Logo

Klient końcowy

Na blogu Rafała Steca można znaleźć wpis dotyczący mających dokonać się w przyszłości kolejnych zmian w kształcie Ligi Mistrzów. Czy wiodące europejskie rozgrywki piłkarskie istotnie mogą ewoluować w kierunku 'superligi', z gwarantowanym uczestnictwem największych klubów kontynentu?

 

Od lat towarzyszy mi przeświadczenie, że jest to proces nieunikniony. Otwarte pozostaje jedynie pytanie o czas potrzebny do przeforsowania kolejnych reform oraz ich końcową skalę. Wystarczy spojrzeć na kibicowskie dyskusje, podczas których zawzięcie spieramy się o to czy i jakie środki nasz klub może przeznaczyć na futbolistę X, troszcząc się o legijny budżet niczym o ten domowy. Pompowanie w futbol rosnących środków finansowych sprawiło, że kwestia ich generowania i wydawania nabrała kluczowego znaczenia, w absurdalny nierzadko sposób przesłaniając sferę czysto piłkarską.

Kluby takie jak Manchester United, potężne przedsiębiorstwa obracające milionami euro, chcą zarabiać coraz więcej i konsekwentnie dążą do celu. Giganci pewnego dnia mogą wyciągnąć najgroźniejszy oręż i zagrozić separacją od futbolowego 'plebsu'. Byłoby to rzecz jasna obciążone dużym ryzykiem i rodzić szeregi problemów natury prawnej, ale jestem w stanie wyobrazić sobie opracowanie założeń takiego projektu. Zapewne jest to w stanie wyobrazić sobie również europejska federacja, czekają nas zatem kolejne kompromisy będące de facto ustępstwami wobec elity.

Wszystko sprowadza się do walki o 'klienta końcowego', o widza, który sprawia, że słupki oglądalności kanałów telewizyjnych rosną, a reklamodawcy prześcigają się w wyścigu o kosztowny przywilej powiązania ich z danym produktem. To dokonana przez tzw. 'oficjalnych partnerów' pozytywna ocena zasobności widzowskiego portfela winduje ceny za widowiska sportowe i w konsekwencji nabija kabzę sprzedawcy praw. Najcenniejszy klient końcowy to nie ten kibic, który marznąc na trybunach, jest na każdym meczu swojej drużyny - prawdziwym skarbem jest ten, który zasiada przed telewizorem.

* * *

Radykalnie zmieniając wątek, ale poniekąd pozostając przy umownie rozumianym 'kliencie końcowym', zafrasował mnie przypadek Ivicy Vrdoljaka. Nasz eks-kapitan wyleczywszy się z jednej kontuzji, doznał kolejnej, a w międzyczasie w nagłówkach wiadomości internetowych dało się przeczytać zapytania czy Vrdoljak przypadkiem nie symulował urazu.

Za przemycanie tego rodzaju denuncjacji, które przeważnie nie mogą być szybko zweryfikowane ani skomentowane przez najbardziej zainteresowanych, najłatwiej winą obarczyć ogólnie pojmowane media. Bo też prawdą jest, że dziennikarza niekiedy można 'wpuścić', szepnąć mu w prywatnej rozmowie coś niby tylko do jego wiadomości, zaskarbić życzliwością i przekonać do swojego punktu widzenia tak, by 'sprzedał' to dalej niczym własny. Dziennikarska pogoń za newsem i walka o unikalny kontent to woda na młyn ukrytych manipulatorów. Ludzka rzecz, taka jest niestety specyfika dzisiejszych mediów, w sumie warta skwitowania wzruszeniem ramion, i tylko Vrdoljaka trochę szkoda, bo przecież, jak w łacińskiej sentencji, 'zawsze coś przylgnie'.

Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że końcowym ogniwem łańcucha jest zawsze czytelnik, ów 'klient końcowy'. Rządzący internetem bożek 'klik' czytelnika zna lepiej niż on sam i doskonale wie jak ma się prezentować, żeby przyciągnąć uwagę. Coraz bardziej sensacyjne i prowokujące nagłówki internetowych wiadomości to zatem nie znak tego jak bardzo zepsute są współczesne media – lecz przede wszystkim tego jaki poziom prezentują ich odbiorcy i czego od współczesnych mediów oczekują.

Dyskusja (9)
1czwartek, 28, styczeń 2016 10:45
a-c10
SuperTurboProfiEuroLiga

Ojej... Ja rozumiem, że do Steca na blogasa to człowiek generalnie powinien wchodzić na własną odpowiedzialność, ale tym razem to chyba wypadałoby zawiadomić sanepid. Dobra, czasy nielekkie, trudno nieraz znaleźć świeże kotlety. Niechże jednak, cholera jasna, ten kotlet przynajmniej będzie młodszy od klienta...

