- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
Deyna
Po sprowadzeniu do Warszawy prochów Kazimierza Deyny, wielkimi krokami zbliża się od dawna oczekiwana uroczystość odsłonięcia pomnika największego piłkarza w historii naszego klubu. Nawiązując do tego wydarzenia, prezentujemy kibicowskie wspomnienia związane z Deyną, autorstwa naszych regularnych komentatorów.
Słowo od SENATORA:
Jego duch żyje pośród nas
Doczekałem się, jedno z moich piłkarskich marzeń właśnie się spełnia. 6 czerwca o godzinie 20:00 zostanie odsłonięty pomnik piłkarza, który był ponad wszystkich - Kazimierza Deyny. Nie będę dziś pisał jak wielkim piłkarzem był, nie będę pisał że na boisku był wizjonerem i potrafił przewidzieć akcję od momentu słynnego kółeczka, pozornego zwolnienia jej do momentu strzału czyli dobrych kilka zagrań naprzód. Wspomnę te momenty, które mimo upływu lat pamiętam do dziś ze szczegółami.
Ile ja miałem wtedy lat? Jedenaście? Tak, właśnie jedenaście, kiedy był rozgrywany finał Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Pierwszy złoty medal naszej piłkarskiej drużyny i dwie bramki w finale z Węgrami Kazimierza Deyny. Szczerze przyznaje, nic więcej z tej Olimpiady już nie pamiętam, te dwie bramki tak. Pierwsza - Deyna przed polem karnym ogrywa dwóch Węgrów, uwalnia się i płaskim strzałem w lewy róg zdobywa gola wyrównującego. Druga strzelona dzięki temu co nazywamy instynktem i technice jaką posiadał Kazek. Mistrzostwa świata i drużyna marzeń, grupa piekielnie trudna i mecz z Włochami. Pamiętacie? Ci co ten mecz oglądali "na żywo" muszą pamiętać. Długi przerzut do Kasperczaka, ten chwilę przetrzymuje piłkę, podciąga i wykłada przed pole karne futbolówkę Deynie. Legionista nabiega i prawą nogą strzela. Piłka łukiem wpada tuż przy słupku mimo robinsonady Dino Zoffa. Nikt by tego strzału nie obronił, jestem pewny. Dla mnie do dziś to jedna z piękniejszych bramek jaką polski piłkarz strzelił w naszej historii reprezentacyjnych spotkań. Muszę tu przyznać, że bramka strzelona przez "Diabła" Szarmacha też piękna, oj piękna.
W roku 1977 byłem harcerzem, pełniłem wtedy chyba już funkcję drużynowego. W tamtych czasach piłka była dla nas młodych wszystkim. Grało się ciągle i wszędzie. Kiedy więc nasz szczepowy załatwił bilety do Chorzowa na mecz z Portugalią, nie pozostawało nic innego jak jechać. Ilu nas wtedy pojechało dziś już nie pamiętam. Pamiętam natomiast doskonale wielki tłum i ścisk jaki panował w drodze na stadion. Miejsca, które zajęliśmy były dość wysoko, a bramka na którą strzelił Deyna bezpośrednio z rogu była po lewej stronie. Kilku może kilkunastu nas młodych i wkoło mocno wstawieni czterdziesto, pięćdziesięciolatkowie. Tak to dziś pamiętam. Doskonale też pamiętam naszą radość po bramce, którą zdobył Kazio Deyna. Wiem, że to nie wytwór wyobraźni, kiedy krzyczeliśmy Deyna, Deyna jakiś pijany typ próbował nam wmówić że On nie gra. Później była już tylko wściekłość, rozpacz i pytanie dlaczego? Jak tak można? Wiecie o jaki moment chodzi. Zmiana i reakcja większości stadionu. Wtedy chyba po raz pierwszy poczułem się Warszawiakiem i Legionistą w jednej osobie. Wspomniana wściekłość i bezsilność, że nie mogę ich wszystkich uciszyć mieszała się z dumą. Tak - oni gwizdali, a ja byłem dumny że piłkarz który zapewnił nam awans jest z mojego miasta i właśnie wtedy już z „mojej” Legii.
