A+ A A-

Grupa śmier... telnej nudy?

logo port full onwhtTo co zaprezentowali nam wczoraj reprezentanci trzech krajów należących do największych futbolowych potęg Starego Kontynentu wzmacnia zasadność stawiania pytań o przyszłość międzynarodowych imprez piłkarskich i w ogóle futbolu w wydaniu reprezentacyjnym. Takiego 'chodzonego' próżno szukać w Lidze Mistrzów, La Lidze, Premier League, czy innym mateczniku tych wszystkich milionów euro, które wysypały się wczoraj na murawy obiektów w Charkowie i Lwowie.

Oczywiście rasowy fan futbolu będzie umiał wytłumaczyć sobie przebieg wczorajszych gier. W sumie to bardzo proste - przecież mocarze 'grupy śmierci' mierzą w tytuł mistrzowski, forma jest zatem przygotowana w sposób taki, żeby systematycznie rosła. Nie da się zacząć imprezy z wysokiego pułapu, a następnie utrzymać dyspozycję przez trzy tygodnie, elementarz. Niech będzie. Ale co wycierpieliśmy wczoraj wiemy chyba tylko my, którzy gremialnie zasypialiśmy przed odbiornikami.

Zaniepokoili mnie Niemcy, mimo że zwycięscy. Niemiecki futbol z turnieju w RPA stanowił nową jakość w piłce reprezentacyjnej - dynamika i precyzja szybkiego ataku w wykonaniu naszych zachodnich sąsiadów chwilami zapierały dech w piersiach. Wczoraj po tych walorach nie było nawet śladu.

Portugalczycy? Mecz przegrał im Pepe, a w czoło najintensywniej z całego zespołu kopał się Nani. Real Madryt i Manchester United w akcji. Niech wczorajsze przygody portugalskich wirtuozów kopanej będą przestrogą dla wszystkich tych, którzy naiwnie wierzą, że dortmundzkie trio jest w stanie samodzielnie wygrać dla reprezentacji Polski cokolwiek.

Wreszcie Holendrzy. Piłkarskie roboty, zawodnicy kompletni. Obrońcy, którzy poradziliby sobie jako skrzydłowi i napastnicy, którzy z pewnością nie zawiedliby na środku defensywy. Cóż z tego? Jak widać było na załączonym obrazku, nawet takim asom nie jest łatwo o zwycięstwo w meczu, w którym nie są w stanie wygrać z przeciwnikiem pojedynku biegowego, a piłka płata figle tak wybornie wyszkolonemu piłkarzowi jakim bezdyskusyjnie jest Robin van Persie.

Zawód, zawód, po trzykroć zawód!

Bohaterami drugiego dnia mistrzostw są natomiast Duńczycy.

Duński futbol po prostu uwielbiam. Reprezentuje on sobą przynajmniej kilka zalet i jakości, które z ogromną ochotą zaimplementowałbym w polskiej reprezentacji. Choćby tę niezwykłą twardość i odporność psychiczną, które sprawiają, że Duńczycy co do zasady nie pękają na wielkich imprezach. Albo tę konsekwencję w realizacji obranej metody budowy zespołu, dzięki której duński futbol to nieodmiennie gra świetna taktycznie, oparta na wypracowanych w pocie czoła automatyzmach. Morten Olsen, trener który przepadł w kilku eliminacjach do wielkich imprez, który w mistrzowskich turniejach notował bolesne porażki z Anglią, Czechami i Japonią, nadal piastuje eksponowane stanowisko, gwarantując swoją osobą określony poziom i jakość wykonywanej pracy. Wyobrażacie sobie coś podobnego w cyklofrenicznym polskim futbolu?

