- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- gawin76
Endless Summer
Nie będę umiał oprzeć się magnetycznej sile Euro w Polsce, w ogóle nie chcę jej się opierać. Ani myślę przejmować się wszechobecną komerchą, telenowelą wokół sporów o 'farbowane lisy', obśmiewaniem "Koko Euro Spoko", narzekaniami na PZPN, PO, czy kogo tam jeszcze. To forma, na którą się z dużą ulgą wyłączam, nic więcej. Treścią i esencją tego wszystkiego jest przecież piłka nożna - sport, w którym jesteśmy zakochani miłością dozgonną i bezwarunkową, którym możemy cieszyć się wraz z nieprzebranym tłumem podobnych nam zapaleńców.
Byłem wczoraj we Wrocławiu. Na placu Jana Pawła II kupiłem wodę mineralną od sklepikarza w koszulce Śląska Wrocław. Obejrzałem sobie kolosa na Maślicach, potem dosłownie przefrunąłem z jednego końca 'Wrocka' na drugi odcinkiem A8. Fajny dzień. Weekendowy Wrocław mogę z czystym sumieniem wszystkim polecić. Ale chyba najwięcej przyjemności sprawił mi widok montowanej na wrocławskim Rynku strefy kibica, ot prywatna dewiacja. Muszę tam wrócić już za dwa tygodnie, oczywiście po tym jak już zaliczę tę warszawską.
Kiedy akurat pechowym trafem zdarzy mi się nadstawić ucha na polityczny bełkot związany z Euro, z jednej strony histeryczne ujadanie, z drugiej strony propagandę sukcesu rodem z innej epoki, natychmiast na myśl przychodzi mi Grecja i rok 2004. Najpierw pamiętny, niewiarygodny wprost sukces w Portugalii, później Igrzyska zorganizowane w Atenach. Wydawać by się mogło że od tamtego lata cała Grecja powinna pomknąć naprzód niesiona na skrzydłach narodowej dumy, patriotycznego uniesienia, społecznej euforii i zbiorowego przekonania, że dla Greka nie ma rzeczy niemożliwych. Gdzie tymczasem dziś jest Grecja, w jakim miejscu się znalazła, jakie rysują się przed nią perspektywy?... Co zostało synom Hellady po roku 2004? Głównie wspomnienie emocji, choćby takich jakie były udziałem Traianosa Dellasa, który z trudem powstrzymując łzy wzruszenia opowiada o tamtych niezwykłych dniach w dokumencie pokazywanym przez ESPN Classic. Bo futbol Panie i Panowie - na szczęście! - jest nadal mimo wszystko tylko futbolem. I niech nikt mi nie mówi, że to mało!
Kibic szuka w futbolu przyjemności, ale kibicowanie to przede wszystkim wyczekiwanie na moment uniesienia. Moim zdaniem jeden z takich momentów właśnie się zbliża. Nie będę warunkował swojego wsparcia dla narodowej reprezentacji tym za kogo uważa wielu 'wyrobionych' kibiców Franza Smudę, tym co ktoś myśli o Grzegorzu Lacie, Eugenie Polanskim, Adamiakowej z Biedronki, czy euro piosence wybranej smsami i wyśpiewanej przez damy w kolorowych kieckach do samej ziemi. Jeżeli komuś to wszystko jakoś nadzwyczajnie przeszkadza, jeżeli czuje się lepszy od komercyjnego chłamu, od tłumu 'januszy' na trybunach, jeżeli pogardza czymś, co wypacza jego wyobrażenia na temat tego jak futbol powinien wyglądać - trudno. Po prostu się różnimy.
Jako dzieciak uwielbiałem wszelkiego rodzaju alternatywne historie piłki nożnej, na kartkach pieczołowicie gromadzonych zeszytów po wielokroć rozgrywałem wielkie turnieje, dziś odnajduję tę samą dziecięcą przyjemność, korzystając z rozmaitych dostępnych w necie szablonów pozwalających przeprowadzić symulację Euro. Kiedyś nie mogłem zasnąć w noc przed ważnym meczem reprezentacji Polski i dziś wiem że 8 czerwca będę podekscytowany tak jak nie byłem już od dawna. Miałem grube wątpliwości co do tych mistrzostw, przyznaję. Dziś już nie mam. Czekam na bramki, na punkty, na emocje. Cieszę się.
