- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- Zbyszek
Zezem. Frankomania
Chwytam się na tym, że Franciszek Smuda od wielu lat przyciąga moją uwagę /oczywiście nie tylko on/. Zastanawiam się: skąd u niego taka siła medialna? Choćby przed ostatnim meczem Legii z Wisłą, Przegląd Sportowy poświęcił mu dwa artykuły "Smuda po warszawsku" i "Jak odmówiłem Legii - opowieść Mirosława Szymkowiaka".
Tego samego Szymkowiaka, pośrednio przez którego przed 15 laty o mało nie wykluczono polskiej piłki z rozgrywek europejskich. Szymkowiak został kupiony z Olimpii Poznań do Widzewa za małe pieniądze. Po paru miesiącach ktoś puścił plotkę, że jest wart duże pieniądze /ponad 1 mln USD/ i Pan Krzyżostaniak zażądał unieważnienia transakcji /miał argumenty/. Ówczesny prezes PZPN Marian Dziurowicz nie chciał o tym słyszeć. Natomiast nieżyjący Minister Sportu Jacek Dębski, a i owszem. I zagroził, że rozwiąże zarząd PZPN i zaczął członków zawieszać. Federacja natychmiast zagroziła, ze najpierw nas zawiesi, a potem wyrzuci. Za czym się opowiadałem, bo korupcji już miałem powyżej uszu. Niestety Dębski się cofnął i dalej tkwiliśmy w bagnie. Ale to tak na marginesie. Franek Smuda jest jak magnes. Po prostu przyciąga. I to o nim skreślę kilka poniższych zdań.
Zacznę od jednej z jego ostatnich wypowiedzi: "Najlepiej jest naśmiewać się z kogoś. Zazdrość i zawiść są u nas na porządku dziennym. Skaczemy z radości kiedy komuś nie idzie. Ach, dobrze mu, że przegrywa". Wcześniej ten pieszczoch mediów poparł tenisistę Janowicza, także uznając, że pismaki się tylko czepiają. Jest kłopot z moim opisem i oceną Smudy, gdyż jest to niezwykle silna, ale i niezborna osobowość. Przez lata wyżej oceniałem jego przymioty ludzkie niż trenerskie. Może dlatego, że to twardy facet, co w życiu byle komu i byle czemu się nie kłania. Zapewne też dlatego, że kiedyś doświadczył ciężkiej pracy fizycznej myjąc wnętrza zbiorników tankowców w USA, po tym jak wraz z Deyną stracił wszystkie pieniądze, ufając nieuczciwemu inwestorowi. Może nie tak ciężko i tak długo, ale też w szkole średniej i na studiach pracowałem ciężko co najmniej miesiąc u ogrodniaka zwanego wówczas badylarzem. Też z tego powodu patrzę cieplej na Brzyskiego.
Pamiętam taki epizod z Frankiem, gdy po jednej porażce w Wiśle w 1999 roku został zwolniony i dowiedział się o tym będąc w Niemczech. Powiadomił pana Cupiała, że będzie za kilka godzin, aby się pożegnać. Wsiadł do BMW /tylko te auta uznaje/, wziął koniak i był w Myślenicach. Cupiał wyjął koniakówki, Smuda nalał po kapce, zakręcił butelkę, powiedział "żegnam", trzasnął drzwiami i wyszedł. Zaimponował panu Cupiałowi, a zwłaszcza jego mamie i dla Wisły stał się taką Wańką - Wstańką. Niestety te obrazy przyćmił fakt, ze nie oddał Zagłębiu pieniędzy otrzymanych w postaci premii za awans do europejskich pucharów uzyskany dzięki kupieniu meczu z Cracovią. Wiem, że ma potrzeby finansowe, ale kiedyś by tak nie zrobił. Zestarzał się Franuś na dobre i pewno go to mało obchodzi, ale ja już go nie lubię.
Natomiast o trenerze Smudzie miałem zdanie negatywne. W felietonie na Weszło Radosław Matusiak podaje cechy, jego zdaniem, trenera idealnego: "Ambitny, pracowity, sprawiedliwy. Oczywiście bardzo mocny merytorycznie. Charyzmatyczny. Chętny do nauki. Nie pizda, ale tez nie szaleniec pieniący się przy linii przez 90 minut. Dobry człowiek". Nic oryginalnego Radomatu nie wymyślił. Bowiem jest to część cech, jakie powinny towarzyszyć przełożonemu, dla którego ludzie czując się dobrze zechcą pracować. Zwracam tylko uwagę, że przymioty osobiste zostały wymienione, natomiast merytoryczna tylko nazwana. Wynika z tego, że piłkarze mają minimalna wiedzę o zawodzie i nie są w stanie wymienić ani ocenić tzw. warsztatu trenerskiego, więc oceniają trenera wyłącznie jako człowieka. Niezależnie jednak od tego to trener Smuda spełnia tylko dwa kryteria: ambicji i charyzmy. Przyznam ze wstydem, że na podstawie tych cech byłem za powołaniem Smudy na funkcję trenera reprezentacji. Uznałem bowiem, że taki trener nie musi wiele umieć, musi natomiast wiele wymagać i umieć zmotywować do dania z siebie więcej. Niestety już po pół roku wyszły na jaw jego wady, które odsunęły go poza oddziaływanie na zespół.
