Logo

Zezem. W kalejdoskopie cz. 28.

Relacjonując wydarzenia, do których doszło podczas lutowego Zjazdu Delegatów PZPN obiecałem napisać zdań kilka o Prezesie Zarządu Związku, Zbigniewie Bońku, a to z tej racji, że potraktował on wydarzenia tam zaistniałe nie jako konflikt interesów, ale jako konflikt personalny.

 

Tu naszły mnie niewesołe refleksje. Bo w jaki sposób pisać o tak szanownej personie. Metod opisywania osób i zdarzeń jest niezliczona ilość, ale sprowadzają się one do dwóch skrajnych – pochlebstw lub krytyki. Każda z nich niesie w sobie cząstkę prawdy, ale połączyć ich się w całość nie da.

Język to wspaniałe narzędzie do ukrywania myśli, a zapewne wszyscy się zgodzimy, że media to wspaniałe narzędzie do zatajania informacji. Czy to ma swoje dobre strony to rzecz dyskusyjna, lecz bezdyskusyjne jest, że prasa, radio, telewizja i internet tak właśnie postępują. Wraz z rozrostem mediów okazało się, że wiadomość w nich podana jest wyższego rzędu i bardziej wiarygodna, niż posiadana i dostępna wiedza. Ba, dzięki mediom można do woli prostować, dementować, kwestionować te informacje, które nas dotyczą, a które z różnych powodów nam się nie podobają lub są dla nas niewygodne. Przypuśćmy, że w jednej z telewizji podano, że jakieś bardziej znane indywiduum powiedziało coś niemiłego o innej personie, a ta dała odpór tym samym. Natychmiast podchwycono by to jako sensację. Ale wystarczy, że jeden i drugi osobnik powiedziałby, że słów im przypisywanych nie użyli, a tak w ogóle to jedzą sobie z dzióbków i w ten prosty sposób rozwieliby wszelkie plotki i domysły. Byli świadkowie? Końcem końców uwierzyliby mediom, a nie własnym uszom i oczom. Nie bardzo wierzę, że przyszli historycy będą mogli oprzeć swoje dzieła naukowe o materiały z dzisiejszych mediów. Wyobraźmy sobie inną sytuację, a mianowicie, że na naszych oczach Brutus zadźgał Cezara i na pierwszych stronach źródeł wiedzy masowej podawana jest taka informacja: „Szanowni Państwo, gdy oglądałem Waszą stację zwróciło moją uwagę doniesienie jakobym brał udział w ohydnym zabójstwie Cezara. Doniesienie to jest całkowicie bezpodstawne. Z dumą stwierdzam, że zawsze z Drogim Zmarłym łączyły mnie stosunki przyjaźni i szacunku. Tym bardziej zdumiewa mnie podobna insynuacja. Brutus.” Gdyby historia dotychczasowa składała się wyłącznie z takich oświadczeń to nic nie wiedzieliśmy na pewno.

