A+ A A-

Barry zwycięzca

Wybrzeże Kości Słoniowej zdobyło Puchar Narodów Afryki. Ta bogata w piłkarskie talenty nacja musiała czekać na triumf od 1992 roku.

Wbiłem sobie w głowę w niedzielny wieczór, że obejrzę ten finał, bo przez cały turniej ledwo co rzuciłem okiem na kilka meczów. No i swojego wyboru długo żałowałem, bo działo się... powiedzmy tyle co zwykle w finałach PNA. Na osiem finałów rozegranych od 2002 roku, ten jako czwarty zakończył się wynikiem 0:0, dogrywką i serią rzutów karnych. Tęsknie przełączałem co jakiś czas na strzelaninę Barcelony w meczu z Bilbao i dramatyczne starcie Lyonu i PSG, szczęśliwie „łapiąc się” nawet na powtarzanego karnego Zlatana, który dał PSG remis, ale jednak wiernie trwałem przy boju WKS z Ghaną. Najpierw przez długie dziewięćdziesiąt minut, potem przez jeszcze dłuższe (ot, paradoks) trzydzieści, wreszcie do rzutów karnych.

Tu 'pozamiatane' mogło być wręcz błyskawicznie, bo pomylili się Bony i Tallo z WKS, a celnie strzelali Mubarak i J.Ayew z Ghany i było 0:2. Ale potem role się odwróciły, bo do siatki pewnie trafili Aurier i Doumbia, a błędy popełnili Acquah i Acheampong. Zrobiło się 2:2, a piłkarze jak na komendę... przestali się mylić. Dwanaście kolejnych 'jedenastek' bez pomyłki! Aż przyszła kolej bramkarzy.

Tu bohaterem został znany nam (nie napiszę, że dobrze) Boubacar Barry. Tak, dokładnie ten sam, podczas komunikacji z którym w Lokeren niektórzy nasi kibice odrzucili istotną zdobycz ewolucyjną rasy ludzkiej, usiłując przerzucić się na artykulację preferowaną przez naszych owłosionych przodków. Barry obronił rzut karny egzekwowany przez swojego odpowiednika z Ghany, a chwilę później trafił do siatki, stając się prawdopodobnie kimś na kształt iworyjskiego bohatera narodowego.

Fajna, filmowa historia. I nawet jeżeli Barry tak bardzo przejął się odgrywaniem ekscytującego scenariusza, że dorzucił własne aktorskie 'trzy grosze' w postaci symulowania skurczów mięśniowych (hehe, trzeba było widzieć jak błyskawicznie wyleczył go z bólu skutecznie wykonany rzut karny i jak imponujący sprint wykonał w stronę własnych kibiców), to przecież... zwycięzców się nie sądzi.

Mimo całej tej wcześniejszej dwugodzinnej nudy – warto było.

Dyskusja (2)
1poniedziałek, 09, luty 2015 13:29
Monrooe
@ Gawin

"Mimo całej tej wcześniejszej dwugodzinnej nudy – warto było."

Serio? Nie wiem, być może, ale ja już dawno odpuściłem sobie oglądanie tej imprezy. Gdyby jeszcze mecze odbywały się podczas kompletniej futbolowej flauty... to może bym się skusił. Niestety we współczesnym futbolu taki okres już nie istnieje.
2poniedziałek, 09, luty 2015 13:54
gawin76
Serio. Ja jestem z tych emo-kibiców, o których kiedyś pisał Garm Very Happy

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1