O całej tej Superlidze klepie się tu i ówdzie od dobrych dwudziestu lat. Oczywiście nie non stop, jednak co parę sezonów ten coraz bardziej wyleniały straszak zostaje na nowo wyciągnięty z lamusa. Piszesz, Gawinie: towarzyszy mi przeświadczenie, że jest to proces nieunikniony. Widzisz, a ja mam dokładnie odwrotnie. Uważam że gdyby to wszystko miało ręce i nogi, nawet cała armia wujaszków Michelów z ich ciekawymi pomysłami nie powstrzymałaby wszystkich Perezów i Berlusconich tego świata przed wprowadzeniem idei w czyn.

Ale nie ma.

W całej tej Superlidze znaleźć miałaby się, jak rozumiem, europejska śmietanka. Kilkanaście-dwadzieścia kilka klubów z Anglii, Hiszpanii, Niemiec i Włoch plus jacyś ewentualni nadziani nuworysze typu PSG. W tej chwili każdy z tych klubów jest wyjątkowy. Lśni bowiem na tle krajowej konkurencji, kontynentalnych przeciętniaków i lokalnego, ekhem, plebsu. Ponieważ większość gier w sezonie rozgrywa z takimi właśnie rywalami, często udaje mu się capnąć jakieś trofeum. A to LM, a to krajowy tytuł, a to chociaż LE, czy nawet jakiś lokalny pucharek. W każdym razie jest co, jak to w branży mawiają, dźwignąć.

Co jednak będzie, gdy taki tuz sam stanie się przeciętniakiem, lub - o zgrozo! - plebejuszem? A to przecież nieuniknione. Superliga może być i super, ale to wciąż liga. Ktoś musi być w niej pierwszy (hurra!!!), ktoś trzeci (gratulacje!), ktoś piąty (niech tam), tak samo jednak ktoś musi zająć miejsce dziesiąte (???), szesnaste (!?!), czy dwudzieste drugie (%#*^#$...!!!). Co się stanie, gdy taki - strzelam - Real, albo inny Man Utd nie wyściubi nosa poza dolną połówkę, nie awansuje do play-offów, czy jak to tam miałoby wyglądać, przez kilka sezonów z rzędu? A co jeśli wyjdzie na to, że absolutnym debeściakiem pośród debeściaków okaże się np. - znów nie celuję - Bayern i zdominuje SL tak, jak obecnie dominuje nad Bundesligą?

W Stanach, na których przykład(y) beztrosko powołują się zwolennicy zamykania lig w Europie, istnieją rozwiązania (w miarę) skutecznie zapobiegające powstawaniu w/w problemów. Niestety (?), na Starym Kontynencie wprowadzić się ich raczej nie da. Salary cap? Hę? Przy różnych systemach fiskalnych? Draft? Ale niby kogo draftować, skoro nie ma sportu akademickiego? Itepę, itedę.

Żeby śmieszniej było, to ja mam wrażenie, że Florentiny i Silvie doskonale o tym wszystkim wiedzą. Ot, od czasu do czasu wyciągną tę nieszczęsną superligę z szafy, odkurzą ją trochę i pomachają, niczym jakimś rudobrodym, czy inną czarną wołgą.

Klik i jego Vredota

Coraz bardziej sensacyjne i prowokujące nagłówki internetowych wiadomości to zatem nie znak tego jak bardzo zepsute są współczesne media – lecz przede wszystkim tego jaki poziom prezentują ich odbiorcy i czego od współczesnych mediów oczekują.

Uważałbym mocno z tego typu tezami, Gawinie. Nie chcę Cię, broń Boże, urazić, ale strasznie stąd już blisko do np. takiego red. Miecugowa, co to kiedyś rozkręcał bigbradera, a potem utyskiwał, że on to by z chęcią w tefauenie robił och-ach-jakże ambitne rzeczy, ale durny widz nie chce.

Durny to jest ten cały Klik. Owszem, podsuwa coś człowiekowi na podstawie niby sprytnie zebranych zestawień, ale przecież to coś pochodzi z bardzo ograniczonej puli...
2czwartek, 28, styczeń 2016 12:51
gawin76
A ja myślę, że przeświadczenie o 'nieuchronności' potwierdza choćby obecny kształt LM. Kolejne zmiany formatu są pewne jak dwa plus dwa jest cztery - i jak sądzisz, w którą stronę podążą?

Oczywiście jest tu kwestia semantyczna, jak my w ogóle definiujemy tę 'superligę'. Jeżeli rozumieć tę koncepcję jako rozgrywki kilkunastu topowych drużyn, które co sezon grają w kółko tylko ze sobą i nikogo nie dopuszczają do tego grona, perspektywa powstania takiego tworu jest zapewne dość odległa - choć myślę, że mimo wszystko jednak nie niewykluczona.

