Logo

Zezem. W Kalejdoskopie odc. 4

Wszyscy krzyczą, że jest sukces reprezentacji. To prawda. Zawsze jest lepiej awansować niż nie awansować. Tylko czy ktoś jeszcze sobie przypomina z kim graliśmy jak pierwszy raz przydarzył nam się awans do ME w 2008 roku pod wodzą Leo Beenhakkera. I czy to tak świętowaliśmy? No, ale wówczas telewizja zwana publiczną /a fe/ to zapodawała. I to niejako biorąc pod uwagę, pozwolę sobie na garść refleksji retrospektywnych z mediami w roli głównej.

Generalnie do osiągnięcia w sporcie dobrego wyniku musi się spotkać dobry trener z utalentowanym zawodnikiem i muszą popełnić we współpracy jak najmniej błędów. Tak mawiali ci co na treningach mistrzów zęby byli uprzejmi zjeść. Z perspektywy czasu wypada do tego duetu dodać: mądrego prezesa, który wymyśli dobrego trenera i przychylne media. I często nie jest to zbieg zaplanowań, lecz zbieg przypadkowych okoliczności.

Przed ponad 20 laty byłem świadkiem rozmowy dziennikarzy "Piłki Nożnej" z byłym sekretarzem generalnym, dziś byśmy powiedzieli dyrektorem zarządzającym Legii z lat 1957-1970 panem płk. Edwardem Poterejko. Do wypowiedzianych tam kwestii wielokrotnie wracałem w różnych wpisach. Pominę, że pan Poterejko swoim dokonaniom przypisywał sukcesy Wielkiej Legii, to ja zwróciłem uwagę na to, że były one efektem tyleż doświadczenia, ileż sprzyjających okoliczności. Oto bowiem w połowie lat 60-tych w zasadzie wyczerpany zostały krajowe zasoby trenerskie do pracy w klubie, a w sąsiednich Czechach w klubie wojskowym Dukla Praga był trener, którego chciano zwolnić do cywila. Płk Poterejko natychmiast doszedł do wniosku, że Legii potrzebny jest trener zagraniczny, aby odmienił oblicze drużyny. Do tego tak się jakoś złożyło, że w klubach, nazwijmy je cywilnymi, apanaże dla piłkarzy tak wzrosły, że pozyskiwanie graczy uznanych stało się praktycznie niemożliwe. A pobór do wojska stał się mocno utrudniony w świetle możliwości prawnych odroczenia służby z uwagi na ważne potrzeby gospodarki narodowej. Wtedy wszystko było ważne, zwłaszcza sznur do snopowiązałek. Legia jeszcze w owym czasie imponowała i dawała szanse na wybicie się tylko młodym, nieznanym chłopakom z małych klubów, którzy możliwości odroczeniowych nie mieli, a pensje wojskowe jeszcze na nich robiły wrażenie. I trafu szczególnego było trzeba, że wśród tej młodzieży wyciąganej z ŁKS na zgłoszonych do poboru jednego z trzech trener Janeczek jako najgorszego wybrał Kazia Deynę i oddał go nam. Tak splot przypadków spowodował, że narodziło się to co nazwano i słusznie Wielką Legią. Bez Poterejki, Vejvody i Deyny jej by nie było. A media zapytacie. Nie przeszkadzały. W owym czasie telewizja była w powijakach, bo czołowym medium było radio i aż dziś wierzyć się nie chce, ale w TV nie transmitowano np. meczu rewanżowego PKME z St. Etienne, mistrzem Francji. Co wywołało prasową wrzawę z pytaniami, po co mamy telewizję. Natomiast relacje w gazetach były przychylne stawiające tak Legię jak i Górnika Zabrze za wzór możliwości rozwojowych jaki daje socjalistyczny sport. Ponieważ w nim w owym czasie miejsca na afery nie było /socjalizm i afery, też coś/ to i jak płk. Poterejce stawiano zarzuty karne za niedozwolone operacje finansowe i jak to samo czyniono piłkarzom Grotyńskiemu i Żmijewskiemu, uprzednio konfiskując im dolary wywożone za granicę, słowa o tym w mediach nie było. Czy dziś to byłoby do wyobrażenia?