Z Duńczykami zaprzyjaźniłem się już jako dziesięcioletni chłopak podczas mundialu w Meksyku w 1986. Wtedy 'duński dynamit' potrafił złoić Urugwaj tak, że świat zobaczył w nich kandydatów na przyszłych mistrzów świata, tylko po to, by w 1/8 finału pozwolić... rozbić się w pył niepozornej wtedy Hiszpanii. Później Duńczycy zniknęli mi z pola widzenia, by wrócić w 1992. Oczywiście nie wierzyłem w nich ani przed decydującym o wyjściu z grupy meczem z Francją, ani przed półfinałem z Holandią, ani przed finałem z Niemcami. Jak było - wiemy. A Brian Laudrup i Flemming Poulsen okazali się być zawodnikami po prostu genialnymi. Po tamtym zdumiewającym triumfie, Duńczycy znów gdzieś się zapodziali, aż do 1998 roku. Wtedy na francuskich boiskach zafundowali widzom fenomenalne widowiska w fazie pucharowej, najpierw niespodziewanie miażdżąc faworyzowaną Nigerię, a następnie wydając ciężki bój doskonałej Brazylii. Właśnie tamten mecz z Brazylią, choć przegrany 2:3, doskonale obrazował ducha duńskiej drużyny, która nie prosi wielkiego przeciwnika o najniższy wymiar kary, lecz bezczelnie policzkuje go natychmiast po rozpoczęciu meczu. Skarcona, nie załamuje się, lecz odrabia straty, a kiedy wreszcie ostatecznie pada i przegrywa mecz, każdy zawodnik z całą pewnością ma prawo twierdzić, że zrobił absolutnie wszystko co było w jego mocy. Zawodowcy, twardziele, prawdziwy mężczyźni. Po 1998 Duńczycy grali potęgom na nosie jeszcze w Korei i Japonii (Francja), w Portugalii (Włochy), by potem na kilka lat osunąć się w przeciętność, między innymi nadspodziewanie łatwo pozwalając się wypchnąć za burtę mistrzostw w RPA Japończykom. Ale znów tu są skubańcy. Bez talentów na miarę Prebena Elkjaera Larsena, braci Laudrupów, Poulsena czy Tomassona. Zespół co najwyżej przeciętny, ubogi w piłkarską jakość, ekipa konstruowana z wyrobników, którym trudno było dawać jakiekolwiek szanse w najtrudniejszej grupie Euro, w której gwiazdorem linii ataku jest utalentowany Nicklas Bendtner, który jednak tyleż przypomina Zlatana Ibrahimovicia, co i... Julka Kruszankina. Żeby wyjść zgrupy, Duńczycy potrzebują jeszcze jednego cudu. Czy im się uda - nie wiem. Ale żywcem nikt tych gości na pewno nie weźmie.

Dyskusja (11)
1niedziela, 10, czerwiec 2012 13:19
Senator
Na całe szczęście nie znam się na piłce i do każdego meczu podchodzę emocjonalnie wybierając sobie drużynę której będę kibicował. Nie wiem co autorowi nie podobało się w meczu Niemcy Portugalia. To że Niemcy słabi? no przecież to dobrze mało kto chciałby ich sukcesu . Portugalia nie miała szczęścia, sytuacji podbramkowych miała więcej i tylko stara prawda się jak zwykle sprawdziła . Wszyscy grają a Niemcy wygrywają.
Mnie ten mecz naprawdę nie rozczarował. Ataki Portugalczyków , sytuacje na zdobycie bramki i tylko Nani zamiast przymierzyć ładuje na pałę w plecy niemiaszka. Szkoda mi Portugalczyków, a następne mecze w tej grupie to już nie będzie popierdułka, musi się dziać i będzie się działo.
2niedziela, 10, czerwiec 2012 17:37
gawin76
Senatorze, na imprezy takie jak mistrzostwa Europy patrzę nie pod kątem tego czy w danym meczu akurat upatrzę sobie drużynę X czy Y (nawiasem mówiąc, jest dla mnie kompletnie pozbawione znaczenia, że 'mało kto chciałby sukcesu Niemców', ja kibicuję reprezentacji Polski, antykibicowanie pozostałym jakoś mnie nie kręci Wink ), lecz przez pryzmat prezentacji pewnych trendów w światowym futbolu. Fajnie byłoby gdyby triumfował futbol ofensywny, szybki, gdyby było więcej akcji kończonych strzałami na bramkę, a mniej fauli i przeszkadzania. Niemcy 2010 dawali nadzieję na pewien taki właśnie pozytywny trend w światowej piłce, natomiast Niemców z wczorajszego meczu Portugalią nie chciałbym na dłuższą metę oglądać w takiej dyspozycji, no chyba że chciałbym celowo sobie zrobić krzywdę Wink

Oczywiście nie mam nic przeciw temu, żeby Tobie wczorajszy mecz się podobał, nie zamierzam też podejmować dyskusji w temacie tego czy Portugalczykom zabrakło szczęścia i czy mieli więcej sytuacji od Niemców Wink De gustibus i takie tam.
3niedziela, 10, czerwiec 2012 18:53
Zbyszek

O poziom meczu Niemcy-Portugalia nie ma co się spierać. Widowisko było mizerne. Obie drużyny grały wolno, bez zaangażowania i zaskakująco niedokładnie. Żwawiej poruszali się tylko ci zawodnicy, którzy byli przy piłce. Niemcy przez cały mecz przeprowadzili dwie szybkie i grożne akcje /po jednej zdobyli gola/, zaś Portugalczycy tych akcji mieli 0 /bramkę mogli zdobyć po rzucie rożnym/. Po raz kolejny się okazało, że nazwy nie grają, a drużyny uważające się za faworytów w pierwszych meczach turnieju nie chcą tracić energii.

