- Hubert Krakowski
Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma prawdziwego „klasyka” w Polsce bez udziału Legii. Lata 90-te to czas, gdy po transformacji ustrojowej klub ten rywalizował często w oparach ogromnych kontrowersji z Widzewem Łódź. Pojedynki Marka Citki przeciwko Leszkowi Piszowi na boisku oraz gesty Franciszka Smudy i Pawła Janasa tuż przy linii bocznej. Oba zespoły jako jedyne w Polsce do dnia dzisiejszego zagrały zresztą w fazie grupowej Ligi Mistrzów czym niejako ugruntowały pozycję drużyn, które zdominowały tamte czasy. Lata 2000-czne to czas, kiedy po ogromie problemów finansowych Legia zdołała się wydźwignąć i od czasu do czasu skutecznie rywalizować z Wisłą Kraków Bogusława Cupiała co momentami wydawało się wręcz imponujące, bo gwiazdozbiór jak na ówczesne realia krakowskiego zespołu pozwalał sądzić, że nikt w tamtym momencie nie jest w stanie jej zagrozić. Klasykami były pojedynki Legii przeciwko Wiśle Kraków. O ile lata 2010-2020 zostały praktycznie zdominowane przez klub ze stolicy Polski (z kolejnym a zarazem ostatnim występem w Lidze Mistrzów polskiego zespołu) tak kolejne dziesięciolecie skruszyło pozycję budowaną jeszcze kilka lat wcześniej skutecznie tracąc atuty a to poprzez zarządzanie i olbrzymie ego niepozwalające wyobrazić sobie, że to może łatwo się zmienić (te słynne banery „Jesteśmy Waszą Stolicą” trochę symbolizowały to podejście) a to poprzez stały rozwój pozostałych drużyn które przestały żyć jedynie w cieniu wielkich miast. Mimo tego i tak jesteśmy w sytuacji gdzie to do najbardziej „gorących” aktualnie zespołów, czy to ze względów sportowych czy to finansowych dobiera się przede wszystkim warszawską Legię bo statystyki wszelkie pokazują jasno, że bez klubu ze stolicy ciężko będzie generować tak duże i rozwijające się zainteresowanie Ekstraklasą. Potencjalny spadek tego zespołu obiektywnie byłby sporym ciosem dla tych rozgrywek (z czym, jak ze wszystkim, ostatecznie by sobie piłkarski świat poradził ale niewątpliwie bardzo mocno by to odczuł chociażby z medialnego punktu widzenia, taki Widzew dopiero chciałby budować taką pozycję). To nie Widzew, Górnik, Jagiellonia czy nawet Lech Poznań remisował w ostatnim dziesięcioleciu z ówczesnym triumfatorem Ligi Mistrzów Realem Madryt 3:3 czy wygrywał z Chelsea 2:1 (i tak, to były mecze w którym rywale już „nie musieli” ale podajcie mi równie spektakularne przykłady wygranych innych polskich drużyn w tym wieku).
W czasach, gdy jakość sportowa Legii Warszawa szoruje po dnie klub ten, często w Polsce znienawidzony, dalej wzbudza ogromne zainteresowanie czy to ostatnio meczem przeciwko dominującemu Lechowi Poznań czy to meczem przeciwko strasznie rozrzutnemu w ostatnim roku (wydane ponad 100 milionów złotych na transfery…) Widzewowi Łódź. Wiele emocji wzbudza chociażby czerwona kartka Rafała Augustyniaka przeciwko Lechowi Poznań odwołana ostatecznie przez kolegium sędziów, gdzie narracja o „pomocy Warszawki” dominuje ostatnio w mediach społecznościowych. Łatwo w takich chwilach wygodnie zapomnieć, że przedstawiciele innych znanych klubów w tejże komisji również mają swoich przedstawicieli. Inna sprawa to fakt, że chociażby po meczu Adam Lyczmański przyznał, że z „duchem gry” powinno skończyć się na żółtym upomnieniu. Wielu sędziów było podobnego zdania. Samo kolegium sędziów natomiast przy anulowaniu tej kartki zwróciło uwagę, że po ukaraniu zawodnika żółtą kartką nie powinno być interwencji VAR (przepisy, nie subiektywna opinia!) bo nie było „jednoznacznego i oczywistego błędu”. No, ale narracja o ciągnięciu Legii za uszy jest jak najbardziej wygodna. Podobnie po meczu z Widzewem Łódź – jednym z najgorszych do oglądania meczów Ekstraklasy