Logo

Zezem. Krytyka i krytykanctwo

Asumpt do skreślenia kilku nieprzemyślanych zdań dał mi tym razem Kazimierz Węgrzyn krótkim felietonem w Przeglądzie Sportowym. Węgrzyn nawołuje do opamiętania w krytyce, pisze iż piłkarze teksty o nich pisane czytają i przeżywają. Daje tym samym przykład swej troski o zdrowie psychiczne młodzi piłkarskiej i wiary w nią nieustającej. Znaczy, czytać umieją i coś odczuwają.

Pewnikiem jest tym czymś troska o stan kasy, ale może i coś więcej. Kazek objaśnia, że kiedyś padały argumenty, a teraz nie. Mógłby podać jakieś daty, kiedy to było. Ja jestem od niego kapkę starszy, a dalibóg nie pamiętam. Dla mnie to takie myślenie, że kiedyś było lepiej. Jak w tej odpowiedzi na pytanie „kiedy ci było najlepiej?”. Jak miałem 20 lat.

Węgrzyn wymienia przykłady jego zdaniem obsmarowanych i będących ofiarami nagonki. Są to Peszko, Smuda, Fornalik i Nawałka. Jemu ich szkoda. I apeluje: nie piszmy źle o kimś po to, aby zaistnieć. W pierwszym momencie śmiech mnie pusty ogarnął, bo wiek mam słuszny i mogę Kaziowi powiedzieć, że czytał tylko PS, PN, Sport i Tempo, a z innych gazet tylko ostatnie strony, bo by wiedział, że to co pisze, to jest jajeczko częściowo nieświeże, gdyż przez lata całe naukowe rozprawy pisano jak odróżnić krytykę od krytykanctwa. Krytyka musiała być oparta na faktach, rzetelna i konstruktywna. A jak nie spełniała tych kryteriów to było to krytykanctwo, które mógł uprawiać tylko wróg ludu, albo inny rewizjonista. W każdym razie szkodnik.

To co pisze Kazio oznacza, że tak po prawdzie nie można krytykować za beznadziejną grę, za brak postawy, za słowa, za czyny, za buractwo itp. Gdyż krytykowani uważają, że mają prawo pozostać bezkarnymi tylko z tego powodu, że my nie wyjdziemy na boisko czy kort i nie zagramy tak jak oni. Mają rację. Nie zagramy, ale napiszemy. I tu ich mamy.

Tylko czy aby na pewno? I tak sobie pomyślałem, że też na ten wylew pomyj i ekskrementów pod pozorem krytyki, jakoś się godzę. I zrobiło mi się wstyd. Też się do tego przyzwyczaiłem. Niemalże przywykłem. A przecież pochodzę z epoki, w której język jakim się człowiek posługiwał, dawał o nim świadectwo. Wiadomo było jak kto tylko usta otworzył z jakiej warstwy społecznej pochodzi i czy ma coś sensownego do przekazania. Bo mową ludzie posługują się, aby się porozumieć, aby coś sobie wzajemnie przekazać, aby coś wspólnie osiągnąć. Razem, a nie przeciwko sobie.

Tu pozwolę sobie na paralelę. W pierwszym wydaniu "Słownika języka angielskiego” Samuela Johnsona z 1755 roku zdefiniował on słowo "pierdnięcie" następująco: "Wiatr z tylnej części ciała. Boli, gdy trzymać je w ukryciu, obraża innych, gdy je uwolnić". Baczyć bardzo trzeba, aby mowa nasza, pismo nasze, nie było wiatrem z przedniej części ciała. Nie nośmy w sobie tej żółci i jej nie uwalniajmy. A przecież winien nie ten, który narażony jest na wąchanie, lecz ten, który bąka puścił. Używanie atoli języka jako takiego pierdu co ma służyć ubliżaniu czy poniżaniu daje wyłącznie świadectwo temu, który je wypowiada, albo pisze. Bo przecież nie odbiorcy. Zrozumieć to niełatwo, bo zbyt często zepsute powietrze traktuje się jak normę, zapominając, że ludzkim środowiskiem jest powietrze czyste.

Co do zasady dozwolone jest przedstawianie krytycznych, kontrowersyjnych poglądów na temat spraw budzących uzasadnione zainteresowanie społeczne, nawet w ostrej formie. Jednak sposób w jaki niektórzy zabierają głos nie służy prowadzeniu jakiejkolwiek normalnej dyskusji czy merytorycznemu przedstawianiu własnego stanowiska. Wyrażanie poglądów w agresywnej czy gwałtownej formie, gdy ma  na celu poniżenie i zastraszenie osób o odmiennych poglądach nie ma żadnego wkładu do debaty i tak naprawdę prowadzi do jej stłamszenia. Jak to się więc dzieje, że tak czynią ludzie formalnie wykształceni i wydawałoby się mający jakąś ogładę? Z miłości własnej. Z przekonania, że jak mam coś do skrytykowania to muszę to zrobić jak najbardziej pospiesznie, aby mnie nikt nie ubiegł. Jak nie trafiamy to zapominamy. Jak nam się uda to stale przypominamy i traktujemy jako powód do chwały, żeśmy tacy światli i przewidujący.

