, a na trybunach była obecna cała partyjna wierchuszka. Dodatkowym argumentem był fakt, że finał w czerwcu 1956 roku na Stadionie X-lecia pomiędzy tuzami, Górnikiem i Legią, oglądała garstka widzów.
Puchar Polski wznowiono po 5 latach przerwy w 1961 roku, a inicjatorem był Prezes PZPN Pan Wit Hanke, sekretarz Centralnej Rady Związków Zawodowych rzucony na odcinek futbolu. Główną przyczyną odnowienia rozgrywek był fakt powstanie europejskiego Pucharu Zdobywców Pucharów i udział w nich polskiej drużyny.
Regulamin wzorowany na przedwojennym wskazywał, że decyduje jeden mecz, przy czym drużyny II i I ligi wchodziły do rozgrywek począwszy do 3. rundy szczebla wojewódzkiego. I tak to się odbywało do 1983 roku. Odnotujmy dla porządku, że w tzw. międzyczasie od 1975 roku chciano finał organizować w dniu Święta Pracy, potem w Dniu Zwycięstwa, lecz były to próby krótkotrwałe. No i nie zapominajmy o największej wygranej Legii nad Lechem w 1980 roku w Częstochowie 5:0.
W 1983 roku zmieniono regulamin rozgrywek począwszy od sezonu 1985/86, gdyż edycja poprzednia już się rozpoczęła. Zarządzono późniejsze wprowadzenie do rozgrywek drużyn I ligi oraz od szczebla 1/32 mecz i rewanż. A stało się tak przez Lechię Gdańsk, która w Piotrkowie Trybunalskim ten Puchar zdobyła. Pretekstem było, że przegrała ona z Juventusem w Turynie 7:0, co rzekomo naszemu futbolowi wstyd miało przynieść. A tak naprawdę to władze podejrzewały, że Lechii Puchar puszczono,g dyż na rewanżu w Gdańsku był Lech Wałęsa i wszyscy widzowie go fetowali i krzyczano "Solidarność' i były flagi za napisami i prasa imperialistyczna nadała temu rangę wydarzenia. Władze partyjne PRL dały się przekonać, że winny był regulamin nakazujący grę słabszemu u siebie, bez rewanżu.
Najwyższą frekwencję w pojedynczym meczu odnotowano w 1986 roku na finale na Stadionie Śląskim pomiędzy Górnikiem Zabrze, a GKS Katowice: 55 tys. widzów. Było to Pucharowe apogeum.
Aż do 2013 roku Puchar słabł. Miasta trzeba było namawiać do organizacji finału, a frekwencja była marniutka. I tak w ubiegłym roku już nikt finału organizować nie chciał. I wtedy życie wymusiło mecz i rewanż. Efekt był zaskakujący, bo dwumecz Legii Warszawa ze Śląskiem Wrocław na stadionach obejrzało 68 tys.widzów.
Ranga rozgrywek Pucharowych przez lata musiał spaść, gdyż większość klubów, zwłaszcza Ekstraklasy, ale i I ligi do meczów desygnowała zawodników rezerw. Niestey ich poziom w większości zespołów nie przekracza III ligi. Widzowie nie dawali sobie wmówić, że muszą brać za dobrą monetę robienie ich w konia.
Atutami tych rozgrywek była atrakcyjność i popularyzacja piłki nożnej lub/i ich poziom. Zabrakło i jednego i drugiego.
Jednocześnie od sezonu 2013/14 zreorganizowano rozgrywki tak, że zamiast 30 meczów w lidze, do rozegrania jest ich 37. Większość drużyn Ekstraklasy na taką liczbę meczów plus Puchar po prostu nie ma nawet średniej klasy zawodników. Zamiast dokonać zmian w regulaminie, postanowiono Puchar Polski sprowadzić do jednego meczu na Stadionie Narodowym. Ma mu nadać rangę i prestiż. Dla mnie to sztuczne nadmuchiwanie dziurawego balona.