4poniedziałek, 11, czerwiec 2012 02:21
a-c10
Ja tam dzielę życiowe troski i radości ze zdeklarowaną fanką Fussballu. A że niżowych humorów swej małżonki staram się unikać jak zarazy, chciałbym, aby Niemcy grali w tym turnieju jak najdłużej. Tzn. do momentu, gdy wpakują się na Polaków. Albo WlochówWink))

'Chodzonego' we wczorajszym stylu da się łatwo namierzyć np. w fazie grupowej Champions League. I to jest, moim zdaniem, klucz do zrozumienia wczorajszej mizerii. Bo dla Niemców na pewno, a dla Portugalczyków chyba też, to jest właśnie ten etap. Strzelić jakiegoś gola. Wygrać. Wyjść z grupy. I za bardzo się przy tym nie zmachać. Prawdziwe granie zacznie się dopiero później.

W dodatku, z tego, co mi się zdaje, w niemieckim środowisku piłkarskim dominuje obecnie nastawienie w typie "ładnie to myśmy się już nagrali na ostatnich dwóch wielkich imprezach. Będzie całkiem genug. Teraz zdałoby się wreszcie coś wygrać." Die Nationalelf nie wygrała niczego od szesnastu lat. Kibicom zza naszej zachodniej granicy zaczęło się już chyba cknić za złotem. Loew na pewno to czuje i jeśli celem zdobycia tego złota będzie musiał poświęcić polot i powrócić do teutońskiej solidności, nawet mu powieka nie drgnie.

Jako zdeklarowany italofil, od czasu wymierzonego przeciw Włochom niesławnego "układu skandynawskiego" duński futbol trzymam w głębokiej odrazie i pogardzie. Do domu, kanciarze, nie się po takiej pięknej imprezie, jak Euro, pałętaćWink))
5poniedziałek, 11, czerwiec 2012 03:28
Senator
Naszego szacownego kibica innej drużyny nie za bardzo zrozumiałem wyłączając wątek niemiecki Smile
dziwić się nie ma co jest trzecia dwadzieścia. Z JE panem Zbyszkiem kłócił się też nie będę wszak sam pisze że nie ma o co się wadzic . Portugalia miała zero szans, ok niech tak będzie mam tylko nadzieję że ktoś po za nami mecz oglądał Smile .Sir Gawinowi współczuję z całego serca. To musi być mordega Patrzec na piłkę bez emocji .Czym to się różni od obserwowania partii szachów i sprawdzania jakie otwarcie szachista zastosował?
6poniedziałek, 11, czerwiec 2012 03:44
Senator
Tak sobie jeszcze myślę a-c10 co z tego że nic od 16 lat nie wygrali jak i tak wszyscy wiedzą że są najlepsi w Europie. To tak jak u nas z Legią , rzadko coś wygrywa a nawet Ty wiesz że Legia najlepszą Jest SmileSmileSmile
7poniedziałek, 11, czerwiec 2012 10:16
iocosus
Mhm, nacja, której przypisuje się miano zarozumiałej, wyniosłej, wręcz w sobie zadufanej i która uważa się za kolebkę futbolowej cywilizacji, na innych z pobłażaniem patrzy z góry, ostatni tytuł na poziomie reprezentacyjnym zdobyła nie 16 a 46 lat temu. To, że syn dumnego Albionu ukuł znaną tezę, było wyrazem frustracji, żelazna konsekwencja topornych germańskich rzemieślników, wielokroć brała górę nad polotem i wirtuozerią, ale to pękło jak bańka mydlana gdy Angole powieźli Szwabów pięć do jaja.

Gdyby jakiś Niemiaszek chełpliwie z butą dowodził, że jego nacja niepodzelnie dominuje w Europie, przez innych przedstawicieli tychże europejskich nacji, mógłby zacząć być traktowany nader podejrzliwie! Wink

Nie wiem, czy hipnotyzowanie Albiceleste do uznania niepodważalnej dominacji Legii wbrew choćby ostatnim wynikom jest skuteczne, obawiam się, że poozstawiając prawo do głoszenia takiej tezy jako wyznania kibicowskiej wiary, chęć narzucania go kibicom innej drużyny, po raz wtóry zinterpretuje jako nasz "szowinizm"! Wink Very Happy
8poniedziałek, 11, czerwiec 2012 12:00
a-c10
@ Senator:

To tak jak u nas z Legią

No. I nawet ciuchy macie jakieś takie podobneWink Tyle tylko, że w najlepszość Niemców przestają wierzyć nawet sami Niemcy. I mają podstawy. Kilka tygodni temu w naszej rodzimej Piłce Nożnej poszedł zaskakująco fajny artykuł zbierający materiały z mediów niemieckich i dowodzący, że Dojcze stracili gen zwycięzców. Coś jest na rzeczy. To przecież nie jest tak, że oni przez te szesnaście lat grali piasek i muszelki. Natomiast ilość finałów i półfinałów istotnych rozgrywek (tak reprezentacyjnych, jak i klubowych), jakie w tym okresie przegrali, jest co najmniej zastanawiająca.