W mojej pamięci pozostał też przestrzelony karny na mistrzostwach w Argentynie. Może to dziwne, ale kiedy Kazik podchodził do jego wykonania gdzieś w głowie kołatała mi się myśl - nie strzeli, nie strzelaj. Jak wszyscy wiemy wykonał tego karnego źle, ale ja pretensji nie miałem, może właśnie dlatego że czułem rezultat. Nie dziwcie się, że większość tych wspomnień związana jest z reprezentacja. Kiedy weźmie się pod uwagę mój wiek i brak chęci pisania czego to ja to nie pamiętam, te zdarzenia przeżyte w tamtych czasach wydają się więc usprawiedliwione. To te chwilę widzę kiedy zamykam oczy. Widzę bramki z olimpiady, widzę Śląski i pociąg w drodze powrotnej do Warszawy. Widzę siebie zmęczonego do bólu a jednocześnie szczęśliwego, że byłem naocznym świadkiem historii największego polskiego piłkarza.
Legia - z jej historii po zamknięciu powiek w głowie mam dwa obrazy związane z Deyną. Czerwona kartka, jedna jedyna. Deyna faulowany po raz któryś z rzędu, nie wytrzymuje kopie piłkę w rywala, ma do tego prawo, bo mógł się zdenerwować. On wirtuoz i szlachcic bez pardonu atakowany raz po raz. Dlaczego zapamiętałem tę jedną jedyną czerwoną kartkę? Może dlatego że do dziś uważam Kazimierza Deynę za piłkarza niebotycznie inteligentnego na boisku, dżentelmena i wirtuoza. Jego gra była pełna elegancji w najwyższym światowym stylu bez chamstwa i fauli. Obraz drugi. Siedzę na otwartej (wtedy żyleta to był tylko sektor pod reklama Polsilvera) gdzieś w skrajnym sektorze od Łazienkowskiej i Kazio już w niebieskiej koszulce. Legia atakuje, strata, piłka trafia do Deyny który jest na spalonym ale nikt nie krzyczy, nikt nie ma pretensji do sędziego. Rajd prawie z połowy boiska, spokojnie zwodem mija bramkarza i strzela gola. Dwie bramki w pożegnalnym meczu, z czego właśnie ta druga utkwiła mi w pamięci.
W środę o 20:00 będę w tłumie kibiców, którzy przyjdą na uroczystość odsłonięcia pomnika. Pewnie z bliska zobaczę go dużo później, ale naprawdę to wielki dzień dla mnie, wielki dla Legii i nie mam wątpliwości, wielki dla mojego ukochanego miasta, wielki dla Polski.
Deyna Kazimierz wielkim Piłkarzem był.
Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika bo zginiesz.
Kazimierz Deyna naszym przyjacielem jest, Jego duch żyje pośród nas.
P.S.
Marzenia się spełniają, dziękuję więc wszystkim tym którzy do spełnienia tych marzeń się przyczynili. Dziękuję kibicom Legii, który choć złotówką wsparli budowę pomnika. Dziękuję SKLW, panu Januszowi Dorosiewiczowi przewodniczącemu Fundacji Kazimierza Deyny, panu Wojciechowi Cłapińskiemu przewodniczącemu Komitetu Budowy pomnika, władzom Warszawy i zarządowi Legii.