Natomiast już choćby wprowadzenie formuły, która dokonywałaby wyboru stałych uczestników rozgrywek, uniezależniając go od bieżących wyników ligowych/pucharowych, byłoby w piłce nożnej przełomem na miarę stworzenie 'ligi mistrzów', która jest de facto również ligą wicemistrzów i drużyn z trzecich lub czwartych miejsc, oraz kolejnym krokiem milowym na drodze do 'superligi'. A może już właśnie 'superligą', podczas gdy my dalej spieralibyśmy się czy to realna perspektywa czy nie Wink

Co do 'klika', dziennikarze to jednak tylko pracownicy. Pracownicy firm, które przeważnie są nastawione na zysk (czy może walkę o przetrwanie na rynku?), a nie na realizację dowolnie pojmowanej misji społecznej.

Możemy uważać dziennikarzy za kretynów, którzy robią ludziom wodę z mózgów, ale oni przeważnie są wykonawcami zaleceń wydawców, którzy z kolei analizują słupki sprzedaży / oglądalności i sterują całym procesem w tym kierunku, który ma szansę najbardziej się opłacić. Tak jak Big Brother powstał nie po to, żeby Miecugow miał frajdę z ogłupiania społeczeństwa, tylko po to, żeby zarobić parę złotych, tak i z tego samego względu nagłówek o 'problemach zdrowotnych kapitana Legii' przegrał z prowokacyjną insynuacją dotyczącą symulowania.

Trochę to rozważania o tym co było pierwsze, jajko czy kura Smile
3piątek, 29, styczeń 2016 00:34
a-c10
Kolejne zmiany formatu są pewne jak dwa plus dwa jest cztery - i jak sądzisz, w którą stronę podążą?

Coś z parę lat temu obiło mi się o uszy, że "śmietanka" byłaby wysoce kontenta z powrotu do poprzedniego formatu, tego z dwiema fazami grupowymi. Więcej spotkań (ergo więcej hajsu), no a w tej drugiej fazie to już na totalnych słabiaków trafić raczej nie sposób.

wprowadzenie formuły, która dokonywałaby wyboru stałych uczestników rozgrywek, uniezależniając go od bieżących wyników ligowych/pucharowych...

... byłoby obecnie na rękę komu niby? Man Utd? Milanowi? Cała reszta z kwalifikacją do LM problemów raczej nie miewa. No, Arsenal pewnie jeszcze byłby chętny, bo na Emirejtsach dawno już przestali choćby udawać, że chodzi im o c o k o l w i e k poza szmalcem. Ale we trójkę z klubami na "M" za wiele raczej nie zwojują.

firm, które przeważnie są nastawione na zysk (czy może walkę o przetrwanie na rynku?), a nie na realizację dowolnie pojmowanej misji społecznej