Na początku lat 70-tych również PZPN wyczerpał możliwości organizacyjne i kadrowe jeśli idzie o trenera reprezentacji. Nie zdały egzaminu kapitanaty związkowe, ani zatrudnianie najlepszych w tym fachu jak Michał "Myszka" Matyas i Ryszard "Faja" Koncewicz. Wreszcie ówczesny prezes PZPN, do tego kierownik administracyjny KC PZPR , późniejszy Minister Spraw Wewnętrznych pochodzący z Sosnowca, tak jak i nowowybrany na funkcje I sekretarza Edward Gierek postanowił zgodnie z ówczesnym trendem postawić na młodych i wybór padł na Kazimierza Górskiego. Gdyby nie przełom grudnia 1970 roku to pan Kazimierz pewnikiem dalej by sobie pracował z młodzieżą, albo w klubach.

Nie ujmując Panu Kaziowi, trafił on na młodych piłkarzy, którzy dopiero wchodzili na rynek, a byli już wyszkoleni wedle metod unifikacyjnych szkolenia wprowadzonych we wszystkich klubach w stosunku do wszystkich grup wiekowych począwszy od 1961 roku. Wśród powoływanych był przede wszystkim Kazimierz Deyna, który tak jak w Legii, szybko stał się kapitanem i przywódcą drużyny. Pan Górski z mediami miał mniejszy kłopot niż np. Koncewicz, gdyż większość dziennikarzy go po prostu lubiła, ale i on narażony był na krytykę, jeżeli nie wprost, to złośliwie zawoalowaną. Tu wspomnę o przyczynie dlaczego Koncewicza dziennikarze uważali za tego, który ich nie szanuje. Po jednym z przegranych meczów, z cyklu takich, po których można zapytać jak to się mogło stać, do szatni wkroczył pan Bohdan Tomaszewski i ni to stwierdził ni zażartował: "Ślicznie dziś panowie zagrali...". Jak zeznał "Faja", wyprowadził Pana Bohdana, gdyż mogło dojść do rękoczynów, ale ten się śmiertelnie obraził. A Pan Kazio mówił kalamburami, słuchał, dyskutował, ale robił swoje. Był też przez wieloznaczne i proste wypowiedzi traktowany jako taki niepełny fachowiec, który ma więcej szczęścia niż wiecie czego. Więc przy każdej okazji chciano mu wykazać swą wyższość. Po raz pierwszy jak drużyna przegrał w październiku 1971 roku w eliminacjach do ME z Niemcami 1:3. Zarzucano mu złą taktykę, zły dobór graczy, w tym bramkarza Tomaszewskiego, którego wprost obwiniano o porażkę. Przypomnijmy sobie jak chwalono grę naszej drużyny po niedawnej porażce z Niemcami w takim samym stosunku. Skąd więc taka zajadła krytyka w słowach nieprzebierająca, nie tylko Pana Górskiego i jego reprezentacji, ale i innych drużyn i zawodników innych dyscyplin? Otóż w owym czasie krytycznie w zasadzie nie można się było wypowiadać prawie o niczym, bo przecież królował najlepszy ustrój ten od sprawiedliwości społecznej i jedyną enklawą był sport oraz wywrotowcy rzucający kłody pod nogi dobrobytowi. Ale też już w tamtych latach zaczęło się to co nazwano propagandą sukcesu. Liczył się tylko sukces. W innych dziedzinach można go było wymyślić, ale w sporcie liczył się wynik. Jak wygrał był dobry, jak nie to zły. Doświadczył tego Pan Kazio, a i w kilka lat później Jacek Gmoch. Ta propaganda najpierw stawiała pomniki, a w chwilę potem z nich zrzucała. Oczywiście jak drużyna Górskiego wygrała igrzyska w Monachium i zdobyła trzecie miejsce na MŚ w Niemczech to noszono ją /dosłownie/ na rękach. Lecz kiedy nie awansowała na ME w 1976 roku to fala krytyki jeszcze trenera nie zmyła, ale go podtopiła. A gdy na igrzyskach w Montrealu był 'tylko' srebrny medal to zarzutom i atakom położyła kres dopiero dymisja Pana Kazia i jego wyjazd z kraju. Szybko znaleziono nowego, jeszcze młodszego jak mówiono technokratę /wtedy to bardzo modne i pozytywne słowo/ w osobie Jacka Gmocha. Początkowo selekcjoner i media jedli sobie z dziubków. Jak sam Jacek podkreślał to dzięki między innymi współpracy z mediami udało się zmylić trenerów Portugalii i Danii odnośnie formy drużyny i zamierzonej taktyki. Rozwód nastąpił jeszcze przed MŚ w Argentynie, kiedy to Gmoch zabronił dziennikarzom dostępu do zawodników bez jego zgody. Jeszcze po remisie w pierwszym meczu z Niemcami 0:0 i telegramie gratulacyjnym Gierka byłą cisza. Ale apogeum wylanej żółci wystąpiło po zdobyciu dzielonego 5-6 miejsca /gdzie nasza piłka dziś jest w stosunku do tamtych czasów?/. Główny zarzut to ten, że drużyna nie zdobyła złotego medalu. A więc przegrała, a więc poniosła klęskę, ergo się skompromitowała i to nie tylko siebie, ale też ustrój przodujący. I Gmoch musiał się salwować ucieczką z kraju. W połowie lat osiemdziesiątych udzielił wywiadu jednej z greckich gazet, w którym zarzucił opozycji, że to ona celowo doprowadziła do buntu zawodników na tle podziału premii w walucie wymienialnej.