A oto inny aspekt tej samej sprawy. Od lat, niepostrzeżenie, żeby nie rzec chyłkiem i podstępnie, wkradła się do mediów metoda schlebiania ludziom znanym i bogatym, takim od których coś zależy. W dawnych, prawie zapomnianych czasach, nawet samo pochlebstwo było bardziej prostolinijne, samo nawet łgarstwo było prawdziwsze. Kiedyś można było powiedzieć wprost, że dany osobnik stojący w jakiejś hierarchii wyżej od nas jest mądrzejszy, silniejszy, wyższy, piękniejszy, dzielniejszy i bardziej łaskawy, a jako,że wszyscy wiedzieli, że to nieprawda, pochlebstwo było mało szkodliwe. Metoda ta była całkowicie bezpieczna, bo kompletnie oderwana od rzeczywistości – pomiędzy prawdziwym osobnikiem, a jego tak wykreowanym wizerunkiem nie istniał żaden związek. Dziś wynaleziono sposób inny, subtelniejszy, bardziej wyrafinowany i perfidny. Nowoczesna metoda wygląda z reguły tak: bierzemy kogoś uznanego i piszemy, że dobry z niego biznesmen, organizator albo znawca sportu, że lubi sztukę, że jest towarzyski itp. - a potem podnosimy te zwyczajne cechy do najwyższych cnót. A tak po prawdzie to taka persona jest wysławiana za to, że ma trochę więcej władzy lub pieniędzy. Ci co tak piszą nie utrzymują,że jest on 'naj', zamiast tego rozpisują się o jego prozaicznych cechach /jak się ubiera, co lubi, a czego nie itp./ i za pomocą tych atrybutów kreują jego słowa na proroctwa, a jego samego na zbawcę ludzkości. Inni jeszcze stosują niezwykle prostą i skuteczna metodę pochlebstw opartą na przeczeniach. Załóżmy, że piszemy życzliwe studium na temat pana B. Przedstawienie wszystkich zalet tego osobnika zajęłoby zbyt wiele miejsca, ale przecież można wykreować całe rozległe horyzonty umysłowości pana B. barwnie opisując czego ten Pan nie myśli, nie lubi i nie podziwia. Piszemy więc: ”Niezbyt zafascynowany najnowszymi osiągnięciami nowofunlandzkiej szkoły ekonomii cybernetycznej, odcina się równie zdecydowanie od tendencji transcedentalnego panteizmu, jak  od ciasnych ekstaz prakseologii mistycznej”. Można również zastosować metodę znacznie prostszą i napisać: „Byłoby błędem zaliczyć pana B. do zwolenników teorii końca historii Fukuyamy – jego stanowisko jest pod wieloma względami odmienne. Nie można go identyfikować również z tępą i betonową zaściankowością Seppa B”. Metoda jest, przyznajmy, świetna. Pochlebca pisze na temat inny niż jego obiekt, zaś sam osobnik – z lekka oszołomiony – zdobywa sławę myśliciela, bo przeszedł triumfalnie przez udręki wyborów światopoglądowych, z których nawet sobie sprawy nie zdawał. Niemniej wziętą metodą jest metoda porównawcza, takiego pisania nie wprost i przydawania cech nadludzkich, niezbędnych do wytyczania nowych horyzontów. Tu oryginalny nie będę, przytaczając znane z historii poezji teksty: ”Trzeba zwycięstwu drogę torować, Marsz rozpoczęty. Partio prowadź”, „Wola ze stali – Stalin” i najlepsze: ”Potrzebny jest maszynista, którym jest On, towarzysz, wódź, komunista – Stalin – słowo jak dzwon”. Powiecie, że sława jego bandycka przebrzmiała. I macie rację. Ale metoda pozostała.

Dlatego pisząc o Zbigniewie Bońku przyjmuję z bólem serca metodę nie opisową, ale obrazkową, rodem z komiksu.

Scenka pierwsza. Zbigniew Boniek w trampkarzach Zawiszy. Gdy zawsze na koniec treningu wykonywano rzuty karne, najpierw sam strzelał, później wyganiał swojego bramkarza i sam stawał pomiędzy słupkami. Kiedy nie strzelił, albo nie obronił siadał na piłce i długo płakał. Apel: rodzice, nie uczcie swoich dzieci przegrywać, niech pragną zawsze wygrywać. Masochizmu nauczy ich dorosłe życie.

Scenka druga. W maju 1975 roku II-ligowy bydgoski Zawisza mierzy się z rywalem do awansu do I ligi z grupy północnej, Widzewem. Pod koniec spotkania sędzia dyktuje rzut karny dla Zawiszy. Do jego wykonania podchodzi niewyznaczony 19-letni młodzian Boniek. Pudłuje. Po meczu działacz Zawiszy i złoty medalista olimpijski z Rzymu z 1960 roku w biegu na 3 km z przeszkodami Zdzisław Krzyszkowiak ma do niefortunnego strzelca pretensje. Ten obraźliwie odkrzykuje. Po latach tłumaczył, że nie rozumiał zarzutów, przecież tak bardzo chciał zdobyć bramkę. Nasz bohater tego samego roku przechodzi do awansującego Widzewa. Po śmierci Krzyszkowiaka stadion Zawiszy zostaje nazwany jego imieniem.

Scenka trzecia. Przydzielony do opieki nad Bońkiem przez trenera Leszka Jezierskiego Tadeusz Gapiński zapytał go jak sobie wyobraża swoją przyszłość, biorąc pod uwagę, że zespole było wielu dobrych i doświadczonych graczy. „Jak to? Za rok będę grał w reprezentacji, za 3 lata pojadę na mistrzostwa Świata, później wyjadę do jakiegoś znanego klubu, wcześniej skończę studia i po zakończeniu kariery będę albo trenerem albo działaczem”.