Powoli, powoli. Ja się przecież o żadnej tam misji nawet nie zająknąłem, poza tym z natury jestem aspołecznyWink Uważam natomiast, że klient, któremu potrzeba nieco więcej, niż szmatławej sensacyjki, też istnieje, i to nawet w zauważalnych ilościach. Zwróć uwagę, że w świecie takim, hmmm..., deczko bardziej cywilizowanym od naszego grajdołka też wychodzą media brukowe. Jednak ukazuje się również coś poza nimi. Dlatego, zawężając rozważania do kibiców piłkarskich, jednostka reagująca medialnie na hasło, dajmy na to, "Bayern" może sobie, owszem, poczytać o tym, że waran Davida Alaby ostatnio miał sraczkę. Ale może też zawiesić oko na czymś ociupinkę ambitniejszym, a problemy gastryczne pupila ciemnoskórego obrońcy pozostawić w spokoju. U nas natomiast jednostka reagująca medialnie na hasło "Legia" ("Lech", "Cracovia", etc.) dostaje do wyboru niemal wyłącznie problemy gastryczne. Niestety, nie jakiegoś warana, a pana redaktora.
4niedziela, 31, styczeń 2016 04:08
Senator
Rozumiem Cię alibeleste10 ale młody jesteś i jeszcze idee ci w głowie. Z całą stanowczością popieram sir Gawina. Popatrzmy na to z drugiej strony i rzeczy była jasność w temacie nie piszę tu o kibicach,a o tych wszystkich do których ten produkt jest adresowany co zresztą sir Gawin również doskonale rozgraniczył. Wyobrażasz ( jasne Ty tak) sobie ligę mistrzów bez Barcelony , Realu czy Arsenalu ? przecież słupki oglądalności idą w dół momentalnie. Ok jeden sezon by przeżyli ale następnego już nie. Tak więc ja też uważam ,że wcześniej czy później będzie grupa drużyn stałych reszta to już picowanie.
O czym my piszemy jeśli nawet poważni dziennikarze piszą tylko o elicie . Ok może i by chcieli pisać o Getafe czy innym Baniku Ostrawa ( choć ręki bym nie dał widząc fascynacje co niektórych Barcelonami itp ) ale ich pracodawcy widzą ile wejść jest tu i tu. To wszytko kasa i ona ten interes napędza . Nie patrz przez pryzmat kibica tylko patrz oczyma zafascynowanych Barcelonami, Bayernami, Lewandoskimi, Messim itp itd. To jest siła dużo liczniejsza niż wymierający gatunek kibica jakim my jesteśmy.
Usiąść wygodnie w fotelu obejrzeć zajebisty mecz ( wcale taki być nie musi ale komentatorzy swoje zrobią ) by później w grenie korporacyjnych kumpli zachwycać się Iniestą czy innym CR7. Wyjdź w świat i posłuchaj co mówią oglądacze ,a zrozumiesz dlaczego wcześniej czy później kilka , może kilkanaście ekip będzie miało gwarancję uczestnictwa. Nie wspominam tu o wątku finansowym dotyczącym samych zainteresowanych. Już przewaga kilkunastu klubów nad całą resztą jest olbrzymia i jakoś nie sadzę aby biernie przyglądali się np próbom niwelowania tej przewagi. Finansowe fair play możemy między bajki włożyć bo już wiemy pic na wodę fotomontaż.
Ivica
Dzięki sir Gawinie za te parę słów.
Jakiś gówniarz mieniący się redaktorem napisał o co go poproszono lub co bardziej prawdopodobne chciano by usłyszał i wylał wiadro pomyj na człowieka . A co go obchodzi człowiek , młody jest i śni o karierze. Takie czasy , mam tylko nadzieję ,że kiedyś przedobrzy i albo wyleją go na zbity pysk albo jego redakcja zapłaci takie odszkodowanie ,że się gówniarz nauczy. Naiwnie wierzy ,że jak będzie się kundlił to będzie miał pierwszeństwo w informacji. Gówno prawda na tym rynku są dużo mocniejsi od niego, więc musi czekać i to długo, bardzo długo.
5niedziela, 31, styczeń 2016 16:02
Moros
Ja przychylę się do argumentów gawina, choć a-c10 zasiałeś we mnie sporo nadziei. Nadziei, bo tak jak gawin uważam, że proces odseparowywania się możnych od maluczkich jest nieunikniony. 20 lat temu Franz Beckenbauer powiedział, że w ówczesnej LM nie powinno być miejsca dla mistrza Polski czy Rumunii. Było to w czasach gdy w LM walczył Widzew. Właśnie wtedy zaczął się proces wpuszczania do LM wicemistrzów, a później kolejnych zespołów z czołowych lig europejskich. Dysproporcje między klubami nie były jeszcze tak wielkie jak dzisiaj, a już próbowano się pozbywać słabeuszy. Proces ten odwrócił dopiero Michel Platini ale jak wiemy jego w piłce już nie ma. Chęć zarabiania większych pieniędzy jest coraz większa i możni kombinują jak mogą. Hit ostatnich lat to tournee po Azji gdzie kluby, głównie angielskie, mają rzesze fanatyków. To jednak szybko może być za mało, bo "azjatycki sponsor" w końcu przestanie zadowalać się meczami pokazowymi. Lig krajowych się tam nie przeniesie ale rozgrywki pucharowe czemu nie... Zresztą otwarcie o tym mówią entuzjaści super lig i innych...