Słowo od ZBYSZKA
Mała rzecz o Wielkim Piłkarzu
I Notka biograficzna
Kazimierz Deyna urodził się 23.10.1947 w Starogardzie Gdańskim. Zmarł 01.09.1989 roku w San Diego. Jako dzieciak całymi dniami uganiał się za piłką. Jeszce w szkole podstawowej zaczął trenować i grać w zespole trampkarzy miejscowego Włókniarza. Szybko zauważono jego niepospolite umiejętności i był powoływany najpierw do reprezentacji Okręgu Gdańskiego, a potem reprezentacji Polski juniorów do lat 17. Zaczęły się nim interesować inne kluby: Arka Gdynia i Zawisza Bydgoszcz. Namówiony przez wysłanników tych klubów nieświadom konsekwencji, jak tylko ukończył 18 lat, podpisał z nimi umowy. Ponieważ był jeszcze zawodnikiem Włokniarza Starogard, najpierw przez OZPN w Gdańsku został zdyskwalifikowany na 3 miesiące, a następnie przez PZPN na 9 miesięcy, gdyż Zawisza był klubem z innego okręgu. Dyskwalifikacja biegła od 01.01.1966 do 30.09.1966r. Mógł w tym czasie trenować z dowolnym klubem i grać w reprezentacji Polski U-19. Ponieważ we Włókniarzu już nie chciał grać, wyjechał do brata do Łodzi. Tu zaczął trenować w rezerwach ŁKS, których trenerem w tym czasie byl Leszek Jezierski. Natychmiast po upływie dyskwalifikacji tj. 01.101966r, zagrał pierwszy mecz w rezerwach ŁKS Z włókniarzem Białystok i został polecony do pierszego zespołu ŁKS, którego trenerem był Longin Janeczek. W pierszym zespole ŁKS rozegrał 1 mecz 08.10.1966r z Górnikiem /0:0/ i w pażdzierniku tego roku został powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej do Legii Warszawa. Po przeszkoleniu wstępnym w jednostce samochodowej na ul. Podchorążych trafił na testy do pierwszego zespołu. Ówczesny trener Legii Jaroslav Vejvoda/Czech, który trafił do Legii z Dukli Praha sprowadzony przez sekretarza generalnego klubu płk. Poterejkę/ dał mu szansę gry w drużynie w meczu z Ruchem Chorzów. Zagral w tym meczu jako napastnik. Z dzisiejszym moim bliskim kolegą /wtedy się jeszce nie znaliśmy/ wspominamy pierwsze kopnięcie piłki przez Deynę. Dostał piłkę gdzieś 30 metrów od bramki rywali chyba chciał kropnąć z woleja na bramkę, a wyszła mu taka świeca, że piłka znikła w chmurach. Skomentowaliśmy "ale ma chłopak kopa". Zapamiętałem go z tego meczu jako chudego, wysokiego chłopca o dziecięcej twarzy tak trochę dziwnie biegającego, bo kolanami do środka. Z powodu tego sposobu biegania Władysław Stachurski przezwał go "Kaka" i tak już zostało. Po tym meczu trener Vejvoda miał powiedzieć: "Ty nie jesteś zaden napastnik. Ty jesteś urodzony środkowy pomocnik". Od następnego meczu Deyna zaczął grać w pomocy. Nie wszystkim to się podobało, gdyż pomoc Legii do tego czasu to: Lucjan Brychczy, Bernard Blaut i uważany za ogromny talent, rodak warszawski, Wiesław Korzeniowski. Właśnie tego ostatniego ze składu "wygryzł" Kazimierz Deyna. Pierwszego gola strzelił 13.05.1967 w meczu z GKS w Katowicach. Pierwszym jego opiekunem w Legii był Jacek Gmoch, potem mocno kolegował się z Antonim Trzaskowskim /spali w jednym pokoju na zgrupowaniach/, ale świadkami na jego ślubie byli B. Blaut i W. Stachurski. W Legii razem rozegrał 390 meczów zdobywając 141 bramek. Ostatni mecz rozegrał 05.11.1978 z Widzewem Łódż, zaś ostatnie bramki zdobył w meczu z Odrą w Opolu /5:3/, tydzień wcześniej. Ówczesny bramkarz Odry Józef Młynarczyk wspomina, iż raz w życiu nie wiedział, że wpuścił bramkę. Było to w tamtym meczu. Mówił, że piłka kopnięta przez Deynę leciała wysoko ponad bramką i już szykował się, żeby po nią pobiec i wybić z linii bramkowej, gdy nagle zorientował się, że piłka jest bliżej, bo w jego siatce. Z Legią Deyna zdobył 2 razy tytuł mistrza Polski, raz zdobył Puchar Polski, był w Półfinale Ligi Mistrzów i w ćwiećfinale tych rozgrywek. W reprezentacji Polski zadebiutował 24.04.1968 w meczu z Turcją/8:0/. Pierwsze gole zdobył 20.04.1969 w meczu z Luksemburgiem. Karierę reprezentacyjną zakończył meczem z Brazylią 21.06.1978 w Rosario /1:3/. Ogółem zagral w reprezentacji 102 mecze zdobywając 45 bramek. Zdobył trzecie miejsce na MŚ w 1974 w Niemczech, dzielone 5-6 miejsce na MŚ w 1978r w Argentynie. Zdobył też złoty medal olimpijsjki w Monachium w 1972 zdobywając obie zwycięskie bramki i srebrny w Montrealu w 1976. We wszystkich tych impreazach był kapitanem zespołu. W 1974 uznany został za najlepszego pomocnika świata i zdobył też Brązowe Buty w ankiecie "France Futbol".
