- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- gawin76
Grupa śmier... telnej nudy?
To co zaprezentowali nam wczoraj reprezentanci trzech krajów należących do największych futbolowych potęg Starego Kontynentu wzmacnia zasadność stawiania pytań o przyszłość międzynarodowych imprez piłkarskich i w ogóle futbolu w wydaniu reprezentacyjnym. Takiego 'chodzonego' próżno szukać w Lidze Mistrzów, La Lidze, Premier League, czy innym mateczniku tych wszystkich milionów euro, które wysypały się wczoraj na murawy obiektów w Charkowie i Lwowie.
Oczywiście rasowy fan futbolu będzie umiał wytłumaczyć sobie przebieg wczorajszych gier. W sumie to bardzo proste - przecież mocarze 'grupy śmierci' mierzą w tytuł mistrzowski, forma jest zatem przygotowana w sposób taki, żeby systematycznie rosła. Nie da się zacząć imprezy z wysokiego pułapu, a następnie utrzymać dyspozycję przez trzy tygodnie, elementarz. Niech będzie. Ale co wycierpieliśmy wczoraj wiemy chyba tylko my, którzy gremialnie zasypialiśmy przed odbiornikami.
Zaniepokoili mnie Niemcy, mimo że zwycięscy. Niemiecki futbol z turnieju w RPA stanowił nową jakość w piłce reprezentacyjnej - dynamika i precyzja szybkiego ataku w wykonaniu naszych zachodnich sąsiadów chwilami zapierały dech w piersiach. Wczoraj po tych walorach nie było nawet śladu.
Portugalczycy? Mecz przegrał im Pepe, a w czoło najintensywniej z całego zespołu kopał się Nani. Real Madryt i Manchester United w akcji. Niech wczorajsze przygody portugalskich wirtuozów kopanej będą przestrogą dla wszystkich tych, którzy naiwnie wierzą, że dortmundzkie trio jest w stanie samodzielnie wygrać dla reprezentacji Polski cokolwiek.
Wreszcie Holendrzy. Piłkarskie roboty, zawodnicy kompletni. Obrońcy, którzy poradziliby sobie jako skrzydłowi i napastnicy, którzy z pewnością nie zawiedliby na środku defensywy. Cóż z tego? Jak widać było na załączonym obrazku, nawet takim asom nie jest łatwo o zwycięstwo w meczu, w którym nie są w stanie wygrać z przeciwnikiem pojedynku biegowego, a piłka płata figle tak wybornie wyszkolonemu piłkarzowi jakim bezdyskusyjnie jest Robin van Persie.
Zawód, zawód, po trzykroć zawód!
Bohaterami drugiego dnia mistrzostw są natomiast Duńczycy.
Duński futbol po prostu uwielbiam. Reprezentuje on sobą przynajmniej kilka zalet i jakości, które z ogromną ochotą zaimplementowałbym w polskiej reprezentacji. Choćby tę niezwykłą twardość i odporność psychiczną, które sprawiają, że Duńczycy co do zasady nie pękają na wielkich imprezach. Albo tę konsekwencję w realizacji obranej metody budowy zespołu, dzięki której duński futbol to nieodmiennie gra świetna taktycznie, oparta na wypracowanych w pocie czoła automatyzmach. Morten Olsen, trener który przepadł w kilku eliminacjach do wielkich imprez, który w mistrzowskich turniejach notował bolesne porażki z Anglią, Czechami i Japonią, nadal piastuje eksponowane stanowisko, gwarantując swoją osobą określony poziom i jakość wykonywanej pracy. Wyobrażacie sobie coś podobnego w cyklofrenicznym polskim futbolu?