Jest jednak jakieś światełko w tunelu, które daje nadzieję. A-c10 słusznie wspomniał, że póki co rozgrywki ligowe w Europie są "nie do ruszenia" ze względu na wiele aspektów. I tutaj upatruje jakiejś nadziei na odwlekanie jakiś głębszych reform. Kalendarz jest w tej chwili tak napięty, że kombinowanie dodatkowej liczby meczów i częstsze latanie do Azji byłoby bardzo trudne. Może więc póki co skończy się tylko na gadaniu.
6niedziela, 31, styczeń 2016 17:15
Zbyszek
Gawin skomentował dwa ważkie tematy. Jeden o znaczeniu globalnym a drugi,żeby tak rzec lokalnym.
Pierwszy tyczy przyszłości. Nie tylko Ligi Europy.O przyszłości można mówić wiele, bo to tak naprawdę niewiele kosztuje, bowiem jest ona nieprzewidywalna w sensie teoretycznym. Natomiast jest ona w pewien sposób osiągalna jako wyrastająca z teraźniejszości. A ta z kolei w drodze ewolucji kształtowała się z przeszłości. Należy więc starać się bez emocji odczytywać znaki czasu. Co do zadań łatwych nie należy. Po koniec lat 60-tych redaktor Stefan Bratkowski zebrał przewidywania co do kształtu rzeczywistości głównie techniczno-technologicznej najwybitniejszych polskich uczonych w różnych dziedzinach na koniec XX wieku i nic , a nic się nie sprawdziło. Ale akurat w omawianym przypadku mamy do czynienia z większą liczba danych. Potoczny obraz rzeczywistości wskazuje,że bogaci się coraz bardziej bogacą. I jest to prawda. Tyle,że częściowa. Gdyż również bogacą się ci dotychczas biedni i bogacą się relatywnie szybciej niż dotąd bogatsi. W każdym razie czynią to na tyle szybko,że ich poziom konsumpcji w każdej dziedzinie staje się na tyle wysoki,że stać ich na zaspakajanie podstawowych potrzeb i wydatki na telewizje, a nawet na oglądanie meczów po całkiem wysokich cenach.Wraz z oderwaniem się od nędzy rośnie też poziom aspiracji i przekonanie o własnej podmiotowości. To,że za czasów Prezesury Platiniego stworzono niejako oddzielną ścieżkę dla awansu 5 klubów spoza tradycyjnie silnych piłkarsko krajów jest przejawem tego swoistego rozlewania się procesów demokratyzacyjnych. Podobnie jak z parciem na 40 reprezentacji w MŚ czy 24 w EURO. To w tę stronę przebiegają procesy rozwojowo-modernizacyjne.
W stronę rozszerzania, a nie ponownego zawężania.Kraje niegdyś słabsze pod każdym względem dziś mocniejsze już nie dadzą zagnać się do kąta. Już trudny do wyobrażenia wydaje się dyktat finansowych potentatów , gdyż ich przewaga znacznie zmalała. Więc można roić o jakich ligach potentatów,ale szanse na spełnienie się tej wizji są znikome.Bowiem dziś rozumie się, chociaż nie każdy,że sprawiedliwość to przede wszystkim równość szans wyrażana w sposób praktyczny.Natomiast można sobie wyobrazić coś na kształt europejskiego odpowiednika lig krajowych z zasadami awansów i spadków.Aczkolwiek jest to przedsięwzięcie trudne , gdyż systemy rozgrywek krajowych, europejskich zarówno w wymiarze krajowym jak i reprezentacyjnym doszły do ściany, a chyba nawet ją przekroczyły.I z gumy nie są. Bez znaczącego obniżenia poziomu sportowego rozgrywek nie da się zwiększyć ich intensywności.Podobnie rzecz dotyczy telewizji.Utworzono dodatkowe kanały sportowe, które dają możliwość wyboru,ale możliwości percepcyjne człowieka też są ograniczone. Więc ich nadmiar nie spowoduje wzrostu oglądalności tylko jej spadek.Aby tego dowieść nie trzeba fantazjowania tylko wystarczą proste czynności liczenia. Matematyki oszukać się nie da. Nie da się rozmnożyć bytów ponad ich realną potrzebę.

Odnośnie Vrdoljaka to ja nie mam wrażenia,że ktoś na niego coś wylewa. Natomiast uważam,że to co się koło niego dzieje jest niepotrzebne,ale też świadczy o zaistnieniu złych procesów erozji.Przypominam,że przed ponad 10 laty był on przymierzany do Lazio,ale nie trafił tam z powodu stwierdzonej bardzo niskiej wydolności.Jest to cecha osobnicza organizmu i można treningiem osiągnąć jej górny pułap,ale przekroczyć się jej nie da.A i sam trening może być zbyt wyczerpujący. Bo IV ma dużą jakość gry,ale zdrowia do niej niewiele.I to jest jedna strona tej samej kwestii. A w drugiej trudno nie zgodzić się z Senatorem który ma podobne odczucia do mnie.W kierownictwie klubu namnożyło się stanowisk dyrektorsko-kierowniczych ponad wszelką rozsądna miarę, a że roboty niewiele to 'życie biurowe" kwitnie pełną parą. Tu obiecuję,że problematyce prakseologii poświęcę w luźniejszym czasie parę felietonów.I o ile to samo w sobie naganne nie jest, w końcu jak właściciel lubi wydawać pieniądze za obecność, a nie za efektywną robotę to jego pchły, ale ocenie musi podlegać prezentowany przez tych ludzi system wartości. Mianowicie : czy oni generalnie patrzą na świat i innych ludzi pozytywnie czy też mają manichejski punkt widzenia, a więc uważają,że tylko oni maja pozytywne przymioty, a reszta jest ich pozbawiona. Zajmują się więc szukaniem haków, urojonych oszustw, przekrętów, działań innych na szkodę. Czyli mówiąc wprost intrygami, szczuciem, podpuszczaniem ,podjudzaniem i jątrzeniem.I co najgorsze maja oni poczucie,że tylko wypełniają swoje obowiązki. Nie rozszerzając tematu o wielu innych to coś podobnego spotkało Vrdoljaka już jesienią i wtedy z goryczą,ale i pewną dozą satysfakcji powiedział,że wielu jak idzie ucieka przed spotkaniem z nim.Bo ci lawiranci to ludzie bez kręgosłupa i są mocni tylko w knuciu intryg poza plecami zainteresowanego. Do pisamctwa bym pretensji akurat w tym wypadku nie miał, gdyż dostali informację i się nią podzielili. Założyli,że jak mówi / wiemy kto/ to wie co chce powiedzieć i po co.
Najgorsze jest to,że poziom informacyjny w Legii zbliża się już nie tyle do poziomu magla, ile szamba. Ktoś musi ten trend do spadania przerwać. Bo staje się to już obrzydliwe i trudne do zniesienia.
7wtorek, 02, luty 2016 08:57
a-c10
@ Senator, Moros:

Młodość rzecz względna. Moja, mam wrażenie, dawno uleciała hen, gdzieś tam, to i ideowości zostało we mnie mało. Na tyle mało, że nie mam najmniejszej ochoty marnować pozostałych resztek na Reale, Barcelony i ManchesteryWink

Tu nie o idee chodzi, a o biznes. I ja od samego początku tylko o nim. O tym, że cała heca jest po prostu nieopłacalna. Powtarzam: elitarność to złuda. Niby można sobie powtarzać bałkańskie powiedzonko, że lepiej być ostatnim w mieście, niż pierwszym na wsi, ale... czy aby na pewno lepiej? Czy ktokolwiek z obecnych kolosów europejskiej kopanej jest przygotowany na długoletnie szorowanie dupskiem po dnie tabeli? A czy jest gotów na to, że - co absolutnie nieuniknione - w takich warunkach dość szybko wewnątrz "elity" wytworzy się kolejna elita, która zacznie spijać całą śmietankę i po staremu odżegnywać się od "biedaków"? Tyle tylko, że tym razem pod tym mianem nie będzie mieć na myśli klubów z Polski, czy Rumunii, a - o zgrozo! - np. AC Milan.

W Stanach to już - znów powtarzam - przerobili. Im już kilka zamkniętych lig zawodowych pierdyknęło, bo nikt nie był przesadnie zainteresowany oglądaniem garstki potentatów ustawicznie spuszczających łomot reszcie stawki. Dlatego dziś takiej NBA żaden lokalny Florentino Perez nie jest w stanie zebrać w jednej ekipie Stepha Curry'ego, Kawhi'ego Leonarda, LeBrona Jamesa, Kevina Duranta i Blake'a Griffina. W najlepszym (?) wypadku da się jednocześnie zatrudnić trzy gwiazdy tego pokroju (patrz Boston, czy Miami z ostatnich lat), ale płaci się potem za to latami posuchy. Posuchy całkiem często rozumianej właśnie jako szorowanie dupskiem po dnie tabeli.

Temat rzeka, nie? Moglibyśmy tak sobie pitolić do października. Aby Wam tego oszczędzićWink słówko o tym, co Gawin uważa za prawdopodobne, czyli "wirylistach w LM": OK, na pierwszy rzut oka rzecz wygląda na pewno bardziej realnie, niż jakaś zamknięta superliga. Wciąż jednak, moim zdaniem, wcale niekoniecznie należy się tego spodziewać. I znów: nie z powodów ideowych, a finansowych. Spójrzmy na taką Anglię. Sporo się w ostatnim czasie mówi o babilońskim kontrakcie transmisyjnym tamtejszej ligi. Nie bez kozery jakiś czas temu kol. Monrooe zauważył, że piłkarskim meczem o największą finansową stawkę na świecie nie jest wcale finał LM, czy finał Mundialu, a finał... play-offów w tzw. Championship. No to teraz wyobraźmy sobie "wszechogarniający entuzjazm" jaki niechybnie zapanowałby w HQ Skajów i BiTów na wieść o tym, że w rozgrywkach, na które łożą niewiarygodną kasę, już za chwilę zaistnieją dwa, trzy, cztery (pięć? sześć?) zespoły kompletnie niezainteresowane rywalizacją. No bo nie oszukujmy się: spaść i tak nie spadną, a bez względu na to, czy zajmą miejsce pierwsze, trzecie, siódme, czy jedenaste, i tak zagrają w LM. A w związku z tym na ligowe mecze wychodzić będą tylko po to, by przestać sobie półtorej godziny i - broń Boże! - zanadto się nie namęczyć. To i tak częściowo działa już właśnie w ten sposób. Przy czym - póki co - jest w znaczącym stopniu mitygowane. Co będzie, gdy puszczą hamulce w postaci konieczności europejskiej kwalifikacji? Kto to w ogóle będzie chciał oglądać? Chińczycy?