O dokonaniach Antoniego Piechniczka w mediach zbyt szumnie nie było. Po wprowadzeniu stanu wojennego trzecie miejsca Na MŚ w Hiszpanii przeszło prawie bez echa. Cenzura nałożyła taki kaganiec, że o krytyce mowy być nie mogło, a piewcy ustroju też głosu nie podnosili, gdyż nawet w ich środowiskach byłaby to jakaś pochwała rządzącej junty.

A dziś spotkali się: prężny prezes, który został na funkcję wyniesiony przez nieudolnego Latę, ze swoim bliskim kolegą z boiska, z którym grali w reprezentacji będąc jej najmłodszymi członkami między innymi na MŚ w Argentynie w 1978 roku. Do tego zrządzeniem losu trafił się im jak ślepej kurze ziarno gracz rodzący się raz na kilkadziesiąt lat. Gracz klasy światowej. Ale trener Nawałka, i chwała mu za to, potrafił losowi pomoc i zrobił tego gracza kapitanem drużyny. Tak jak przed 40 ponad laty Kazio Deyna, tak dziś Robert Lewandowski jest tym, który decyduje o obliczu drużyny. A media? To co robi Polsat to kalka propagandy sukcesu. Tak jak i wówczas, jest to swego rodzaju lek. Wtedy na frustracje związane z brakiem wolności, biedą, zapyziałością i potrzebą afirmacji i jakiegoś sukcesu. Dziś jako odtrutka na obrzydliwość polityki. Jest to zupełnie sensowna odpowiedz na potrzebę radości, uśmiechu w życiu i zrzucenia z siebie tych pokładów jadu i wrogości sączonych każdego dnia i godziny z ekranów i stron gazetowych. Ja nie wiem czy w tym Polsacie lubią w ogóle sport, ale wiem, że postawili na niego słusznie. I sprzedać go potrafią jako nietrefny towar, który warto zakupić, bo jest czysty i nasz. My tego jak wyschła ziemia deszczu potrzebujemy. I w tym miejscu nauka dla Canal+: jak się chce towar sprzedać to trzeba go zachwalać, a nie wybrzydzać jaki to on wybrakowany. I znowu widzimy jak na dłoni rolę przypadku. Ostanie dwa mecze w grupie i każden jeden o wszystko. Lecz jeszcze potrzeba umieć to medialnie wygrać. I to co zrobił Polsat to był majstersztyk. W niedzielę od rana wszystkie ich serwisy informacyjne ze Stadionu Narodowego i presja na inne media. Aż temat meczu stał się dominujący. Nawet moja żona, która meczów nie tylko w piłkę nie ogląda, uległa i oglądała i była rozanielona. Tak fetujemy pełny sukces. W każdym wymiarze i w każdej szparze.