Z Duńczykami zaprzyjaźniłem się już jako dziesięcioletni chłopak podczas mundialu w Meksyku w 1986. Wtedy 'duński dynamit' potrafił złoić Urugwaj tak, że świat zobaczył w nich kandydatów na przyszłych mistrzów świata, tylko po to, by w 1/8 finału pozwolić... rozbić się w pył niepozornej wtedy Hiszpanii. Później Duńczycy zniknęli mi z pola widzenia, by wrócić w 1992. Oczywiście nie wierzyłem w nich ani przed decydującym o wyjściu z grupy meczem z Francją, ani przed półfinałem z Holandią, ani przed finałem z Niemcami. Jak było - wiemy. A Brian Laudrup i Flemming Poulsen okazali się być zawodnikami po prostu genialnymi. Po tamtym zdumiewającym triumfie, Duńczycy znów gdzieś się zapodziali, aż do 1998 roku. Wtedy na francuskich boiskach zafundowali widzom fenomenalne widowiska w fazie pucharowej, najpierw niespodziewanie miażdżąc faworyzowaną Nigerię, a następnie wydając ciężki bój doskonałej Brazylii. Właśnie tamten mecz z Brazylią, choć przegrany 2:3, doskonale obrazował ducha duńskiej drużyny, która nie prosi wielkiego przeciwnika o najniższy wymiar kary, lecz bezczelnie policzkuje go natychmiast po rozpoczęciu meczu. Skarcona, nie załamuje się, lecz odrabia straty, a kiedy wreszcie ostatecznie pada i przegrywa mecz, każdy zawodnik z całą pewnością ma prawo twierdzić, że zrobił absolutnie wszystko co było w jego mocy. Zawodowcy, twardziele, prawdziwy mężczyźni. Po 1998 Duńczycy grali potęgom na nosie jeszcze w Korei i Japonii (Francja), w Portugalii (Włochy), by potem na kilka lat osunąć się w przeciętność, między innymi nadspodziewanie łatwo pozwalając się wypchnąć za burtę mistrzostw w RPA Japończykom. Ale znów tu są skubańcy. Bez talentów na miarę Prebena Elkjaera Larsena, braci Laudrupów, Poulsena czy Tomassona. Zespół co najwyżej przeciętny, ubogi w piłkarską jakość, ekipa konstruowana z wyrobników, którym trudno było dawać jakiekolwiek szanse w najtrudniejszej grupie Euro, w której gwiazdorem linii ataku jest utalentowany Nicklas Bendtner, który jednak tyleż przypomina Zlatana Ibrahimovicia, co i... Julka Kruszankina. Żeby wyjść zgrupy, Duńczycy potrzebują jeszcze jednego cudu. Czy im się uda - nie wiem. Ale żywcem nikt tych gości na pewno nie weźmie.


Mnie ten mecz naprawdę nie rozczarował. Ataki Portugalczyków , sytuacje na zdobycie bramki i tylko Nani zamiast przymierzyć ładuje na pałę w plecy niemiaszka. Szkoda mi Portugalczyków, a następne mecze w tej grupie to już nie będzie popierdułka, musi się dziać i będzie się działo.
Oczywiście nie mam nic przeciw temu, żeby Tobie wczorajszy mecz się podobał, nie zamierzam też podejmować dyskusji w temacie tego czy Portugalczykom zabrakło szczęścia i czy mieli więcej sytuacji od Niemców
O poziom meczu Niemcy-Portugalia nie ma co się spierać. Widowisko było mizerne. Obie drużyny grały wolno, bez zaangażowania i zaskakująco niedokładnie. Żwawiej poruszali się tylko ci zawodnicy, którzy byli przy piłce. Niemcy przez cały mecz przeprowadzili dwie szybkie i grożne akcje /po jednej zdobyli gola/, zaś Portugalczycy tych akcji mieli 0 /bramkę mogli zdobyć po rzucie rożnym/. Po raz kolejny się okazało, że nazwy nie grają, a drużyny uważające się za faworytów w pierwszych meczach turnieju nie chcą tracić energii.
'Chodzonego' we wczorajszym stylu da się łatwo namierzyć np. w fazie grupowej Champions League. I to jest, moim zdaniem, klucz do zrozumienia wczorajszej mizerii. Bo dla Niemców na pewno, a dla Portugalczyków chyba też, to jest właśnie ten etap. Strzelić jakiegoś gola. Wygrać. Wyjść z grupy. I za bardzo się przy tym nie zmachać. Prawdziwe granie zacznie się dopiero później.
W dodatku, z tego, co mi się zdaje, w niemieckim środowisku piłkarskim dominuje obecnie nastawienie w typie "ładnie to myśmy się już nagrali na ostatnich dwóch wielkich imprezach. Będzie całkiem genug. Teraz zdałoby się wreszcie coś wygrać." Die Nationalelf nie wygrała niczego od szesnastu lat. Kibicom zza naszej zachodniej granicy zaczęło się już chyba cknić za złotem. Loew na pewno to czuje i jeśli celem zdobycia tego złota będzie musiał poświęcić polot i powrócić do teutońskiej solidności, nawet mu powieka nie drgnie.