A właśnie: Chińczycy. Ilekroć sobie pomyślę o ich roli we współczesnym futbolu, przychodzi mi na myśl staropolskie porzekadło o tym, że gdy Mazur pójdzie na służbę, w pierwszym roku wszyscy się z niego śmieją. W drugim roku to on śmieje się ze wszystkich. W roku trzecim Mazur zaczyna śmiać się z samego pana.

Chiny (ale także inne "nowe rynki futbolu", w tym także USA) jeszcze parę lat temu traktowano jak krowę, którą można było do woli doić bez konieczności karmienia. Dziś coraz wyraźniej widać, że krowa... wyszła z obory i zaczyna coraz śmielej rozglądać się po obejściu. Jasne, sytuacja w której krowa właduje się do domostwa i zacznie - fuuu...!!! - doić gospodarza, dziś wygląda kompletnie księżycowo. Jeszcze. Znając rozmach i tempo działania tamtejszych możnych, wcale bym się nie zdziwił, gdyby za kilka(naście) lat nabrała realniejszych kształtów.

OK, zostawiając na boku metaforykę sarmacko-mleczarską, transfer (zwłaszcza z Europy) do Państwa Środka nadal ma wymiar przede wszystkim emerytalno-zarobkowy. Do Chin (i innych "świeżych rynków") wciąż jeździ się po kasę, nie sportowe zaszczyty i uniesienia. Warto by jednak zauważyć, że stopniowo wybierają się tam zawodnicy coraz młodsi i coraz bardziej renomowani. Jasne. Moment, w którym kluby z Pekinu, Szanghaju, czy Kantonu jak równy z równym rywalizują na rynku transferowym - a co za tym idzie, także na boisku - z europejską czołówką, dziś jeszcze wydaje się bardzo, bardzo odległy, wręcz nierealny. Jeszcze. Gdy jednak wziąć pod uwagę to tempo i rozmach...

Zbyszek ma rację. Mało komu uśmiecha się dzisiaj rola ubogiego krewnego (o dojnej krowie nie wspominając). Chińczycy, Amerykanie, lecz także Hindusi, a nawet legendarni w niektórych kręgach Malezyjczycy, już się chyba Barcelon i Manchesterów naoglądali. Coraz więcej wskazuje na to, że teraz chcieliby mieć swoje Barcelony i Manchestery.

Warto by chyba w tym momencie zwrócić uwagę na dwa pozornie ze sobą nie powiązane fakty. Otóż po pierwsze ledwie półtora miesiąca temu Mistrzem MLS została ekipa Portland Timbers. I co z tego? Ano to, że team z Oregonu nie ma w składzie w zasadzie żadnych europejskich, ani latynoskich "emerytów-celebrytów". Żadnego tam Lamparda, czy inszego Kaki. Nazwiska ich designated players (Argentyńczycy Diego Valeri i Lucas Melano, Anglik Liam Ridgwell) świadczą dobitnie o tym, że chłopaki mieli robić różnicę na boisku (Valeri zdobył nawet pierwszą bramkę w finałowym meczu), nie w fanstore'ach. Wygrywając ligę takim składem Timbers wysłali - że się tak patetycznie wyrażę - całej Ameryce jasny sygnał o treści "yes, we can!". Tak, możemy rządzić zarówno na placu gry, jak i na trybunach (kibice z Portland robią furorę na całym świecie) nie dając jednocześnie wtłoczyć się w rolę ekskluzywnego domu spokojnej starości. To jest realna szansa na dobry biznes. A że na sportowym biznesie siostrzeńcy Wuja Sama znają się jak mało kto...

Fakt drugi, a w zasadzie chronologicznie pierwszy: kilka dni przed triumfem Timbers w MLS City Football Group sprzedała spory, bo aż trzynastoprocentowy kęs swoich udziałów holdingowi o nazwie China Media Capital. Kto? Jak? Komu? Ano CFG to, jak wiadomo, futbolowe konsorcjum, którego okrętem flagowym pozostaje Manchester City, ale ktore skupia także New York City FC, Yokohama Marinos i Melbourne City, spółka-córka Abu Dhabi United Group założonej przez Jego Wysokość Mansoura bin Zayeda al Nahyana, szerzej znanego jako po prostu szejk Mansour. CMC natomiast to - jak sama nazwa wskazuje - chińskie konsorcjum, wspierane, rzecz jasna, przez tamtejsze władze, m.in. (a może przede wszystkim?) przez sekretarza generalnego Xi Jinpinga.