I tu mały wtręt osobisty. Jak zacząłem jak to się wtedy mówiło chodzić z moją żoną to wydawało mi się w naiwności mojej, że najwspanialszym miejscem do wspólnego przeżywania emocji jet stadion. Więc zorganizowałem korzystając ze znajomości w Legii dwa bilety na mecz reprezentacji Górskiego z NRD w sierpniu 1974 roku i wielce z siebie zadowolony zabrałem 18-letnie wówczas dziewczę na Ł3. Niestety radochy było niewiele, bo sprzedano na stadion mogący pomieścić w porywach ze 30 tys. widzów ze dwa razy tyle biletów. Ścisk był niemiłosierny, o oglądaniu meczu mowy nie było, hałas był nie do opisania, a do tego wszyscy raczyli się napojem o zawartości 40 gradusów. A moja nietrunkowa. Tak to zamiast zachęcić i mieć partnerkę w wypadach meczowych to zniechęciłem. I często słyszałem z przekąsem: a ty znowu na ten swój mecz. Człowiek urodził się za wcześnie. Na stadionie Legii i Narodowym mecze to sama przyjemność. Może i ten Polsat i moją nie tylko przed telewizor zanęci?

Dyskusja (4)
1czwartek, 15, październik 2015 15:16
sektor212
@Zbyszek


Co by nie pisać o Polsacie to w transmisjach wydarzeń sportowych to czego się nie dotkną to dana dyscyplina odnosiła sukcesy międzynarodowe. Tak było z piłką ręczną, siatkówką, piłką nożną. Starty jedynego polaka Kubicy w F1 oglądaliśmy wyłącznie na kanałach Polsatu. Również przypomnę że pierwszy po 16 latach awans do MŚ w Korei i Japonii był za czasów kiedy Polsat miał wyłączność. Nawet pierwszy historyczny awans Legii do fazy grupowej LE również Polsat Sport transmitował. Krótko, mają szczęśliwą rękę jeśli chodzi o czas i wybór dyscypliny.

Program "Cafe Futbol" był bardzo dobry i stanowił obowiązkową pozycję w oglądaniu dla większości kibiców. Dziś tak już nie jest. Minęło kilkanaście lat a prowadzący dziennikarze uważają się z wybitnych znawców futbolu wiedzących wszystko i najlepiej. Często ich wywodów po prostu nie da się słuchać. Przyznam szczerze że obecnie dość często zmieniam kanał na inny z w uwagi na ostentacyjny poziom dyskusji i pyszałkowatość osób występujących w tym co tygodniowym wydarzeniu.

Natomiast sam komentarz meczów reprezentacji Borka lubię. Potrafi wytworzyć odpowiedni klimat dla kibica siedzącego przed telewizorem. Dla mnie chyba obecnie najlepszy komentator wydarzeń sportowych na żywo.
2czwartek, 15, październik 2015 16:57
Zbyszek
@sektor 212.
Dobrze uchwyciłeś tę jedną z myśli przewodnich mojego felietonu. Ale troszeczkę się z Toba pozwolę nie zgodzić.Awans naszych piłkarzy do ME to jest sukces w wymiarze realnym mocno cieniutki.Wszakże awansuje prawie polowa reprezentacji. Mnie chodziło o klimat tego cieszenia się z małego, ale jednak sukcesu. I o ten rys charakterystyczny pozytywnego myślenia. Odrzucamy swary, nie opluwamy, nie dajemy czarnowidzom zawładnąć naszą potrzebą radości z tego,że coś się nam w życiu udało ,coś wyszło tak jak chcieliśmy.I to jest przyczynek do stwierdzenia,że to media kreują czy sukces jest wielki czy maleńki.I Polsat się z tego zadania bardzo dobrze wywiązuje. Ale zawsze istnieje obawa,że te same media / przykład Górskiego i Gmocha/ potrafią autentyczne sukcesy zdeprecjonować,a nawet zniszczyć ludzi i drużyny.I również tą obawą w sposób zawoalowany się podzieliłem.I nie wychwalam Polsatu nadmiernie, gdyż jak oni mają prawa do transmisji to nic nie zakłóci ich dobrego samopoczucia , jak inni to już obrzydzają i insynuują.
Muszą przywyknąć, iż są nie tylko oni,i że rynek z monopolem również informacji i przekazu przestaje nim być, a staje się tubą chwilowych mód i upodobań. Jak się chce to się wystawi pomnik, a jak się chce to się utrąci. Reasumując: żałuję,że to nie Polsat ma prawa do transmisji meczów ekstraklasy. I to bardzo.
3czwartek, 15, październik 2015 18:13
sektor212
@Zbyszek