Choć muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem umiejętności marketingowych sekretarza generalnego Związku pana Sawickiego. Swoje robi też Narodowy Stadion. Obiekt nowoczesny, piękny i przyjazny kibicom. Do tego sposób rozprowadzenia biletów, ich niska cena, rozdanie przez PZPN za darmo 11 tys. wejściówek, a przez Prezydenta Bydgoszczy dalszych 6 tys., zaproszenie młodych uczestników rozgrywek drużyn podwórkowych spowodowało, że frekwencja przekroczyła 37 tys. osób. Sam z synem i wnukiem byłem i nie żałuję. Tyle, że bardziej działała magia miejsca niż meczu.
I tak się zastanawiam nad tymi przemianami: w czasach PRL problemem było dostanie papieru toaletowego i sznurka do snopowiązałek, zaś nie było kłopotów z dystrybucją kartek na resztę. Tylko czy o to wyłącznie chodziło tym, co z tamtym systemem walczyli i tym, którym przyszło żyć po tamtym systemie? Żeby był dostatek papieru? Szczerze wątpię. Czy naprawdę da się Puchar Polski tak przeflancować, aby to co zużyte sprzedać jako atrakcyjną nowość? Ten Puchar Polski jest teraz jak beknięcie: budzę się rankiem w III RP, a kładę się spać w PRL. I zatracam ostrość widzenia. I mam urojenia: gdzie ja jestem?
W dodatku nadmuchiwanie dość kosztowne. 37 tysięcy ludzi robi wrażenie. Ale jak sobie uświadomić, że prawie (?) połowa weszła za darmoszkę a reszta za ceny jak na II ligę, to po wrażeniu zostaje - excusez le mot - wk*rwienie. Pan Sawicki chwali się na Weszło! ile to on milijonów nie zaoszczędził na delegacjach i inszych takich. Ciekawym bardzo - starczyło na organizację piątkowego spotkania, czy jeszcze trzeba było dołożyć?
Nie no, owszem. Gdyby potraktować całą hecę jako dalekosiężny ruch mający na celu popularyzację i PP samego w sobie, i polskiej kopanej en bloc, to wszystko piknie i nadobnie. Na tym meczu była m.in. moja cioteczna siostra, której o co, jak o co, ale o zainteresowanie futbolem nijak bym nie podejrzewał. Jeśli trafili tam inni, podobni jej ludzie, jeśli choć część z nich dzięki temu załapie bakcyla - super. Tylko czy to było świadome zagranie PZPN? A przede wszystkim - czy Związek ma pomysł na dalsze kroki na tej szczytnej, acz przecież trudnej drodze? Śmiem wątpić.
Zapełnianie trybun młodzieżą i ludźmi na darmowych wejściówkach jako żywo przypomina mi "robienie frekwencji" na nowym stadionie Śląska Wrocław. Magia miejsca? OK, ale ona zadziała raz, góra dwa. Trzeba wiedzieć co potem.
Nawet angielski, czyli ten niby wzorcowy, puchar krajowy ma tytularnego sponsora, co niewątpliwie korzystnie wpływa na jego atrakcyjność. I nawet konserwatywni, przywiązani do tradycji Anglicy zdołali łyknąć w oficjalnej nazwie ich Pucharu AXA'ę, e.ona, czy Budweisera. W wielu innych krajach jest podobnie. U nas przez chwilę przewinął się Remes, a potem (i przedtem) cisza w temacie. Tymczasem bez sponsora, czyli bez realnych pieniędzy leżących na murawie, Puchar Polski pozostanie rozgrywkami trzeciej kategorii. Bez względu na to, czy jego finał grany będzie na Niepotrzebnym w Warszawie, czy na Gminnym w Pipsztynowie.
Dziekuję. To mój kolejny felieton, który może nie tak obcesowo /wybacz sformułowanie/, ale jednak obnaża nasze urojenia. Mnie chodziło głównie o to, że Puchar w innych krajach to jest coś ważnego dla tych kibiców i miłośników piłki nożnej na tym podstawowym szczeblu. Jest to pewien spójny system rozgrywek i finał jest spełnieniem dobrze wykonanej roboty. Teraz u nas chce się to zastąpić jednym meczem. I zrobić z tego show. Ja nie lubię być w butelkę nabijany.
