A+ A A-
  • Zbyszek
Swą wypowiedzią po spotkaniu z Banikiem Jean Pierre Nsame trafił w samo sedno relacji pomiędzy kibicami na stadionie,a zawodnikami. Zawodnik na boisku oczekuje wsparcia trybun ,a kiedy je otrzymuje jest gotów oddać to zdwojonym wysiłkiem. Tym samym skupianie się kibiców na walce z Zarządem , trenerem czy zawodnikami to zwyrodnienie, to wyjście z roli społecznej sprawiające ,że kibic nie tylko przestaje być potrzebny,ale staje się szkodnikiem. Niestety,ale tak od 35 lat następuje systematyczne odchodzenie młodzieży od uprawiania sportów i większość kibiców kompletnie nie rozumie ,ani nie odczuwa czego od nich oczekują zawodnicy i drużyna.Na szczęście kibice Legii opamiętali się i przestali szaleć stając się pośmiewiskiem , gdyż ich "szantaż" był żałosny. Trudno zrozumieć domagania się sprowadzania "szrotu" czym głównie nas raczono w poprzednich latach. Zarząd tym razem nie dał się podpuścić zarówno kibicom jak i pseudoskautom i robi to co należy czyli szukał i szuka wzmocnień,a nie byle kogo, byle był szum w mediach. Nadto okazało się ,że Feio był cudotwórcą ,ale a'rebus , bo zamieniał złoto w błoto ,a nie odwrotnie. Moim zdaniem zmiany w postawach kibiców są nieuchronne , tak jak to zachodziło na Zachodzie ,a mianowicie poza klubami socios, ich rola związana z finansowaniem klubu maleje i w tym względzie klub może się bez kibiców obejść. Np.w Legii jeszcze kilka lat temu przychody z dnia meczowego były na poziomie 38-39% budżetu ,zaś budżet na sezon 2025/26 przewiduje ,że będzie to 18% ,a przy odjęciu kosztów organizacji spadnie do kilku procent. Zarząd wie,że kibice są potrzebni wyłącznie zawodnikom i drużynie i najwyższa pora ,aby ta prawda dotarła wreszcie do kibiców. Tak "od zawsze" pojęcie kibicowania jako dożywotniej miłości kibica do klubu funkcjonuje jak najprawdziwsza prawda , co utrwalił wydany w 1992 roku bestseller "Futbolowa gorączka " autorstwa Nicka Hornby. Ta miłość wedle niego jest jednokierunkowa i nie domaga się wzajemności będąc czymś na kształt " związania, splątania". Swego rodzaju masochizmem staje się publiczne wyznawanie miłości , podczas kiedy prywatnie ludzie przeważnie wstydzą się okazywania uczuć. Dick Parry , swego czasu Dyrektor Wykonawczy PL określił to tak :" Możesz zmienić pracę, możesz zmienić żonę ,ale nie zmienisz swego klubu piłkarskiego. Nigdy nie przestaniesz być wierny swojej pierwszej drużynie. Jest to miłość, lojalność i poświecenie". To dzięki temu kibic zyskuje korzenie i poczucie przynależności. Lecz jak wiemy świat kibiców nie jest monogamiczny , gdyż wybór klubu jest często przypadkowy lub wymuszony przez rodzinę czy środowisko, co oznacza ,że obok mono funkcjonują także poligamiści. Badania socjologiczne wykazały ,że kibice tzw. stadionowi "trzymają się " jednego klubu , natomiast kibice " w kapciach" wykazują zmienność uczuć. Przy czym takie rozpowszechnione wyniki badań jakie przeprowadziła firma Mori ,z których ma wynikać,że 45% dorosłych Brytyjczyków to kibice piłkarscy ,a tylko 3% z nich chodzi na mecze piłkarskie niczego nie dowodzą, a to z prostego powodu , gdyż na stadiony może chodzić tylko tylu kibiców jaka jest pojemność stadionów, nie więcej. To dla