A+ A A-

Zezem. Korupcja i okolice

Nieszczęście korupcji w polskiej piłce zaczęło się paradoksalnie wraz z jej wielkimi sukcesami począwszy od złotego medalu olimpijskiego w Monachium w 1972 roku, awansu do finałów MŚ w RFN po remisie z Anglią 17.10.1973 na Wembley i trzecim miejscu na tych Mistrzostwach w 1974 roku.

Sukcesy spowodowały zmiany w sposobie funkcjonowania klubów i sposobie ich finansowania z jednej strony, zaś z drugiej zapewniały poczucie bezkarności na zasadzie: póki są wyniki nie mieszajmy się, nie wtrącajmy się, bo możemy zepsuć, a tego społeczeństwo nam nie wybaczy. A zaczęło się od posiedzenia Biura Politycznego ówczesnej monopartii rządzącej we wrześniu 1972 roku, podczas którego I Sekretarz Edward Gierek wyraził zadowolenie z wyniku reprezentacji i zapytał premiera Jaroszewicza czy piłkarze zostali należycie uhonorowani. Podczas rozmowy zainteresował się również zarobkami piłkarzy i dowiedział się, że nasi najlepsi zarabiają tyle przez rok, ile na zachodzie dobry zawodnik zarabia w tydzień. Tu nakazał: "Wicie, rozumicie,Wy to naprawić musicie".

Wymyślono, że kluby będą autonomiczną częścią zakładów i będą dostawały pieniądze na działalność i na płace w całości. Była to rewolucja. Piłka nożna, początkowo na szczeblu I ligi, a potem i niżej uwalniała się od jakiegokolwiek nadzoru. Jeszcze w latach 50-tych piłkarze normalnie pracowali i otrzymywali za to płacę. Od początku lat 60-tych zaczęto im skracać czas pracy, do tego stopnia, że wreszcie byli tylko na etatach, a pracy nie świadczyli, ale pieniądze otrzymywali w zakładach, będąc na listach wynagrodzeń. Wówczas obowiązywały taryfikatory i siatki zaszeregowań. Ustalały one górne granice zarobków i były one nieprzekraczalne. Od początku 1971 roku podwyższono o 25% te pułapy, ale istota kształtowania płac pozostała ta sama. Od jesieni 1972 roku ten system uległ zmianie. Klub stawał się oddzielnym wydziałem i od swego macierzystego zakładu otrzymywał pieniądze na wynagrodzenia, które sam dzielił. Natychmiast zmieniły się nie tylko zarobki, które znacznie wzrosły, ale też piłkarze klubów wojskowych i częściowo milicyjnych zaczęli zarabiać mniej niż ich koledzy z "cywilnych" zakładów. W korupcyjnych układach stali w ten sposób na pozycji sprzedających. Jednocześnie pula pieniędzy dla klubu zaczęła zależeć od uznania za wynik sportowy. Decydujące o podziale środków gremia jak dyrekcje, związki zawodowe i organizacje partyjne były pod naciskiem załóg, a te chętnie dodawały, gdy drużyny miały dobre wyniki. Drużyny wojskowe i milicyjne, aby nie zostać za bardzo w tyle z zarobkami poczęły zmieniać zasady awansu, umożliwiając bez odpowiedniego przeszkolenia i wykształcenia awanse na chorążych czy oficerów. Oficerowie mieli bowiem wyższe dodatki za stopień i wyższy ekwiwalent za umundurowanie. Zwiększano także dodatki za szczególna uciążliwość służby. W klubach milicyjnych zaczęto zatrudniać piłkarzy na etatach SB, bo były tam wyższe pensje i możliwość korzystania z funduszu tzw. operacyjnego, a w późniejszym okresie na etatach w ZOMO, gdyż były tam dodatki żywieniowe, rozłąkowe. Najbardziej znane przypadki z mediów to piłkarze Wisły, którym zarzucano pracę w SB, czy Kosecki, któremu zarzucono służbę w ZOMO. Oczywiście były to nonsensowne zarzuty, oni nigdy tam nie pracowali, mieli tam tylko etaty. Do tego wszystkiego liczyło się tez zainteresowanie i uplasowanie szefa danego resortu, w ramach którego w strukturze władzy klub funkcjonował. W Biurze Politycznym w tamtym okresie ze stanowisk ministerialnych był tylko gen. Jaruzelski, ale on się piłką nie interesował. W odróżnieniu od Rokossowskiego, który z CWKS w pierwszej połowie lat 50-tych zrobił odpowiednik węgierskiego Honvedu, praskiej Dukli czy moskiewskiego CSKA. Od 1973 roku w skład tych władz wchodził Minister Sprawa Wewnętrznych i ten kluby resortowe wspierał. Sam Edward Gierek był wielkim fanem klubów górniczych, a osobliwie Zagłębia Sosnowiec.