Kazimierz Deyna grał genialnie. Patrzyło się na jego grę jak na najczystszą poezję bez żadnego fałszywego tonu czy dysonansu. Wyróżniał sie także niezwykłą elegancją. Wysoki, szczupły o wyprostowanej sylwetce. Głowa zawsze uniesiona do góry. Wspaniały technik. Mnie zawsze imponowało Jego przyjęcie piłki, takie delikatne z równoczesnym zwodem. Miał doskonały balans ciałem prze, dzięki czemu potrafił w miejscu ograć atakujących go rywali. Pozornie zwalniał grę, robiąc swoje słynne kółeczka. Od początku gry widać było, że jest przywódcą na boisku, bo więcej widzi i lepiej kieruje kolegami od innych. Poza boiskiem niezbyt błyskotliwy, na murawie prezentował niespotykaną boiskową inteligencją. Kiedy to piszę uświadomiłem sobie, że to są jakieś banały, ale nie ma takich słów, które by inaczej grę Kazia Deyny opisały.
II Kazimierz Deyna o sobie
Wywiadów udzielać nie lubił. Wiedział, że mu to nie bardzo wychodzi, że jego miejsce to boisko. Tam swoją grą śpiewał pieśń zwycięstwa, która odróżnia prawdziwego artystę od subtelnie powiem nie-artysty. Dopiero kiedy był w gronie osób, do których miał zaufanie, otwierał się i czuł swobodnie. Zaczął być bardziej aktywny medialnie dopiero jak grał w USA. Nadal nie lubił reguły pytanie - odpowiedz, gdyż lubił snuć opowieści tylko delikatnie pytaniami naprowadzany. Tę część rzeczy o Wielkim Deynie napisałem na podstawie rozmowy skrzydłowego Jacka Rembeckiego.
Wspominał Kazimierz Deyna: "Miałem wtedy 18 lat, grę w I lidze w ŁKS, mecze w reprezentacji Polski juniorów - pewne doświadczenie widać zdobyłem. Ale to było nic. W Legii grali: Grzybowski, Gmoch, Wożniak, Żmijewski, Brychcczy - same ligowe sławy. Myślałem wtedy, że ze mną koniec. A oni mnie bardzo serdecznie przyjęli. I dopiero teraz po latach wiem, dlaczego tak jest.Jak grasz i chcesz - to będziesz zawsze przyjęty. W każdej drużynie każdy najlepszy zawodnik przyjmie cię serdecznie. Wtedy w drużynie obowiązywała pewna hierarchia. Ja na przyklad nigdy nie odezwałem się do Lucjana Brychcego, dla mnie piłkarza legendy,inaczej niż per 'Mistrzu'. I dzisiaj gdybym go spotkał to też mówiłbym 'Mistrzu', bo Brychczy w latach mojej młodości był dla mnie mistrzem. Mnie szacunku dla ludzi nauczyli moi nieżyjący rodzice, którzy mieli nas w domu dzisięcioro. Ciężko pracowali, mama w domu, a ojciec od piątej rano do dziesiątej wieczorem w wytwórni serów".
