Logo

Zezem. W kalejdoskopie cz. 12

Nie musimy się zbytnio rozglądać, aby zauważyć, że mamy w Polsce bardzo wielu męczenników. Sadzić należy, że ich liczba będzie rosła, ponieważ chyba nigdzie na świecie nie zostaje się męczennikiem tak szybko i tak łatwo.

Sama informacja o tym jak to Franciszek Smuda wygrał przed Sądem Polubownym PZPN z Wisłą Kraków proces o odszkodowanie za przedwczesne zwolnienie z klubu i jak nadal jest nieszczęśliwy nie była inspirująca. A powinna być /ach ten refleks szachisty/. Dopiero felieton redaktora Stanowskiego w PS, w którym lał łzy nad krzywdą Wisły stał się zaczynem niniejszego tekstu. Czy są możliwe jednoczesne role sprawcy i pokrzywdzonego? Okazuje się, że nie bardzo, gdyż nikt nie chce być sprawcą, za to obie strony robią za poszkodowanych.

Smuda twierdzi, że nadal kocha Wisłę sercem czystym i nieskalanym, ale zmusił go „prezesik” do tego kroku, gdyż był go zwolnił bez powodu, kiedy zespół już miał wyjść na czoło Ekstraklasy, potraktował go jak pierwszego gorszego, a do tego nasyłał podglądaczy jego metod treningowych. Nieszczęście jego bierze się stąd, iż Wisłę nadal uwielbia i nie może znieść, że jej kłopotu w trudnych czasach dostarcza. Zaś redaktor Stanowski nazywa Smudę hipokrytą wzorowym i to uzasadnia. Jego zdaniem Smuda tylko udawał i udaje miłość do Wisły, bo tak naprawdę chodziło tylko o pieniądze, które w dużej wysokości wyłudził, gdyż mógł czekać, aż mu w ratach zaczną spłacać. Wszystko za sprawą przebrzydłych prawników, którzy tak umowę napisali, że Wisła poniosła szkodę i jest pokrzywdzona. Ta obrona Wisły przed zachłannym Frankiem jakoś by się broniła, gdyż polemista ma prawo do własnego oglądu rzeczywistości, ale z mecenasami to redaktor Stanowski trochę odleciał. Toż to Wisła ma na usługach więcej niż Franek prawników, ale to jest bez znaczenia, gdyż umowa o trenowanie w zasadzie jest standaryzowana i wszędzie jest bardzo podobna. Zmienne są tylko dane stron i kwoty.

Sam spór ma szerszy aspekt. Tyczy on bowiem sposobu wykonywania prawa. W wielu demokratycznych krajach wystarczą ustne ustalenia i są one dotrzymywane, a niestety w Polsce nawet zawarte na piśmie ustalenia dotrzymywane często nie są. O tym, że umowy są niezmienne wiedziano już w starożytnym Rzymie, o czym świadczy sentencja: ”Pacta sunt servanda”. W szerszym sensie reguła dotrzymywania umów mieści się w zasadzie swobody umów. Oznacza ona, że istnieje wolny i świadomy wybór stron umowy i nie można nikogo zmusić do jej zawarcia, a również strony mogą kształtować treść postanowień umów w sposób przez siebie wybrany. Byle nie byłoby to sprzeczne z ustawami i dobrymi obyczajami. Dlatego też, aby zachować tę zgodność z prawem, strony zapisują w umowie takie sformułowania, które ją zapewniają. Tak skonstruowana umowa wiążę strony. Zmiana umowy w jakiejś części jest możliwa wyłącznie za zgodą stron. Odmiennie przedstawia się sytuacja, w której jedna ze stron bez zgody drugiej naruszy postanowienia umowy albo zgoła ją zerwie. Wówczas ta strona, która tego dokonała staje się dłużnikiem, a ten, który umowy chciał dotrzymać, staje się wierzycielem i ma on z tego tytułu roszczenie bądź o wykonanie umowy bądź rekompensatę, na ogół finansową. W przypadku Smudy i Wisły trener nabył prawo do odszkodowania i stał się wierzycielem, a prawo w takim wypadku stanowi, że to dłużnik ma się wykazać należytą starannością przy spełnianiu zobowiązania. Tym samym prawo daje niejako przewagę (i słusznie) wierzycielowi wobec niesolidnego dłużnika. To do niego należy wybór w jaki sposób jego roszczenie ma zostać zaspokojone. Dodawanie do tego sentymentów jest z lekka śmieszne.