Dla mnie awans naszych piłkarzy do ME to NIE!!! jest sukces w wymiarze realnym mocno cieniutki. Może jestem trochę oderwany od rzeczywistości ale dla mnie oglądać we Francji naszą reprezentację na ME to duża duma i przyjemność. Jak by media nie kreowały tego wydarzenia to powtarzam ja jestem dumny. W tabeli jesteśmy tylko jeden punkt z Niemcami. Kolejny powód do dobrego samo poczucia. Zabrakło jednej wygranej ze Szkocją a awans byłby z pierwszego miejsca. To pokazuje że grupę mieliśmy trudną.
Wyobraź sobie że po nominacji Nawałki byłem nie zadowolony. Nie wierzyłem w jego umiejętności poprowadzenia naszej kadry. A tu takie miłe rozczarowanie. Oczywiście można pisać że gdyby nie Lewandowski to by było czy by nie było i takie tam. Ja nie zamierzam roztrząsać awansu na czynniki pierwsze. Jestem szczęśliwy i zadowolony z postawy chłopaków z przekroju całych eliminacji.

Jak najbardziej zgadzam się z tobą co do kwestii kreowania wydarzeń przez media. Z dekady na dekadę przekaz medialny jest coraz gorszy. Chociażby widać to po programie Cafe Futbol. Tanie sensacyjki i szukanie jak największych niepowodzeń poszczególnych drużyn, trenerów czy zawodników. Jak można po kimś pojechać to panowie redaktorzy są szczęśliwi.

Natomiast ciężko odnieść się mi do sytuacji Górskiego czy Gmocha. W tamtym okresie z pieluch już wyszedłem ale za wiele nie pamiętam. Tu polegam wyłącznie na twojej wiedzy jak posiadasz.
4sobota, 17, październik 2015 06:15
Zbyszek
@sektor 212.
Mnie też awans cieszy i też wolę oglądać dużą imprezę piłkarską z udziałem naszej reprezentacji niż bez niej.Tylko jak to Powiedziano w "Zemście" " znaj proporcje mocium Panie".Ten wysoki diapazon,te zachwyty, te tony konfetti to raczej śmieszne niż poważne.Pewnikiem jestem trochę bardziej krytyczny, gdyż dobrze pamiętam prawdziwe sukcesy naszej reprezentacji na Mistrzostwach Świata/ dwa medale/ , gdzie "tylko" dzielone 5-6 miejsce w 1978 roku potraktowano jako porażkę, a wyjście z grupy w 1986 roku jako klęskę. Porównałem też nastawienie mediów do 2 porażek z Niemcami po 3:1 tej z jesieni tego roku i tej z jesieni 1971 roku. Dziś pochwały ,a wówczas kubły pomyj . To mi przypomina niesławne czasy propagandy sukcesu i robienie cyrku zamiast rzetelnego przekazu i takiej też relacji. Ja rozumiem,że na bezrybiu i rak ryba, ale to naprawdę tylko rak.Chciałbym aby przemienił się w rybę i wtedy też się podłączę z czystym sercem,że jest co świętować.
yvComment v.2.01.1
Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.