tych najbardziej zatwardziałych kluby wymyśliły karnety, aby docenić ich wierność i lojalność,lecz ta polityka jednocześnie ogranicza dostępność. Miała ona sens budżetowy , bo gwarantowała przewidywalność dochodu , niezależnie od tego czy kibic uczęszcza czy nie,ale dziś trąci anachronizmem. Mało tego badania przeprowadzone nad kibicami ledwie 12 lat temu , których analiz i syntez jest pełno na kartach literatury przedmiotu , są dziś prawie całkowicie nieaktualne.Np. dowodziły one .że w 74% liczba kibiców na meczach spadała wraz ze spadkiem miejsc w tabeli, a w 69% wzrastała wraz z poprawą lokaty. Wyjaśniano to zjawisko syndromem BIRG co polsku znaczy " pławieniem się w cudzej chwale" . Znamieniem naszych czasów jest fakt,że większość stadionów, w większości krajów jest zapełniona w sezonie w ponad 90% pojemności - niezależnie od wyników drużyny , co widzimy na przykładzie np. Legii. . Jednocześnie jednak statystycy badający przepływy ilościowe widzów w lidze angielskiej, u nas takich badań nikt nie prowadził, stwierdzili ,że nawet jeżeli na tym samym stadionie , w nowym sezonie zasiądzie taka sama liczba widzów co w poprzednim to w 50% będą to kibice "nowi", którzy wcześniej na trybunach nie zasiadali. Oczywiście pewno ten model nie ma waloru uniwersalnego i tyczy kibiców z dużych miast, w których istnieją inne rozrywki ,a nie tylko oglądanie meczów. Jako się rzekło karnety petryfikują przeszłość jako teraźniejszość. Szczególnie widać,że nawyki kibicowskie zmieniają się bardzo powoli , ale nieustannie. Sam doświadczyłem dwojakiego szoku poznawczego, emocjonalnego , wręcz anafilaktycznego - kiedy to po kilkunastu latach, kiedy mogłem chodzić tylko o dwóch kulach i to po mieszkaniu , wreszcie dotarłem na nowy stadion i zobaczyłem to co uczenie nazywa się "skracaniem pola gry" ,a na "żylecie " "doping" niezwiązany z boiskowymi wydarzeniami. Przed 30 laty na bazie popularności "Piłkarskiej gorączki" powstało kilka filmów o kibicach ,a także za badania zjawiska wzięli się socjologowie , z których to prace prof. Alana Tappa stały się inspiracją do dzielenia kibiców ze względu na różny emocjonalny stosunek do klubu, od fanatyków, przez silniej lub słabiej zaangażowanych aż po tzw. zwyczajnych. Właściwie media swe zainteresowania koncentrują na "fanatykach" , mimo ,że jest ich zdecydowana mniejszość i mimo ,że akurat tak grupa jest najbardziej labilna ,że w niej zachodzą procesy dojrzewania i zmiany ról społecznych np. męża, ojca, pracownika itp. Oznacza to ,że regularnie pojawianie się na meczach i stopień emocjonalnego zaangażowania ma większy związek z wiekiem, niż z lojalnością. Przed wielu laty, przez wiele lat gazety sportowe takie jak "Przegląd Sportowy", "Sport' ( Katowicki), "Tempo" ( Krakowskie) pod koniec każdego roku tworzyło rankingi nie tylko tzw. najlepszych zawodników ,ale też dzieliły graczy zależnie od wartości sportowej na : graczy ligowych , klasy krajowej, reprezentacyjnej i światowej ustalając kryteria takich klasyfikacji. Dziś jest to prawie niemożliwe , gdyż większość zawodników w naszej lidze to obcokrajowcy , a w reprezentacji grają zawodnicy reprezentujący obce kluby. Dziś "mędrców szkiełka i oka " w ocenie czyli