Jak zauważa jeden z moich ulubionych publicystów sportowych, cała transakcja ma cholernie doniosły wymiar. Znacznie donioślejszy, niż np. zatrudnienie Pepa Guardioli na Ettihad Stadium, czy nawet ewentualny transfer tamże Lionela Messiego, Cristiano Ronaldo, bądź też jakiejkolwiek innej supergwiazdy światowego futbolu. Oznacza bowiem epokowy przełom w sposobie prowadzenia futbolowych interesów z Chinami. Nie wystarczy już zakontraktować "przysłowiowego" Donga Fangzhuo, wydrukować jego nazwisko na koszulkach, po czym bez zbędnego żalu zesłać chłopaka do "przysłowiowej" Antwerpii. Nie, to już kompletny lamus. Powoli wędrują do niego także objazdówki Państwa Środka podczas jakichś komercyjnych tournée. Chińczycy wchodzą w piłkarski biznes na grubo i na poważnie.

A jeśli - czy raczej: kiedy - dołączą do nich Jankesi, ci wszyscy Glazerowie, Kroenke'owie, Henry'owie, miast w Londynie, Manchesterze, czy Liverpoolu inwestujący na serio w sah'kurr na własnych śmieciach? Wniosek nasuwa się sam: jeśli ktoś chce sprzedawać futbol Chińczykom i Amerykanom, lepiej niech się pospieszy. I jednym, i drugim (i pewnie nie tylko im) rola klienta - niechby nawet końcowego - najwyraźniej zbrzydła. Teraz chcieliby zobaczyć, jak to fajnie jest być sprzedawcą.

Na koniec tych długaśnych wynurzeń (scusi, dawno się tak nie rozpisałemWink) słówko o "nowych oglądaczach". Jasne, Senatorze. Masz rację. Dla wielu rodzimych gryziklawiaturków ((c) Rafał StecWink) i "kibiców nowej ery" jesteśmy totalnymi dinozaurami. Ale wiesz o czym to świadczy? Jak na moje, w pierwszej kolejności o totalnym zacofaniu rodzimego (pół)światka piłkarskiego. Niestety, przykro to pisać, ale Polska to już nawet nie peryferium, a zaplute pobocze futbolowego uniwersum. Jak pisałem wyżej, nawet w niedawnym piłkarskim trzecim świecie (Chiny, Stany) ludzie coraz mniej chcą Barcelon, coraz więcej swoich bohaterów. A u nas? U nas organizuje się jakieś "Super Mecze", pokazy objazdowego cyrku i wmawia ogłupiałej ze szczętem publice, że to "piłkarskie wydarzenie". Jak w jakiejś, k'mać, Malezji (z całym szacunkiem dla Malezyjczyków). Choć i tam pewnie robi się pod tym względem coraz lepiej.

Tylko że - i tu w sumie widać jakieś światełko w tunelu - dla ewentualnych/planowanych zmian w europejskim futbolu nie ma to praktycznie żadnego znaczenia. Nie oszukujmy się, poziom sprzedaży koszulek Messiego w Radomiu, Brzesku, Zielonej Górze, czy Suwałkach to dla Barcelony sprawa pomijalna.
8wtorek, 02, luty 2016 14:39
Moros
Wow co za komentarz a-c10 Smile Przynajmniej mnie w jakimś stopniu uspokoiłeś. Chociaż cały czas gdzieś z tyłu głowy coś mi mówi, że obecny system eliminacji do LM zafundowany przez Platiniego, będzie od 2018 roku ciężki do utrzymania. Trochę mi się to kojarzy z niedawnym wywiadem Dariusza Mioduskiego, który "wypalił", że Legia na meczach z taką Termalicą nie zarabia. Wypowiedź tę potęgowało to, iż słowa padły w rozmowie na temat argumentów za zmniejszeniem naszej ekstraklasy. Taką Termalicą jest w Europie właśnie Legia czy inny kraj z naszego regionu grający w LM. Pytanie jak długo uda się nam utrzymać obecne zasady, które dla europejskich możnych są raczej niewygodne, a dla nas są jakimś tam światełkiem w tunelu.
9piątek, 04, marzec 2016 10:22
Moros
http://legia.net/wiadomosci,64190-szykuja_sie_zmiany_w_europejskich_pucharach.html

Dzisiejszy artykuł z portalu legia.net. Między innymi Dariusz Mioduski działa na rzecz średnich klubów europejskich chcących uniknąć powstania Super Ligi czy czegoś podobnego.. Trzeba mu i jego partnerom mocno kibicować.
yvComment v.2.01.1
Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.