Swoich trenerów wspominał tak: "Różnych trenerów miałem w ciągu swojej kariery. Dzielę ich na dwie grupy: trenerów-teoretyków, czyli takich co skończyli w Polsce AWF ze specjalnością pilkarską, nie grając nigdy w piłkę w I czy II lidze oraz takich, którzy zdobytą póżniej wiedzą poparli swoje duże umiejętności piłkarskie. Trenerów z tej drugiej grupy było za moich czasów w polskiej lidze mało, stąd bierze się unas słaby poziom wyszkolenia. Tacy trenerzy są w stanie nauczyć dużo mlodych piłkarzy, zademonstrować co trudniejsze zagrania. Skoro brak trenerów dla seniorów to jeszce trudniej o takich co pracowaliby dobrze z najmłodszymi. Jeżeli idzie o moją karierę w kraju to największy wpływ wywarł na mnie trener Vejvoda, który doprowadził Legię do poziomu europejskiego. Oceniając pracę trenerów reprezentacji z okresu kiedy w niej występowałem czyli z lat 1968-1978 muszę przyznać, że Kazimierz Górski odniósł duże sukcesy, ale też dlatego, że w 1974 miał w drużynie talenty - samorodki. Bez tych talentów sam niewiele by zdziałał. Ale gdyby miał nas takich Piechniczek w 1986 roku to w Meksyku nie mielibyśmy sobie rownych. Trener Jacek Gmoch był człowiekiem o niesłychanej pracowitości i ambicji. Ale za dużo myślał o swoich sprawach, a nie o interesie drużyny".
Bardzo dobrze świadczyło o Kazimierzu Deynie, iż na pierwszym miejscu wśród trenerów wymienił Vejvodę. Nie mial z nim lekko. Kiedyś Kazio wracał od narzeczonej z Poznania taksówką i spóżnił się na zbiórkę zarządzoną przez Vejvodę może minutę /zajechał taksówką drogę autokarowi, którym piłkarze udawali się na mecz do Krakowa w bramie stadionu/. Vejvoda nie słuchał usprawiedliwień tylko kazał mu grać w rezerwach. Innym razem, już za drugą bytnością Vejvody na Łazienkowskiej, Kazio nie chciał biegać "karnych" rundek, kiedy trener uznał, że ma nadwagę. Vejvoda kazał mu przez dwa tygodnie trenować z rezerwami na ich boisku /teraz ono ma jakiś wygląd, ale wtedy po każdym opadzie było tam błota po kolana/. Jeszce przed zapoznaniem żony, Deyna był znany jako kobieciarz. Jednego razu, gdy piłkarze przebywali na zgrupowaniou do hotelu zapukała dzieczyna mówiąc, że "ona do Deyny". Trener Vejvoda powiedział Kaziowi "Idź ją przywitaj i od razu pożegnaj. Niech się prześpi, ale bez ciebie". Miał wielki fart, że trafił na tak wspaniałego człowieka, który zastąpił mu w Warszawie ojca.
I oceniał najlepszych jego zdaniem piłkarzy: "Patrząc na piłkę nożną od wielu lat uważam, że Pele swą wielkość zawdzięcza reklamie. Najbardziej cenię Argentyńczyka Di Stefano. On umiał wszystko, był móżgiem drużyny. Tuż za Di stefano umieściłbym Holendra Johanna Cruyffa, prezentującego wszechstronne cechy. Do dziś żałuję szansy, że nie pokonaliśmy Niemców w półfinale MŚ W 1974. Powinniśmy grać z Holendrami w finale".
Na koniec powiedział: "Jak zarobię trochę grosza to wrócę do Polski. Założę szkółkę piłkarską i będę szkolił dzieci i młodzież".
III Kazimierz Deyna we wspopmnieniach
Jego kolega z drużyny Feliks Niedziółka tak go wspomina: "Gdy przyszedł do Legii raczej rozczarował, bo nie miał za grosz szybkości. Vejvoda wyeliminował tę niedoskonałość, po czym ukształtował takie cechy Kazia jak jak strzał, przegląd pola, przewidywanie wydarzeń. Zrobiono dla Deyny specjalny mur, żeby mógł do perfekcji opanować rzuty wolne. Potem wystarczyło szepnąć Jasiowi Peszce, żeby pozwolił się zahaczyć przed polem karnym i Kazio załatwiał bramkę. Poza boiskiem był na ogół flegmatyczny, nie palił, mało popijał, choć czasem lubił poszaleć i wtedy nazywano go 'Książę Nocy'.