wartości sportowej zastąpiła wartość merkantylna określana w Euro na Transmarkcie . Każdy może sobie posprawdzać. Lecz wartość rynkowa nie jest zawsze tożsama z przydatnością dla drużyny , gdyż gracze młodzi są nadmiernie preferowani , a starsi za nisko wyceniani. Generalnie nie chodzi tylko tylko o sumę umiejętności , wiek i potencjał rozwojowy ,ale o to ile wartości dodanej dany zawodnik przysparza zespołowi. Czyli tak jak przed laty trzeba ocenić jak dany zawodnik radzi sobie w lidze przeciwko słabszym rywalom,średnim i z czołówki oraz w Europejskich Pucharach. Weryfikatorem jest zawsze boisko i zawodnik , który błyszczy przeciwko Koronie może wypaść blado na tle np. Lecha czy Banika. W zeszłym sezonie Legia miała fatalny bilans przeciwko zespołom z czołówki ligowej,ale zaliczyła wygrane z Chelsea czy Betisem. Czyli zawodnicy zdali egzamin z umiejętności ,lecz zabrakło przełożenia na wyniki na krajowych boiskach . Nie muszę się usprawiedliwiać,że rzadko się włączam do dyskusji po spotkaniach Legii w Europejskich Pucharach co wynika nie z przyrodzonego mi lenistwa,ale ze starości. Na stare lata już nie ogarniam lig zagranicznych ,a do tego stałem się wybredny i nie potrafię zmusić się do wypowiadania sądów o tym o czym mam blade pojęcie. Natomiast naszą ligę bacznie obserwuję tak do 65 lat i wydaje mi się ,że mam jako taką wiedzę o trenerach , zawodnikach , taktykach , wynikach itp , zaś o rywalach zagranicznych wiem tyle ile przeczytam , więc o analizie gry mowy nie ma, a z tymi o których wiem sporo jeszcze nie gramy Smile. W jakimś sensie podobnie mam z beniaminkami . w tym z Arką Gdynia, gdyż I ligę obserwuję sporadycznie. Wiem oczywiście dość dużo o trenerze Arki ,ale dopiero wczorajszy mecz uświadomił jak duży postęp w jakości warsztatu trenerskiego Szwarga poczynił od niezbyt udanego sezonu w Rakowie. Trener Szwarga skończył z naśladowaniem Papszuna i ustawia swój zespół 4-3-3 w tzw. zoptymalizowanej wersji , gdyż owszem ten system wymaga zawodników silnie dopasowanych do pozycji na których mają grać ,ale równocześnie z założenia pokrywa 9 na 9 stref boiska,więc chodzi tylko o perfekcyjne wdrażanie założeń taktycznych. Wczoraj widać też było podstawową wiedzę taktyczną Szwargi , który nakazał niewdawanie się w potyczki z zawodnikami Legii w środkowej strefie boiska ,lecz bronienie w niskiej strefie oraz przechodzenie do ataku długimi podaniami ponad formacją pomocy Legii. W pierwszej fazie spotkania obrona Arki kilkakrotnie się pogubiła, gdyż zaskoczeniem były dla niej wejścia w pole karne obu bocznych pomocników Legii, ale mieli szczęście ,że Legia przewagi nie wykorzystała. Widać też było ,że czuli się mocni w obronie przed rzutami rożnymi , bo nie wahali się wybijać piłek za linię końcową boiska. Nieporadna gra Legii w I połowie sprowokowała Arkę do podjęcia od początku II połowy gry ofensywnej z zagraniami za plecy obrońców Legii oraz wchodzeniem do strefy ataku większej liczby zawodników.Trzeba sobie jasno powiedzieć,że pod względem taktyki ( zadania ) , jak i pod względem dyscypliny wykonawczej zespół Arki wyraźnie górował na drużyną Legii. Zawodnikom Arki udało się zneutralizować silne strony Legii , w tym przede