Scenka czwarta. Tournee reprezentacji we Francji przed igrzyskami w Montrealu w 1976 roku. Jako najmłodszy reprezentant Boniek zgodnie z niepisaną tradycją zobowiązany został do noszenia worka z piłkami. Po kilku dniach buntuje się. Dochodzi do scysji z kapitanem drużyny i jej przywódcą Kazimierzem Deyną. Młokos nie ustępuje. Trener Górski nie zabiera Bońka na igrzyska. Dopiero po śmierci Deyny Zibi przyznaje ,że wtedy nie miał racji. Po latach zrozumiał co to znaczy hierarchia w drużynie i ile ona dobrego znaczy.

Scenka piąta. Przed wylotem reprezentacji na mecz Maltą 30.11.1980 roku jeden z dziennikarzy, który pił przez całą noc w „Adrii” z bramkarzem Młynarczykiem oznajmił, że Józek jest nietrzeźwy. A kiedy trener Kulesza postanowił, że drużyna wsiądzie do samolotu w komplecie, powiadomił PZPN i w radiu zrobił aferę. Prezes PZPN nakazał zostawić Młynarczyka, zaś Boniek wraz z trzema kolegami za nim się ujął. Po powrocie został zdyskwalifikowany, ale szybko odwieszony. Wrócił do reprezentacji, ale nie było w niej Kuleszy. Trenerów łatwiej znaleźć niż Bońków. O tym incydencie wspominał: ”Mieć rację to niewiele znaczy. Jest podobno cały cmentarz wypełniony ludźmi, którzy mieli rację. Co z tego,że mnie w Łodzi poklepali, jak mnie w Warszawie zdyskwalifikowali”.

Scenka szósta. Wiosną 1985 roku Boniek praktycznie nie wysiadał z samolotu. Finiszowała liga włoska, Juventus walczył w Pucharze Mistrzów, reprezentacja rozgrywała mecze eliminacyjne do MŚ w Meksyku. W finale Pucharu 29 maja na stadionie Heysel w Brukseli doszło do tragedii, na oczach graczy Juve zatratowano na śmierć wielu ich kibiców. Przyjaciel Bonka Platini do dziś wspomina to jako największą traumę swego życia. A nasz bohater całą noc leci samolotem do Albanii, aby pomóc reprezentacji i strzela zwycięską bramkę, która toruje nam drogę na Mistrzostwa. Tam drużyna „ ledwie” wychodzi z grupy, a Bońka uznaje świat pismaczy za ojca tej porażki.

Scenka siódma. Po sukcesach Zbigniew Boniek zdobył się na taka refleksję: ”Gdy Europa już uznała mnie za dobrego piłkarza, przekonałem się, że dużo łatwiej być gwiazdą za granicą niż w kraju. My w Polsce lubimy ludzi mocnych z charakterem. Ale tylko na krótko. Bardzo szybko zaczynamy ich niszczyć, bez żadnego powodu. Z bezinteresownej zawiści. Dlaczego mnie to tak bardzo denerwuje? Bo widzę jak na całym świecie traktuje się ludzi, którzy osiągnęli coś nieprzeciętnego. I nieważne czy to jest chirurg, aktor czy piłkarz”.

To rozgoryczenie trwa do dziś. I nie jest pozbawione realnych podstaw. Bo zawsze mali ludzie podstawiali mu nogę. A on zawsze musiał na przekór wszystkim i wszystkiemu potwierdzać swoją wartość. Tym razem czeka go znacznie większe wyzwanie, bo spór pomiędzy nim a jego opozycjonistami ma fundamentalny charakter sporu o pryncypia czyli walki o interesy. I pomyśleć, że ci sami ludzie byli promotorami jego wyboru na funkcję sternika polskiej piłki...

Ale mam przekonanie, że dwie strony potrafią zredefiniować to co się nazywa dobrem polskie piłki i że wizje jej rozwoju okażą się zbieżne, a nie rozbieżne. Ale ja do kompromisu nikogo bym nie nakłaniał, gdyż pomiędzy dwoma odległymi punktami najkrótsza droga to linia prosta. Nie żadne łamańce, ani poświęcanie zasad dla fałszywej jednomyślności. Po prostu jedna ze stron musi ustąpić. Bo zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. A zgoda najczęściej polega na przyznaniu racji temu, kto ją rzeczywiście posiada.

I na koniec mam dylemat: czy powyższy tekst to pochlebstwo czy coś wręcz przeciwnego. Zgodny jestem uznać, że stanowi on niezgrabne połączenie krytycznego komplemenciarstwa z wiecznym moim gadulstwem.

Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.