Wspominał redaktor Stefan Szczepłek: "Pierwszy raz z Kaziem spotkałem się jako student w ośrodu "Pod Dębami" w Falenicy, "plecami" był mój trener w Falenicy, brat 'Tośka' Trzaskowskiego. Po kilku latach, gdy poszedłem z pierwszą wizytą do Jego mieszkania na rogu Świętokrzyskiej i Emilii Plater spytał: whisky pije Pan z wodą czy lodem? Bo ja z coca colą. Jestem Kazik. Tak po prostu i normalnie. I tak już zostało pomiędzy nami. Wiele lat póżniej, kiedy poszliśmy dość ostro w Manchesterze spytał nagle: Słuchaj Stefan, ja już z tymi głupkamie nie pogram za długo. Pewnie wyjadę do USA, Francji lub Monaco. Mam nowiutkie BMW. Przecież go ze sobą nie zabiorę - może byś go chciał wziąć".
Wspominał redaktor Paweł Zarzeczny: "Nasze pierwsze spotkanie było niezbyt sympatyczne. Powiedziałem Deynie, który grał w 'Orłach Górskiego', że mam dla niego sprzęt. Ten zapytał: czy są to dziesiątki. Odrzekłem, że koszulki owszem, ale bluzy mogą być z innymi numerami. Powiedział: Zabieram wszystkie '10'. Długo z nim rozmawiałem. Okazał się człowiekiem specyficznym. Skromny, ale wyniosły, cichy, lecz prący do przodu. Nieśmiały, a pewny siebie, małomómny i... mający ostatnie słowo. Mający poczucie wyższości. Splot sprzecznych cech. Powolny w ruchach i najszybszy na boisku".
Zapewne bez tych cech charakteru i osobowości nie byłoby Wielkiego Deyny.
IV Mitomania
Właściwie od początku kariery Kazimierza Deyny kibice prześcigali się w różnego rodzaju opowieściach o nim. Z czasem opowieści te urosły do legend i obrosły półprawdami i fałszami. Nieżyjący już niestety dziennikarz Janusz Atlas /mój dobry kolega jeszcze z czasów studenckich/ zebrał niektóre z tych mitów i opublikował je w numerze 77 "Piłki Nożnej" w części artykułu "Idole z Łazienkowskiej"- "Kaka". Poniżej zmierzę się z tą mitologią.
1. Mit pierwszy czyli porwanie Deyny z ŁKS
Janusz pisał: "Człowiekiem, który tak naprawdę oduczył mnie grać w piłkę był Kazimierz Deyna. A stało się tak, że po paru latach mozolnej kopaniny dostąpilem zaszczytu reprezentowania barw rezerw Legii w meczu ze zniczem Pruszków lub Mirkowem. Na ten mecz wojskowi przywieżli wysokiego, wychudzonego i śmiesznie wystrzyżonego młodzieńca. Chudzina znalazł się w składzie, usuwając jakiegoś mnie podobnego wyrobnika. Tym chudziną był Kazimierz Deyna, którego wojskowi porwali byli właśnie z ŁKS. W szatni odzywał się tyle co nic. Ale potem wyszliśmy na boisko. Chudzina w niespełna dwa kwadranse strzelił naszym rywalom pięć brameki, wprost ośmieszył nas żałosnych kopaczy".
Ładnie napisane tylko nie bardzo prawdziwe. Fama rzeczywiście głosiła, że Deyna w rezerwach strzelił 5 bramek. Niestety Deyna w 1966 roku w Legii nie zagrał zadnego meczu, zaś 5 bramek strzelił, ale w rezerwach ŁKS. W meczu o którym w biografii wspomniałem z Włokniarzem Białystok 01.10.1966 zakończonego wynikiek 7:2 dla rezerw ŁKS. Także wojskowi nie porywali Deyny z ŁKS. Sprawa miała się tak. W pażdzierniku 1966 roku /jak co roku/ odbywał się pobór do zasadniczej służby wojskowej. Z ŁKS chciano powołać trzech zawodników: Studniorza, Kostrzewińskiego i właśnie Deynę. Działacze ŁKS nie zgadzali się na wszystkich i udało im się zmniejszyć tę liczbę do jednego, którego sami mieli na dodatek wskazać. Uznali, że najsłabszym z tej trójki był Deyna i to on trafił do Legii. Śmieszniej było za 2 lata, gdy zasadnicza służba dla Deyny się kończyła i działacze z al. Unii upomnieli się o niego. Wtedy z MON przyszedł rozkaz o przeniesieniu starszego szeregowego Deyny do Marynarki Wojennej. Służba w tej formacji trwała bowie o rok dłużej czyli 3 lata. Nim się ta służba w Marynarce skończyła, Kazio dostał mieszkanie na Płockiej w Warszawie. Stał się gwiazdą i postanowił zostać żołnierzem zawodowym. Tak to się odbyło.