Poziom obcesowości tym razem postrzegam jako optymalny
Wkurza mnie to wszystko z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, ja rozumiem, że Tobie, synowi i wnukowi (wszystkich serdecznie ściskam) było przyjemnie. Obawiam się jednak, iż PZPN w chwili obecnej powinien celować wydatkami w znacznie istotniejsze potrzeby, niźli coroczna fajna impreza na prawym brzegu Wisły. Ot, np. gdyby kasa, która poszła na organizację tego meczu (i kolejnych jego odsłon), spożytkowana została na potrzeby szkoleniowe, być może za parę lat ludzie zabijaliby się o bilety na finał PP. Nawet, gdyby wcale nie były one darmowe, ani nawet przystępne w cenie.
Po drugie, propaganda fajna rzecz. Trzeba ją tylko umiejętnie stosować. Na ostatnim zjeździe czarnoelkowych pitolników (dlaczego Cię nie było?) kol. Garm dość intensywnie roztrząsał kwestię lekceważenia, z jakim spotykają się w Polsce rozgrywki krajowe. Doprawdy nie potrafię zrozumieć dlaczego PZPN z tym lekceważeniem nie walczy. Dlaczego Bońkowi i s-ce najwyraźniej pasuje sytuacja, w której dla polskiego kibica istotniejszy jest Puchar Anglii, Puchar Hiszpanii, Puchar Niemiec, etc., niźli Puchar Polski. Jest to dla mnie kompletnie niepojęte.
W moim przekonaniu to zmiana regulaminu w 1983 roku zabiła Puchar w Polsce. Stał on się wyłącznie cyklem meczów mających wyłonić drużynę grającą w LE. Obawiam się, że jak UEFA ujednolici rozgrywki to ten nasz czeka upadek. A jest to potrzebne. Tydzień temu w Poznaniu przy komplecie grali oldboje Lecha z II drużyną. Gdyby grali towarzysko pewno mało kogo by to obeszło. Sam jak mieszkałem w Błoniu to wiem ile ekscytacji wzbudzały lokalne derby z Partyzantem /tym od Lewandowskiego/, Pogonią Grodzisk czy Ożarowianką oraz oczekiwanie na kogoś wyżej /udało się z Polonią, Marymontem i Legią II/. Drużyny te grały w innych klasach i poza Pucharem nie miały szans się spotkać. Tak było wszędzie i to była popularyzacja piłki.
Co do spotkania to ja mam już swoje lata i żonę, która mnie pilnuje bardzo. Poza tym staram się zachować dystans pomiędzy twórcą i tworzywem /film "Rejs"/ i zbytnie zbliżenie z tak szanownym gronem spowodowałoby uwiąd siły polemicznej, bo o bliskich kolegach marnego słowa nie powiem, nie mówiąc o napadaniu na nich z byle jakiego powodu
Pozdrawiam serdecznie.
Zbyszek uwielbia strzelać z biodra jak prawdziwy "rewolwerowiec" pióra ale z takim "zezem" rani się regularnie w różne części swojego cennego dla tego forum ciała.
Zbyszku czy dopiero dojście do finału jakiegokolwiek pucharu uczy wszystkich wymienionych cech.
Ja myślę że nad "sprawnością psychiczną" warto popracować zanim się wyjdzie na jakąkolwiek arenę. No chyba że się ma wyćwiczoną "odporność psychiczną" to wtedy można przeć "do wytyczonego celu" z "maksymalną mobilizacją".
Widzisz ja piszę o Pucharze czyli jak sama nazwa wskazuje o jednym meczu.Wyrażnie wskazuję,że tym różni się on od ligowej młócki .
Napisałem też,że zdecydowanie nie zgadzam się na zastępowanie rozgrywek meczem tzw.finałowym,bo dla mnie to fikcja.To może od razu robić na Narodowym finał i zamiast grac to losować.Mam nadzieję,że ironię wyczuwasz.
Natomiast co do sprawności psychicznej to zapisanie jej dwa razy jest prostą pomyłką językową ; powinno być fizyczną.
Poprosiłem o wrzucenie tekstu o treningu mentalnym.Jak zechcesz to o tym podyskutujemy.
I na koniec : nie życzę sobie pisania "cennego" lecz najcenniejszego