Jak będzie na boisku? Nie wiem. Analizy szans reprezentacji Polski (czy też reprezentacji PZPN, jak błyskotliwie twierdzą niektórzy), tudzież braku naszych szans, odnaleźć można wszędzie, amatorskich przewidywań także pojawia się coraz więcej. Dziś na przykład tuż za moim oknem panie prowadzące sklepy z branży odzieżowej, kwiaciarskiej oraz spożywczej podjęły fachową debatę na tematy piłkarskie, dyskusja została zwieńczona pełnym znawstwa machnięciem dłonią w wykonaniu jednej z nich i stwierdzeniem, że na pewno przegramy już pierwszy mecz, bo przecież 'zawsze przegrywamy pierwszy mecz'. Mam nadzieję, że wobec takiej rosnącej jak na drożdżach konkurencji, czarna-eLka i coraz liczniejsze grono naszych czytelników nie pozostanie w tyle.
Będzie nam niewątpliwie potrzebne na tych mistrzostwach szczęście, cała fura szczęścia, ale któż może zadbać o nie lepiej od Franza Smudy? Jaki inny trener mógł otrzymać przed mistrzowską imprezą prezent od losu w postaci grupy bez żadnej z europejskich potęg? Jaki inny trener mógł liczyć na to, że akurat przed tymi mistrzostwami gromada bliżej nie znanych w Europie rezerwowych piłkarzy średnich klubów, jakimi w ostatniej dekadzie byli polscy futboliści, zmieni się nagle w ekipę, w której mamy trzech aktualnych mistrzów Niemiec?
Nasze szanse na chwilę dumy i radości istnieją, widać to nawet po tonie artykułów prasowych, przez ostatnie miesiące niezwykle przecież sceptycznych wobec Smudy i jego drużyny. Oby gra Polski stała się istotnym dopełnieniem czerwcowych wydarzeń, lecz najważniejsze - oby od 8 czerwca w naszych miastach zatriumfował futbol. Czego sobie i wszystkim życzę.


Natomiast z całej otoczki 'towarzyszącej' najbardziej denerwują mnie spekulanci handlujący biletami. Mam nadzieję, że za pięć dwunasta będą sprzedawać ze stratą.
bardzo się cieszę, że są kibice patrzący na to wszystko tak jak Ty. Nie ukrywam, że ja tak nie potrafię. Mnie jednak rażą występy w naszej narodowej reprezentacji ludzi takich jak Boenisch czy Obraniak. Nie rozumiem jak jeden facet może mieć pomysł by w reprezentacji Polski mówiło się w języku angielskim, drugi zaś nie poczuł się w obowiązku nauczyć języka "ojczystego". To mnie bardzo zniechęca i bardziej pachnie pchlim targiem niż nobilitacją, dumą jaka wiąże się z występami w najważniejszym z zespołów w naszym kraju.
Z drugiej jednak strony jak patrzę na tą nagonkę, na to "modne" równanie Smudy z ziemią to... chyba będę za nich trzymał kciuki jak nigdy. Faktem jednak jest, że nie zamierzam zmieniać jakoś mojego kalendarza w związku z meczami na ME. Będę miał czas chętnie obejrzę, jak nie to nagram i obejrzę w wolnym czasie (przy meczach Legii to niemożliwe). O wybraniu się na stadion w ogóle nie ma co mówić. Smutne, ale tak mi się zrobiło i jakoś nie umiem tego przezwyciężyć.
Oczywiście, duży pozytywny wpływ na moje zapatrywania ma dwójka naszych rodzynków, wzmocniona cudzoziemską (ale swojską) Rybką. Poczynania tych chłopaków na pewno będę śledził z zapartym tchem. Bardzo żałują Kucharczyka, miałem nadzieję, że ta otoczka, te przeżycia jakoś wstrząsną tym chłopakiem. Nawet gdyby nie zagrał ani minuty mógłby posłuchać, popatrzeć jak to robią profesjonaliści.