2. Mit drugi czyli najsłynniejszy rogal
Pisał Atlas: "W czerwcu 68 Legia 'goniła' w tabeli Ruch chorzów. W ostatnim meczu sezonu miała za przeciwnika Pogoń szczecin. Wygrała 4:0, ale sam wynik nie odda tego co się działo na boisku. To byla wielka gra. Właśnie w tym meczu Kaka wpakował słynnego "rogala" w samo okienko bramki Frąszczaka. Ale pan sędzia dopatrzył się regulaminowego błędu i nakzał rzut wolny powtórzyć. Więc Deyna raz jeszce posłusznie ustawił piłkę i walnął identycznego rogala tyle że w w drugie okienko. To było mistrzostwo swiata. Publiczność wprost oszalała. Chyba nigdy nie kochalismy tak bardzo naszej Legii".
Znowu ładnie napisane. Tylko że mecz mial miejsce 4 czerwca 1969 roku. Mecz zakończył się wynikiem 6:0. Goniliśmy nie Ruch, a Górnika przez cały sezon, ale po odebraniu Górnikowi punktów za przerwany mecz z GKS Katowice byliśmy na 1. miejscu w tabeli. W sezonie 1967/68 graliśmy z Pogonią dwukrotnie /wynki 1:0 i 2:1/. Bramkarzem Pogonii był Białek, a sędzią meczu Sekuła. I wreszcie majstersztyk Deyny polegał na tym, że najpierw uderzył w lewe okienko bramki, zaś po nakazaniu powtórzenia rzutu wolnego i ustawieniu muru prze wszystkich zawodników Pogonii uderzył rogala w ten sam róg bramki, tylko że piłka wpadła dołem. Był to ostatni gol tego meczu.
3. Mit trzeci czyli ostatni mecz w Legii
Znowu pisał Janusz: "A drugi niezapomniany mecz Deyny odbył się po przeszło 10 latach. I był to jego ostatni występ w barwach Legii. Przeciwko opolskiej Odrze. Nie wiadomo skąd, ale cały stadion wiedział, że spotkanie obserwują wysłannicy MC, którzy chcą nam Kazia 'podprowadzić'. Kazio zagrał solówkę".
Niestety fakty są okrutne. Ostatni mecz Deyna rozegrał w Warszawie 05.11.1978 przeciwko Widzewowi Łódz /wynik 2:0/. Mecz z Odrą rozegraliśmy tydzień wcześniej w Opolu. Publika wiedziała, że Deyna odchodzi do MC, gdyż prasa podała to w połowie pażdziernika i mecz z Widzewem był meczem pożegnalnym. W następnym roku odbył się mecz towarzyski z MC.
4. Mit czwarty czyli przez kogo Kazio jeden raz dostał czerwoną kartkę
Janusz Atlas napisał: "I jeszce jeden mecz przeciwko ŁKS. Młodziutki Marek Dziuba też miał wielkie ambicje, więc nie zląkł się Kazia i jak mógł utrudniał mu grę. A że niewiel mógł, to faulował. I niespodziewanie więcej niż flegmatyczny Deyna się zdenerwował i wyrżnął natręta. Sędzia Suchanek z Krakowa zachował się prawidłowo i wyrzucił Kazia z boiska".