w tym sezonie. Ale i tak mecz zostanie zapamiętany wyłącznie z ostatniej akcji, gdzie po (kwestionowanym, a jakże) faulu na Vinagre świetną, naprawdę świetną piłkę dorzuca Chodyna a po ogromnym zamieszaniu, gdzie większość piłkarzy Widzewa wręcz muruje własną bramkę Legia, prawie że siłą woli wpycha tego legendarnego już gola na 1:0 gdzie Kapustka (którego po sezonie może tu nie być) strzela gola Adamskim (którego o mało co zimą do Legii prawie nie ściągnięto). Doszukiwano się także spalonego Adamskiego, choć bardzo wiele powtórek pokazuje, że tuż przed nim stał widzewski zawodnik. Znalazłem też artykuły, które pokazywały jakoby gol padł już po doliczonym czasie gry, jakoby niektórzy nie zdawali sobie sprawy, że takie sytuacje się zdarzają… Niesamowita historia, gdzie po wręcz obrzydliwym meczu o samym meczu prawie się nie będzie mówić tylko o tych dosłownie ostatnich sekundach, które być może uratowały najwyższą klasę rozgrywkową warszawskiej drużyny a Łodzi zniszczyły nadzieje na utrzymanie w normalnych okolicznościach (chyba tylko 9 punktów w 3 meczach pozwoli im uniknąć najgorszego).
Media nie są w tak oczywisty sposób pro-legijne jak w ogromnej części Polski zdaje się wydawać. Jako klub przyciągający ogromne zainteresowanie często wskazywane są kontrowersje w sposób dla Legii niekorzystny a sytuacje, które w przypadku innych drużyn byłyby szybko zapomniane w przypadku stołecznej jedenastki wałkowane są jeszcze długo i głośno po ostatnim gwizdku. Choć na pewno wskazywana tutaj wcześniej przeze mnie moc medialna tego klubu także ma znaczenie (chociażby świadomość tego, że bez Legii w lidze nie będzie prawdziwych klasyków, które tak dobrze sprzedają się w mediach). Coraz częściej odnoszę wrażenie zresztą, że praca zarówno sędziów jak i osób dookoła nich jest strasznie niewdzięcznym zadaniem a ocenianie ich zachowania wyłącznie przez wygodny dla danych kibiców pryzmat „sprzedania meczu” zamazuje realny obraz, w którym te decyzje podejmowane prawie że błyskawicznie zawsze niosą za sobą ogromne ryzyko błędu (człowiek jest tylko człowiekiem, nawet VAR często ocenia sytuację jedynie w stop-klatkach, które również mogą zamazać prawdziwy obraz danej sytuacji). Choć oczywiście dalej od czasu do czasu zdarzają się nadzwyczaj podejrzane sytuacje, gdzie można się nad pewnymi kwestiami zastanawiać. Mecz przeciwko Widzewowi nie był jednak takim przypadkiem. Kto zabronił Widzewowi zamiast wyłącznie murowania własnego pola karnego spróbować aktywniej zaatakować bramkę warszawskiej drużyny? Plan na mecz Vukovicia zakładał prawie że wyłącznie destrukcję i tym razem mu się to nie udało. Nie da się także nie zauważyć, że to Legii bardziej w tym okropnym do oglądania meczu chciało się strzelić gola, na co jakieś okazje były (niestety dalej razi w oczy nieskuteczność choć i tak zdecydowanie uważam, jak chyba wszyscy, że to Nsame – a miał w tym meczu świetne podania – powinien grać od bardzo wielu meczów wstecz kosztem wiadomo kogo). I że naprawdę w ostatnim decydującym momencie, przy świadomości tego jak fatalnie, mimo ciągłych prób wygląda ofensywa Legii Warszawa tym chłopakom udało się zrobić coś, co zostanie zapamiętane na bardzo długo. Znak czasów, że warszawska widownia wariuje ze szczęścia po golu, który zapewnić może utrzymanie zamiast walczyć o zdecydowanie wyższe cele a strzela go niepozorny chłopak, który został tutaj ściągnięty za grosze. To głównie dzięki jego golom taka marka jak Legia ma szanse pozostać w tych rozgrywkach. Adams… Jest w tym coś z pięknej – niespaczonej wyłącznie pieniędzmi – historii o futbolu w najczystszym możliwym wydaniu.
(legia.wordpress.com)
This is a comment on "Legia - Widzew 1-0: Kamień z serca"