@ Iocosus:

Angole powieźli Szwabów pięć do jaja

Po sprawiedliwości to chyba 5:1 było. A w zasadzie 1:5, bo w Monachium. Tyle tylko, że co z tego, skoro potem Niemcy i tak wygrali baraże i pojechali na Mundial, gdzie wypadli nieporównywalnie lepiej od AngoliSmile

A w ogóle - Anglia, taaak... Jeden jedyny tytuł, capnięty na własnych śmieciach i to w momencie, gdy ojciec piszącego te słowa dopiero co wkroczył w pełnoletniość. W dodatku ich najlepszym zawodnikiem w finale był niejaki Tofik BachramowWink Jak sobie myślę o angielskim sposobie postrzegania futbolowego świata, tak chętnie kupowanym przez zaczadzeńców w polskich mediach, to Senator jawi mi się jako skończony kibicowski racjonalista, spoglądający na swój klub nawet z pewnym takim nadmiarem krytycyzmuSmile
9poniedziałek, 11, czerwiec 2012 13:11
iocosus
@ a-c10

No tak nie dość, że szowinista to jeszcze sklerotyk, tym razem nie oponuję! Very Happy

Powołując się na Bachramowa sugerujesz, że jutro w naszym zespole skuteczniejszym od Lewandowskiego będzie Wolfgang Stark? Wunderwaffe w cudzie na Wisłą !? To już lepiej, że ten mecz przypada na 12 czerwca, niż na przykład na 17 września! Wink
10poniedziałek, 11, czerwiec 2012 16:50
gawin76
@ Senator

Jeżeli chodzi o szachy to apeluję o należyty szacunek Wink Co do emocji, no cóż drogi Senatorze, po prostu nie każdy chce być kameleonem i co mecz przebierać się w jakąś inną skórę Wink
Zresztą spójrz. Oglądam mecz Chorwacja - Irlandia. Strzelają najpierw Chorwaci - luz. Wyrównują Irlandczycy - fajnie. Znów strzelają Chorwacji - świetnie. Przy trzecim, no powiedzmy przyjemność trochę zmącona bo pozamiatane. Ale generalnie zero negatywnych wrażeń, czysty relaks Wink

@ a-c10

Heh, może mieli się jeszcze wzajemnie pozabijać, żeby jaśnie panom Włochom utorować drogę do ćwierćfinału? Razz Włosi zresztą sami byli sobie winni po tym jak rozegrawszy po prostu perfekcyjne 45 minut ze Szwecją, w drugiej połowie postanowili uskuteczniać catenaccio, cwaniaczki. Nawiasem mówiąc, coś mi mówi, że Smuda nie widział tamtego meczu Wink
11wtorek, 12, czerwiec 2012 01:01
a-c10
@ Iocosus:

jutro w naszym zespole skuteczniejszym od Lewandowskiego będzie Wolfgang Stark?

Cóż, wolałbym, aby tak nie było. Jednakowoż kojarzy mi się, że to wyjątkowo szczęśliwy dla nas arbiterWink

@ Gawin:

może mieli się jeszcze wzajemnie pozabijać, żeby jaśnie panom Włochom utorować drogę do ćwierćfinału?

No... tak. Myślę, że to właśnie byłby właściwy scenariusz wydarzeń. Co więcej, kuszący wydaje mi się nie tylko ćwierćfinał dla Włochów, lecz również perspektywa Duńczyków zabijających Szwedów i vice versaWink

A poważniej: ja rozumiem, że bywają takie momenty, że ten, czy inny zespół uznaje, iż maksymalny wysiłek w następnym meczu nie do końca leży w jego interesie. Mniejsza już o słuszność takich założeń. Niemniej, wtedy to był po prostu ordynarny wałek, niczym - w mojej opinii - nie różniący się od zwykłego ustawiania meczów za kasę. Co gorsza, ani jedni, ani drudzy się z tym nie kryli.

Szwedów nie cierpię w zasadzie "od zawsze". Natomiast tamtego smutnego dnia cała moja zrodzona w 92gim sympatia do Duńczyków poszła wiadomo gdzie.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1