Przed tymi decyzjami zapewne dochodziło do sporadycznego kupowania meczów w walce o awans czy obronę przed spadkiem. Kluby bowiem, mając nałożony gorset płacowy, zaniżały frekwencję meczową. Każdy, kto wtedy chodził na mecze, wiedział że bywały sytuacje, że stadion był pełny, a w prasie czytał, że zapełniony był tylko w połowie. Do tego zaniżano pojemność stadionów np. Legia w latach 60-tych miała 32 tys., a od 1974 roku 25 tys., Polonia odpowiednio 18 tys. i 12 tys. Oficjalnie mówiono, że podawano tylko liczby sprzedanych biletów, a reszta obecnych na stadionie to byli ci, którzy mieli darmowe karty wstępu. Po cichu tłumaczono, że to na premie dla zawodników czy na urządzenie mieszkań dla nich. Baza finansowa do przekupstw w każdym razie była. Powstało tez przyzwolenie społeczne. Trzeba wiedzieć, że porównania zainteresowaniem piłką do tamtego okresu dziś nie ma żadnego. Pracownicy pracowali w dużych firmach od kilkuset do 30 tys. ludzi, a piłka nożna była stale wśród nich obecna. Ludzie ci chodzili na mecze, a następnego dnia zbierali się na wspólnych posiłkach, często na  różnych zebraniach, gdzie postawa drużyny fabrycznej i reprezentacji była głównym tematem rozmów. W takich warunkach można było piłkarzom z dnia na dzień kilkukrotnie podwyższyć płace. I teoretycznie było to możliwe, ale były i inne potrzeby, a zwłaszcza te zorientowane na sukces.

Korupcja nie skradała się do polskiego futbolu powoli. Ona była jak epidemia. Zarażeni nie odczuwali tego jak chorobę, lecz jako stan normalny. Początkowo było to coś na kształt partyzantki, z czasem zaczęła przybierać formy bardziej zorganizowane w postaci tzw. spółdzielni, a od początku lat 90-tych, kiedy w naszej piłce zaczęły być prawdziwe pieniądze, w postaci wyspecjalizowanych agencji. Np. słynny "Fryzjer" był agentem od części sędziów i mówiono, że ma własną stajnię. Przyznać trzeba, że sędziowie do tego procederu włączyli się najpóźniej, ale od razu aktywnie i w sposób zorganizowany. Od początku piłki sędziowie dostawali u nas zwrot kosztów i tzw. dietę /w latach 70-tych było to 24 zł. dziennie/, później te pieniądze rosły. Sędziowie podzielili się na trzy grupy: tych, którzy uczciwie dostawali te pieniądze, tych którzy brali dodatkowo na tzw. bezstronne prowadzenie meczów /drużyny podobno często się tak umawiały/ i na tych, którzy prowadzili mecze tak jak mi nakazał im płatnik. Piłkarze ochoczo w ten proceder się włączyli i zaczęli wykazywać dużo własnej inwencji, często poza trenerami i działaczami. Początkowo to w drużynach byli pojedynczy gracze, potem był jeden rozprowadzający i angażował do wykonania roboty  innych, a bywało, że wszyscy w tym uczestniczyli. Z trenerami było jak z sędziami, czyli byli uczciwi np. Lenczyk, Górski, Strejlau czy Gmoch. Poza Lenczykiem woleli wyjechać niż tkwić w tym bagnie. Byli też trenerzy, którzy wiedzieli, ale z oportunizmu udawali, że nie widzą. Ale część w tym procederze aktywnie uczestniczyła. A niektórzy przekupni zawodnicy są dziś trenerami. Nie lubię ich.

Tymi, którzy to zmontowali,  rozkręcili i pilnowali, aby działało, byli tzw. działacze. Czytać nie mogę tych sensacji z Prokuratury we Wrocławiu, która ściga wszystkich poza działaczami. Tak naprawdę ściga miecz, ręka pozostaje bezkarna.

Dyskusja (2)
1niedziela, 29, czerwiec 2014 16:59
Raster
A niektórzy przekupni zawodnicy są dziś trenerami. Nie lubię ich.

A niektórzy przekupni zawodnicy są ikonami klubów.
2piątek, 01, sierpień 2014 23:16
ZIE(l)AJ
myślisz o Piotrze R. zwanym "Reksiem"? Istnieje coś takiego , jak zasada domniemanej niewinności. Wypuścili go z Wrocka na razie bez wyroku , więc na razie podejrzany tylko...

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1