A co do oczekiwań? nie mam żadnych, żaden wynik mnie nie zaskoczy. Faktem jest, że mamy naprawdę mocną ekipę jak na nasze warunki, faktem jest, że Franek Smuda to przede wszystkim motywator, a to może mieć ogromne znaczenie na takim turnieju jak Euro. Czy jednak tak będzie? Pojęcia nie mam, na turnieju potrzeba nie tylko umiejętności ale też farta. Nie takie ekipy jak nasza odpadały w grupach, nie takie jak my wychodziły do ćwierć czy nawet półfinałów.
Na złość tym wszystkim deklom zdobywającym popularność na jechaniu po naszej kadrze niech zajdą jak najdalej. Niech pięknie grają, niech pdaje Błaszczykowski czy Rybus, niech strzela Lewandowski, czy Wolski, niech broni Szczęsny. POLSKA, POLSKA BIAŁO_CZERWONI !!!
Dzięki za wpis. Wygląda na to, że muszę wyjść na miasto
nie obawiaj się
chodziło mi o szerokopojęte upomnienie przed szykanowaniem siebie nawzajem, a także publicznych osób
@Monrooe
co do naszych "farbowanych lisów" to z jednej strony się z Tobą zgadzam, a z drugiej... odsyłam do mojego artykułu na łamach c-eL odnośnie pominięcia Artura Boruca w kadrze
to Trener Smuda jest trenerem reprezentacji i to On będzie odpowiadał za wybory personalne...
wiem, że to nie to samo co brak Boruca, ale... jednak trochę to samo
przypomnę tylko, że w kadrze naszych zachodnich sąsiadów gra dwóch Polaków, kilku Turków i jeden Tunezyjczyk
a Francuzi to w większości są czarni (żeby było jasne, nie jestem rasistą), a czarny kolor skóry, jest jak wiemy rozpoznawalny jako kolor skóry typowego Europejczyka
nie wspominając już, że jednym z Ich (Francuzów) najlepszych piłkarzy na przestrzeni dziejów był... Albańczyk
ciekawe, czy Oni (Niemcy, Francuzi) też podobnie plują na swoją narodową za "farbowanych lisów"...?
Czy Niemcy plują na swoją narodową? Odwrotnie, pluli na nią w schyłkowym okresie "jednonarodowym", kiedy ponosiła dość nietypowe w swoich dziejach klęski (choćby 0:3 z Chorwacją na MŚ 1998, czy brak awansu z grupy na ME 2000). Obecny skład tej reprezentacji jest właśnie efektem świadomej zmiany polityki związku, nastawienia się na szkolenie młodzieży i pełnej akceptacji multikulturowej natury współczesnych Niemiec. Zresztą, przypadki reprezentantów Niemiec, których określasz mianem Polaków, Turków i Tunezyjczyków w przeważającej większości drastycznie różnią się od sprawy Olisadebe, Perquisa czy Guerreiro. Oni faktycznie się tam wychowywali, całe życie (lub jego istotną część) spędzali w tym kraju, wrastali w tamtą kulturę. Między innymi dlatego Podolskiemu pasowały bawarskie szorty, a Obraniak w tradycyjnym stroju z Podhala wyglądałby (i brzmiał) dość komicznie, w każdym razie w mojej opinii.
Oczywiście są wyjątki (typu Cacau), ale nadal trudno oskarżyć Niemców, że werbują do swojej ekipy piłkarzy o bardzo luźnych związkach z krajem i jego kulturą tylko po to, żeby zwiększyć swoje szanse na sukcesy.