Nie byłbym sobą, gdybym  nie dostrzegł jeszcze szerszego kontekstu, mianowicie zapisanego w „Księdze licencyjnej PZPN dla klubów Ekstraklasy”. Jeżeli bowiem Wisła tak bardzo piórem redaktora Stanowskiego rozpacza, że ją Smuda finansowo pogrąża to należałoby się przyjrzeć czy wypełnia ona postanowienia tego „podręcznika” w zakresie uwarunkowań do przyznawania i kontrolowania licencji. Księga sprawia solidne wrażenie i napisana jest kompetentnie. Zasady ogólne są przejrzyste, np. punkt 4.1.2.2 stanowi iż każde zdarzenie po złożeniu wniosku i otrzymaniu licencji stanowiące liczącą  zmianę musi być zgłoszone licencjonodawcy, zaś punkt 5.3.1 daje mu uprawnienie do kontroli czy licencjonobiorca spełnia kryteria stanowiące podstawę wydania licencji. Lecz kiedy przeanalizujemy kryteria finansowe typu „A” i „B”, a więc obowiązkowe, to sprawa już taka oczywista nie jest. Przepisy tyczące kryterium finansowych przy licencji mówią m. innymi, że klub nie może mieć przeterminowanych zobowiązań wobec pracowników, ZUS i Urzędu Skarbowego i musi tego dowieść. Generalnie chodzi o zobowiązania do końca roku poprzedniego przy udzielaniu licencji na następny sezon. Ale w tym celu klub musi złożyć sprawozdanie finansowe wraz z raportem i oceną biegłego rewidenta, które dopiero podlega ocenie Komisji Licencyjnej PZPN. Nie uważa się za zobowiązania przeterminowane takich, w których zawarto ugodę z wierzycielem, płatność została odroczona albo wstrzymana lub też wszczęto postępowanie o uznaniu roszczenia za niedopuszczalne. W tym zakresie zapisano, że jeżeli takie postępowania wszczęto  w złej wierze to przedmiotową wierzytelność uznaje się za przeterminowaną.
Sporo czytałem o perypetiach wierzycieli Wisły i nie znajdowało to przełożenia na proces przyznawanie jej licencji. Czyżby przepis o zobowiązaniach przeterminowanych wobec tego klubu nie obowiązywał? Wymieńmy tylko przykładowo: zawodnicy Wisły podpisywali oświadczenia, że klub wywiązał się wobec nich z zobowiązań finansowych i takie papiery brano jako wiarygodne, pomimo że „Księga” wymaga, aby do sprawozdania finansowego dołączone były zestawy przelewów pieniężnych /wpłaty na konto graczy sum kontraktowych i premii/. W efekcie Wisła zalegała graczom przez lata z wypłatami i dochodzili oni należnych pieniędzy przed organami związku i UEFA bez reakcji na te fakty Komisji Licencyjnej. Podobna sytuacja jest miała miejsce w przypadku pana Mandziary. Zobaczymy jak rozwinie się w przypadku trenera Smudy. Chyba pójdzie w podobnym kierunku, chyba że Komisja Licencyjna przyjmie postawę strusia. Co już raz w przypadku Polonii Warszawa uczyniła. Przypomnijmy, iż pomimo zapisu w „Księdze”, że w przypadku przekształcenia podmiotowego spółki wymogi licencyjne dotyczą obydwu podmiotów  oraz że licencjonobiorca musi Komisję powiadomić o zbyciu akcji, Komisja nie podjęła żadnych działań. A było oczywiste, że pan Wojciechowski zapisał jako prognozę finansową kwotę ok. 50 mln zł, zaś pan Król oferował budżet klubu na poziomie 15 mln zł. W efekcie nastąpiła upadłość klubu jako spółki wraz z faktycznym przepadkiem zobowiązań wobec pracowników itd. Wracając do Wisły, jej przyszłość jest niejasna i podejrzewać można, że Smuda też i ten fakt brał pod uwagę. Próby sprzedaży klubu się nie powiodły. Media spekulują, że być może pan Cupiał będzie finansował „Wisłę” jako osoba prywatna, ale jego deklaracji w tej mierze nie ma żadnej.