W reprezentacji i wcześniej w Legii Smuda pokazał swoje najczarniejsze oblicze, człowieka zawistnego i małostkowego. Nie jestem psychologiem, ale wskazuje to na ogromne zakompleksienie. Była taka scenka w szatni Legii, znał wszystkie ksywki zawodników i nimi się posługiwał przy powitaniu, ale chcąc zaimponować zaczął mówić: "Kiedy ja grałem w Legii...", na co przerwał mu Pan Lucjan i rzekł "Franiu, ty w Legii byłeś. Ja grałem". Smuda za wszelka cenę chciał być wodzem i zaczął stosować metody kacyka - dyktatora. Wziął się za zastraszanie. Publicznie ubliżał zawodnikom, a ci nie pozostawali mu dłużni. Jak w dowcipie: "Trener Smuda wywołuje duchy. Wywołał ducha piłkarza. Pyta: czy grałeś u mnie? Tak. A czy jesteś szczęśliwszy niż za życia? Tak, jestem. A gdzie jesteś? W piekle". W PS jest taka wzmianka, iż nikt z tych, którym krzywdę wyrządził jednoznacznie go nie potępia. No cóż, czas goi rany. Młodszym czytelnikom polecam wypowiedzi Stolarskiego i Małeckiego. Sprawiedliwy to on nie jest. I można by nad tym przejść do porządku dziennego, gdyby nie konieczność patrzenia przez pryzmat podwładnych. Toż on stosuje mobbing. Jeszce kilka lat temu podobne metody wobec pracowników nie były prawnie zakazane . Dziś są. Bo jest to niedopuszczalne, także moralnie. Tylko za to Smudzie powinno się podziękować. Sądzę, że w dzisiejszej Legii nikt by go nie zatrudnił, a jak już to zostałby gracko wywalony. Tak jak poprzednio uczynił to prezes Lach. Nie dlatego, że miał słabe wyniki, ale wstyd klubowi przynosił. Też nie mógł tego zrobić wcześniej, bo Franz był oczekiwany jak zbawca przez kibiców i media. A wszystkich mamił obiecankami wielkich sukcesów. W tym celu sprowadził Z Widzewa najbardziej zaufanych: Łapińskiego /ze ścięgnem Achillesa na wykończeniu/, Citkę /po przerwie 16- miesięcznej po wyleczeniu zerwania tego ścięgna/ oraz Siadaczkę /chorego na cukrzycę/. Nic z zapowiedzi nie wyszło, bo nie mogło. Wyszło tylko szydło z wora.
W Legii pokazał całą mizerię warsztatową. Posługiwał się swoim, słynnym już notesem, w którym miał zapisane obciążenia treningowe okresu przygotowawczego. Ponieważ Tomasz Łapiński wspomina, że miał ten notes na pierwszych zajęciach w Widzewie to musiał na jakiejś podstawie tych zapisów dokonać. Podejrzewam, że jak Gmoch i Białas zapisywali obciążenia stosowane prze Vejvodę, Janas prze Guy Roux tak Franek zapisał to co robił Andrzej Strejlau, trener Legii w latach 1975-79. Robi on wyłącznie wytrzymałość, co w latach 70-tych było podstawą. Zawodnicy Legii wspominają treningi ze Smudą jako niebywale lekkie. Czemu nie należy się dziwić, gdyż nastał on po Kubickim, który stosował obciążenia angielskie. Kiedy dziś zawodnicy Wisły mówią, że im ciężko na Smudowych treningach, to znaczy tylko, że dotąd nawet lekko nie trenowali tylko się bawili w rekreację.
Zaś o umiejętnościach taktycznych Smudy Mirek Szymkowiak tak opowiadał: "Kazał mi się rozgrzewać, zawołał i dawał rady: Mirek ty to graj tak w środku, do rogów boiska nie schodź, jak dostaniesz piłkę to graj na boki. Może coś z tego wyjdzie". W reprezentacji mawiał, że mają odbierać i grać piłką. Tylko,ze w 1 składzie nie wystawił, ani jednego, który potrafił te piłki odbierać.
Podejrzewam, że te swoje niedostatki zna, bo brał do klubów zawodników dobrych technicznie o predyspozycjach szybkościowych. Umie on bowiem kształtować wytrzymałość, a szybkości już nie. Do tego zawodnicy zaawansowani technicznie potrzebują wkładać mniej wysiłku w grę niż jej pozbawieni. Miał taki komfort, że poza Odrą Wodzisław i dziś Wisłą takich zawodników mu sprowadzano. Więc mógł być "ojcem" sukcesów. Prawdziwe jego oblicze trenerskie to Odra, reprezentacja i Legia. I dzisiejsza Wisła. Kiedy nie ma najlepszych w kraju zawodników, okazuje się, że nie potrafi podnieś poziomu drużyny. Ma więc tłumaczenie. Nie wygrywa, bo nie ma kim grać. A nie mam kim grać, bo w klubie nie ma pieniędzy.
Nie wytrzymuje żadnego porównania z większością trenerów pod względem fachowości. Ma jednak nad sobą aureolę człowieka sukcesu. Tak jak to kiedyś powiedział pan Grajewski, gdy Franek przyszedł do niego po podwyżkę: "Ty jej nie dostaniesz. Ty się ciesz, że ja ci wyrobiłem nazwisko. Na nim zajedziesz daleko.” Zajechał i nadal jedzie. Jak długo jeszcze?