Również z poczucia mijania czasu. Za wszelką cenę nie chcemy się spóźnić, bo dziś przegrali to w nich kubłem z gnojówką, a jutro mogą wygrać, to co my z tym kubłem zrobimy? Nie możemy czekać, bo czas ucieka. Ale też i z przymusu, jak to się mówi: dla chleba. Musimy coś wymyślić, coś napisać, by szpaltę czymś zapełnić. Nie bardzo wiem dlaczego niektórzy smarują ją akurat kałem, ale to już się przyjęło jako norma. Łajno lepiej  się sprzedaje, gdyż gawiedź już dawno kupiła je jako ambrozję. Errata, ona została przyzwyczajona, bo niczego innego, nikt, nigdzie w mediach jej nie serwuje. Więc każdy poważniejszy tekst traktujący o czymś, a nie o kimś, traktowany jest podejrzliwie. Co to jest? W normalnej sytuacji to efektywna praca, spokój, nieodpowiadanie na zaczepki, ośmieszanie szczególnie zajadłych są wystarczające. Moim zdaniem do czasu.

Popatrzmy na Legię Warszawa. Od kilku lat to samo i tak samo. Każde najmniejsze potknięcie urasta do rozmiarów kataklizmu. Jak nie ma nawet lekkich potknięć to się je wymyśla. Mnie szczególnie odrzuca, jak czynią to ludzie mieniący się sympatykami klubu i drużyny. Teraz jakoś ciszej. Bo bronią wyniki. Lecz nie martwmy się. Oni się tylko przyczaili. Tylko czyhają, aby rozdeptać, aby pryncypialnie przyłożyć, oskarżyć, wskazać winnych. I oczywiście może nie rozstrzelać, ale w piachu zakopać na zawsze. Mają taki syndrom przyczynowo skutkowy, że wszystko im się z jednym kojarzy. Jak w parafrazie piosenki Młynarskiego: "Komu by tu jeszcze dopieprzyć panowie, komu by jeszcze?...".

Kazio Węgrzyn chyba jednak celowo pochyla się wyłącznie nad ciężkim losem panów piłkarzy i trenerów. Udaje, czy naprawdę nie zauważa, że przedmiotem szczególnie zajadłej agresji są właściciele i prezesi klubów /często te same osoby/. To oni są wcielonym złem. To przez nich te wszystkie nieszczęścia naszej piłki. Gdyby nie oni to byłby taki Eden, że gołąbki same wpadałyby nam do gąbki, piłeczka nasza byłaby Super Hiper Galaktyczna, a wszystkie drużyny każdego roku byłyby Mistrzami Polski. Co tam – Polski, Europy, Świata i Kosmosu. Trenerzy umieliby trenować, wychowywać i rozwijać, a piłkarze kopaliby tę piłeczkę, że hej... Obśmiewają tych Prezesów, wyszydzają, obwiniają i wydaje im się,że mają swoje racje. Oni, ci prezesi są nie od rządzenia. Oni są od dawania szmalu. Jak dawali i niczego nie chcieli to byli cacy, a jak niej dają, a więcej chcą to są be. Bo prawdy objawione zna środowisko, czyli wszyscy co z piłeczki /czytaj nie ze swoich pieniędzy/ żyją. A oni są obcy. Oni są poza. Oni nie są nasi. Bo nasi to my - środowisko. I sączy się jad w prasie, w portalach i w telewizjach. Nawet przy okazji dyskusji o trenerach w C+ okazuję się, że jak zespół przegrywa to winny jest wyłącznie prezes, a w żaden sposób trener i piłkarze. A jak wygrywa to wiadomo kto nadstawia piersi po premie i ordery. My. No i oczywiście stroją się w piórka obrońców ładu, normalności, stabilności, czystości zasad, moralności i wszystkiego co dobre. I puszą się do kamer, jacy my mądrzy, wszystkowiedzący.

Tylko, że stanowią rodzaj mafii, koterii i kliki opartej o wspólnotę gustów, poglądów i interesów, co się przeważnie wiąże. Nie są to twory stałe. Ewoluują, przepoczwarzają się, w tym także personalnie, łączą, dzielą. Stare mafie rodzą nowe. Środowisko piłkarskie jest jak galareta w stałym ruchu. Stanowią je ludzie silniej ambitni niż utalentowani. Absolutyzacja zła w postaci chociażby prezesów staje się łatwym wytłumaczeniem własnych porażek obiektywnych lub subiektywnie tylko odczuwanych. Wyobrażenie,ze jest jakaś bestia pokraczna i niszcząca jest potrzebne jako środek znieczulający ból wynikły z nic nie znaczenia. Gdybym więc im zaproponował,dla odmiany, aby spojrzeli też dla równowagi obiektywnym okiem na własne dokonania "twórcze”, byłaby to propozycja naiwnie nierealna, a na pewno bardzo niehumanitarna.

Kaziu, Kaziu... Trzymaj się.

Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.