W tym więc sensie, a nie w hipokryzji Smudy można upatrywać troski redaktora Stanowskiego o Wisłę, gdyż niezależnie od ocen prawnych odszkodowanie dla niej to kolejny cios w jej stabilność finansową.

I na koniec tekstu ciekaw jestem co mają do powiedzenia dziś wszyscy ci, którzy w Platinim upatrywali zbawcę światowej piłki nożnej. Pamiętamy jak wybuchła afera w FIFA i jak budowano legendę złego Seppa Blattera i dobrego Platiniego. To wszystko musi prowadzić do zadumy nad kondycją współczesnej piłki nożnej. Która stając się biznesem, przejęła od niego złe naleciałości nic nie mające wspólnego z elementarną uczciwością.

Dyskusja (1)
1poniedziałek, 07, grudzień 2015 02:13
a-c10
Jestem głęboko przekonany, że przykładanie jakichkolwiek logicznych ram do relacji łączących Wisłę Kraków z Franciszkiem Smudą kompletnie mija się z sensem. Jaki klub po trzykroć zatrudnia tego samego trenera i po trzykroć wywala go na zbity pysk? Jaki trener po trzykroć podejmuje pracę w tym samym miejscu, dwukrotnie wcześniej będąc częstowanym nogą niżej krzyża? To się przecież, tak na zdrowy rozum, zupełnie kupy nie trzyma. Coś więc musi być na rzeczy z tą miłością (obopólną zresztą).

Wypocin red. Stanowskiego też nie należy ogarniać za pomocą logiki, bo to również droga donikąd. Przy czym w tym akurat przypadku mowy o miłości raczej być nie może. Nawet bowiem gorące uczucie K.S. do Pieniądza blednie przy jego niechęci wobec Smudy.

To by się jeszcze wszystko dało jakoś tam znieść. Znacznie gorzej, że - co zasygnalizowano w tekście - z równą zręcznością wymykają się logice działania Komisji Licencyjnej. Do ostatnich wyborów w PZPN lato w lato powtarzał się ten sam scenariusz: sezon dobiegał końca, a po nim następowała żałosna, żenująca dogrywka w postaci obrad w/w gremium, które w pocie czoła umyślało jakie kluby do ligi wpuścić, jakie w niej pozostawić, a jakie wyrzucić. Parokrotnie bywało nawet tak, że nowy sezon już-już miał się ku rozpoczęciu, a wciąż nie wiadomo było kto w której lidze zagra i właściwie dlaczego.

A potem Lato odszedł i zwyczaje się zmieniły. Co i niby dobrze, warto by się jednak przyjrzeć przyczynom owej zmiany. Wygląda bowiem na to, że z nastaniem ognistowłosego prezesa wszystkie kluby jak jeden mąż (i jedna żona) znalazły pozaszywane dotąd w portkach dziadka Alojzego grubaśne pliki banknotów, które jak raz starczyły na opędzenie wszystkich wierzytelności. O, przepraszam, nie wszystkie. Dziadek Górnika Zabrze i Wisły Kraków był chyba deczko mniej zamożny, bo na coś tam nie styknęło i trza było rozpoczynać rozgrywki z 1 (słownie: jednym) ujemnym punktem. Które to manko zresztą oba kluby wymazały już w pierwszej kolejce, solidarnie remisując na stadionie im. mjra Reymana.

Co zaś się tyczy Blattera, Platiniego i reszty tego niesympatycznego towarzycha: mnie najbardziej śmieszy - choć jest to śmiech przez zaciśnięte zęby - że grubaśna większość kandydatów na następcę Seppcia od lat działa w strukturach FIFA bądź federacji kontynentalnych, a mimo to żaden z nich nie dał się poznać z podejmowania jakichkolwiek realnych działań mających na celu choć trochę osuszyć całe to szambo. Wygląda więc na to, że albo są ślepi i głusi (i głupi), a więc się nie nadają; albo też doskonale o szambie wiedzieli i kompletnie im ono nie przeszkadzało. Czyli nie ma żadnej różnicy między nimi, a Seppciem. Z deszczu pod rynnę? Wygląda na to, że nie inaczej.
yvComment v.2.01.1
Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.