I znowu wszystko prawie nie tak. Sędzia Suchanek się zgadza. Ale Deyna dostał czerwoną kartkę /jedyną w karierze/ w meczu z Górnikiem Zabrze 28.09.1975 roku w Warszawie /wynik meczu 1:3/. W tym meczu Legii nie szło. Kaziem opiekował się stoper zabrzan Wieczorek. Po którymś jego faulu sędzia przerwał grę dyktując wolnego. Kazio wziął piłkę i kopnął nią Wieczorka. Za to wyleciał z boiska. Od razu jeszcze w trakcie meczu powstała przyśpiewka "Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika, bo zginiesz." Natomiast incydent z Markiem Dziubą rzeczywiście miał miejsce w meczu odbytym 11.04.1976 roku /wynik 1:0/, ale polegał na tym, że Dziuba atakował Deynę od tyłu, chcąc wybić mu piłkę. Kazio świetnie się zastawiał i Dziuba czasem kopał go w łydkę. W pewnym momencie Deyna podniósł prawą stopę i ustawił ją prostopadle do murawy. Dziuba swoim zwczajem chciał kopnąć i faktycznie kopnął, ale w spód buta Kazia. Po tym zdarzeniu Dziuba leczył kontuzję ze 3 miesiące. Media były w sądach podzielone. Bardziej ganiono Dziubę, ale dostało się też Deynie.
5. Mit piąty czyli dlaczego publiczność gwizdała na Deynę w meczu eliminacyjnym do MŚ 29.10.1977 z Portugalią w Chorzowie
Tym razem redaktor Stefan Szczepłek twierdzi, że to z powodu wywiadu jaki rzekomo miał udzielić Deyna "Żołnierzowi Wolności" pod koniec 1976 roku, w którym mówił, że kocha wojsko i nie będzie grał za dolary. Przypisywanie tej gazecie takiej siły oddziaływania i popularnośći - tylko pozazdrośćić. Otóż nikt z tzw. zwykłych ludzi "ŻW" nie czytał. Należy też wiedzieć, że w latach 70-tych utrwalił się taki rytuał, że dziennikarze pytając w wywiadach różne znane osoby /nie tylko sportowców, ale też artystów, róznych ludzi sukcesu/ obowiązkowo zadawali pytanie o motywację działań i satysfakcję. Odpowiedzi były zawsze podobne: o przywiązaniu do miejsca pracy i miłośći do socjalistycznej ojczyzny oraz zawdzięczaniu jej wszystkiego. Naprawdę nikt na to nie zwracał uwagi. Tak odpowaiadali prawie wszyscy. Dopiero od powstania "Solidarności", a tak na poważnie od stanu wojennego większość znanych ludzi odmawiała wywiadów, a jak już to bez czułośći wobec ustroju. Przypisywanie takiej siły sprawczej banałowi jest mitomaństwem. Prawda znowu jest znacznie prostsza. Otóż po wspomnianym meczu, w którym Deyna dostał kartkę, media zrobiły nadzwyczajny harmider obwiniając o całe zdarzenie Wieczorka i Suchanka. Określenie 'grabarze futbolu' było jednym z najłagodniejszych. Paradoksalnie ta wrzawa obróciła się przeciwko Deynie. Tym bardziej, że ani w trakcie meczu, ani po nim, ani w ogóle Wieczorka nie przeprosił. Od pażdziernika 1975 roku do końca swojej gry w Polsce Deyna na Śląsku był niemiłosiernie wygwizdywany. Działo sie tak i w Zabrzu i w Chorzowie i w Bytomiu i w Rybniku i w Tychach. Ci sami ludzie gwizdali też na Stadionie Śląskim 29.10.1977. Powiem, że Wieczorek w Warszawie też był wygwizdywany.
V Zakończenie
Na zakończenie podeprę się tekstem Pawła Zarzecznego - znanego prześmiewcy, który napisał: "Miałem szczęście jeszce go poznać, wspólnie pograć w piłkę - dla mnie, dla tysięcy warszawiaków, był Kazio największym artystą futbolu. Nie widzieliśmy nikogo doskonalszego. Młodszych kibiców trudno przekonać, że takich piłkarzy już nie ma, już się nie rodzą. Naszym szczęściem było to co dzięki Deynie mogliśmy przeżyć".


W mojej ocenie pani Grupińska powinna sobie po prostu darować próbę wygłaszania służących celom politycznych frazesów i nie prowokować tłumu.