wszystkim poprzez odbieranie nam przestrzeni, zmuszanie do gry na zewnątrz obwodu,a nie wewnątrz oraz poprzez efektywniejszą grę bez piłki. Na tle skutecznej taktyki Arki nasz zespół wypadł jak amatorzy. W kolejnym spotkaniu trener Iordanescu stosuje rotację , a nie indywidualizację , jako zasadę pracy z kadrą Legii. Pewnikiem głównym powodem takiego podejścia jest fakt,że Zarząd Legii , wbrew wcześniejszym zapowiedziom wiceprezesa Herry , wpisał do przychodów budżetu Legii na sezon 2025/26 kwotę 28 mln z udziału w Europejskich Pucharach. Więc trener musi wygrywać i w Lidze i w LE . Mimo tego wymiany od ostatniego spotkania 90% zawodników z pola nie można zaliczyć do normalności, bo to tak jak by trener przepołowił zespół na dwie części z których ta teoretycznie lepsza gra w LE. Nasz zespół we wczorajszym spotkaniu dominował tylko w I kwadransie spotkania ,a przez całe spotkanie oddaliśmy tylko 3 celne strzały na bramkę Arki.Owszem Legia przeprowadzała groźne akcje,ale brakowało wykończenia.Nadto nie wykorzystywaliśmy niskiego pressingu ,aby oddawać strzały z dystansu ,a także wykonywanie 13 rzutów rożnych nie stanowiło zagrożenia dla bramki rywali. Denerwujące było wytracanie tempa ataków przez brak wymiany podań bez przyjęcia piłki . Prawie każdy z naszych graczy przyjmował piłkę, zatrzymywał ją, rozglądał się gdzie i komu ma podać ,a w tym czasie był już atakowany przez zawodnika Arki, więc albo tracił piłkę ,albo był faulowany. Przeciwko tzw. słabszemu rywalowi trzeba stawiać na szybkość rozegrania ,a nie na dokładność, bo to oni mają błądzić ,a my mamy te błędy wymuszać. Ponadto okazało się ,że jak Arka zagrała w II połowie odważniej to nasza defensywa zaczęła pękać,że brak silnego defensywnego pomocnika daje się we znaki. Lecz okazało się ,że piłkarze Arki w akcjach podbramkowych są jeszcze bardziej nieporadni niż my, bo nie oddali ani jednego celnego strzału na naszą bramkę. Trener Iordanescu dokonywał zmian, w tym wprowadził w pierwszej kolejności Kapustkę co by poprawić strukturę gry oraz nowe nabytki : Rajovicza i Recę.Słusznie Gawin zauważa,że piłkarz ma grać nogami ,a nie machać rękami jak Rajovicz. Legii nadal brakuje zespołowości ,a zauważalny staje się indywidualizm , wręcz sobkostwo , tak jak by gra w naszym klubie nie była celem ,ale sposobem na transfer do bogatszych klubów. Z drugiej strony trzeba podkreślić,że taka zdyscyplinowana upierdliwa, agresywna gra obronna Arki z każdą minutą coraz bardziej zniechęcała do zwiększenia aktywności w strefie ataku , tak jak by nasi przestali wierzyć w powodzenie tych akcji . Przed meczem wierzyłem ,że opór rywali zwiększy nasz napór na jego przełamanie ,a stało się, niestety, odwrotnie. Mój kajet na zapiski tyczące pochopnych lub błędnych decyzji sędziego Piotra Lasyka po wczorajszym spotkaniu jest pusty od samego początku aż do końcowego gwizdka. Tym samym Lasyk zaliczył najwyższą notę, bo był,a jak by go nie było . Brawo !. Przed trenerem ,sztabem i zawodnikami Legii wiele pracy, głównie nad zespołowością i utrzymaniem dyscypliny taktycznej, lecz głównym środkiem do tego celu jest wytworzenie mentalności zwycięzców.
This is a comment on "Legia - Arka 0-0: Powrót wirusa? "