Francja z kolei jest przypadkiem zupełnie innym, bo to spadkobierca wielkiego imperium kolonialnego (i kraj wciąż posiadający przynajmniej formalne zwierzchnictwo nad terenami przynależącymi do bodaj wszystkich kontynentów), którego język należy do najpopularniejszych na świecie, którego kultura stanowi dla setek milionów osób na całym świecie najwyższy ideał, a wpisanie się w nią stanowi cel życiowych wysiłków. Stąd nie może dziwić, że w reprezentacji Francji łatwiej o potomka Senegalczyka, Algierczyka lub Gujańczyka niż o przedstawiciela coraz bardziej zgnuśniałych rodów metropolii.
Jednocześnie warto zauważyć, że kwestie rasowo/pochodzeniowe odgrywały w historii francuskiej piłki bardzo poważną rolę i niejednokrotnie wpływały mniej lub bardziej negatywnie na dokonania reprezentacji - zwłaszcza, że i same kwestie kontaktów na linii tubylcy-imigranci są we Francji bardzo dalekie od ułożenia i wynikające z nich niepokoje mogłyby posłużyć BBC na niejedną sensacyjną "Panoramę". Według filmów dokumentalnych na ten temat, które miałem okazję tłumaczyć, pełną akceptację wielokolorowości i wielokulturowości "Les Bleus" dał dopiero sukces, czyli MŚ 1998 i ME 2000. Zwłaszcza ten pierwszy turniej, rozgrywany na własnych boiskach, odegrał ogromną rolę wspólnototwórczą.
Teoretycznie jest szansa na powtórkę u nas... Na pytanie, czy ten potencjał zostanie zrealizowany, każdy odpowie sobie zapewne po fakcie już we własnym zakresie.
Na marginesie i na zakończenie pozwolę sobie jeszcze tylko dodać, że nie zgadzam się z sugerowaną w moim odczuciu przez ostatnie zdanie tezą, że Polacy plują na swoją narodową za "farbowanych lisów". Część pluje, część bezwzględnie popiera, części jest to obojętne, część swoje stanowisko motywuje przywiązaniem do tradycji, inni zachowują się po swojemu, żeby pójść na przekór, jeszcze inni widzą tu tylko pretekst do okopania się na określonym wcześniej stanowisku... standardowy pluralizm opinii. Tutaj znakomicie to ujął nasz gospodarz, piszący:
Ani myślę przejmować się wszechobecną komerchą, telenowelą wokół sporów o 'farbowane lisy', obśmiewaniem "Koko Euro Spoko", narzekaniami na PZPN, PO, czy kogo tam jeszcze. To forma, na którą się z dużą ulgą wyłączam, nic więcej. Treścią i esencją tego wszystkiego jest przecież piłka nożna - sport, w którym jesteśmy zakochani miłością dozgonną i bezwarunkową, którym możemy cieszyć się wraz z nieprzebranym tłumem podobnych nam zapaleńców.
Pisał o tym Wojtek Kowalczyk. Na zgrupowania reprezentanci przyjeżdżali w większości na trzęsących się nóżkach, z drżącymi rączkami i czerwonymi oczkami. Stać mogli, z chodzeniem kłopot, a o bieganiu mowy nie ma.
Sztaby pochowane w mysich dziurach udawały, że sprawy nie ma. Więc treningi zamknięte dla mediów i gołosłowne gadanie, jak oni ciężko trenują. A tam prawie reanimacja, a nie trening. A miliony ludzi malowały sobie twarze, kupowały flagi i je nalepiały, gdzie kto mógł i zamawiały miejsca w pubach wierząc, że nasi coś zwojują. Od 2002 roku nie dawali sobie żadnych szans.
Smuda nareszcie ten chory mechanizm zmienił. Naprawdę,ażeby zmusić wybrańców do przyjazdu w stanie zdatnym do użytku musiał wyrzucić i Boruca i Żewłakowa i Peszkę. Wreszcie możliwa była pełna realizacja planu treningowego.Smuda także pojął nareszcie, że własne oko to za mało i zrobił fachowy sztab. Nie wiem czy mu się powiedzie, ale robi wszystko, aby tak było. Gdy się nie uda nie będę miał żadnych pretensji. Ale już myślę z obawą o tej pustce po Mistrzstwach.