Jako zdeklarowany italofil, od czasu wymierzonego przeciw Włochom niesławnego "układu skandynawskiego" duński futbol trzymam w głębokiej odrazie i pogardzie. Do domu, kanciarze, nie się po takiej pięknej imprezie, jak Euro, pałętać
dziwić się nie ma co jest trzecia dwadzieścia. Z JE panem Zbyszkiem kłócił się też nie będę wszak sam pisze że nie ma o co się wadzic . Portugalia miała zero szans, ok niech tak będzie mam tylko nadzieję że ktoś po za nami mecz oglądał
Gdyby jakiś Niemiaszek chełpliwie z butą dowodził, że jego nacja niepodzelnie dominuje w Europie, przez innych przedstawicieli tychże europejskich nacji, mógłby zacząć być traktowany nader podejrzliwie!
Nie wiem, czy hipnotyzowanie Albiceleste do uznania niepodważalnej dominacji Legii wbrew choćby ostatnim wynikom jest skuteczne, obawiam się, że poozstawiając prawo do głoszenia takiej tezy jako wyznania kibicowskiej wiary, chęć narzucania go kibicom innej drużyny, po raz wtóry zinterpretuje jako nasz "szowinizm"!
To tak jak u nas z Legią
No. I nawet ciuchy macie jakieś takie podobne
@ Iocosus:
Angole powieźli Szwabów pięć do jaja
Po sprawiedliwości to chyba 5:1 było. A w zasadzie 1:5, bo w Monachium. Tyle tylko, że co z tego, skoro potem Niemcy i tak wygrali baraże i pojechali na Mundial, gdzie wypadli nieporównywalnie lepiej od Angoli
A w ogóle - Anglia, taaak... Jeden jedyny tytuł, capnięty na własnych śmieciach i to w momencie, gdy ojciec piszącego te słowa dopiero co wkroczył w pełnoletniość. W dodatku ich najlepszym zawodnikiem w finale był niejaki Tofik Bachramow
No tak nie dość, że szowinista to jeszcze sklerotyk, tym razem nie oponuję!
Powołując się na Bachramowa sugerujesz, że jutro w naszym zespole skuteczniejszym od Lewandowskiego będzie Wolfgang Stark? Wunderwaffe w cudzie na Wisłą !? To już lepiej, że ten mecz przypada na 12 czerwca, niż na przykład na 17 września!
Jeżeli chodzi o szachy to apeluję o należyty szacunek
Zresztą spójrz. Oglądam mecz Chorwacja - Irlandia. Strzelają najpierw Chorwaci - luz. Wyrównują Irlandczycy - fajnie. Znów strzelają Chorwacji - świetnie. Przy trzecim, no powiedzmy przyjemność trochę zmącona bo pozamiatane. Ale generalnie zero negatywnych wrażeń, czysty relaks
@ a-c10
Heh, może mieli się jeszcze wzajemnie pozabijać, żeby jaśnie panom Włochom utorować drogę do ćwierćfinału?
jutro w naszym zespole skuteczniejszym od Lewandowskiego będzie Wolfgang Stark?
Cóż, wolałbym, aby tak nie było. Jednakowoż kojarzy mi się, że to wyjątkowo szczęśliwy dla nas arbiter
@ Gawin:
może mieli się jeszcze wzajemnie pozabijać, żeby jaśnie panom Włochom utorować drogę do ćwierćfinału?
No... tak. Myślę, że to właśnie byłby właściwy scenariusz wydarzeń. Co więcej, kuszący wydaje mi się nie tylko ćwierćfinał dla Włochów, lecz również perspektywa Duńczyków zabijających Szwedów i vice versa
A poważniej: ja rozumiem, że bywają takie momenty, że ten, czy inny zespół uznaje, iż maksymalny wysiłek w następnym meczu nie do końca leży w jego interesie. Mniejsza już o słuszność takich założeń. Niemniej, wtedy to był po prostu ordynarny wałek, niczym - w mojej opinii - nie różniący się od zwykłego ustawiania meczów za kasę. Co gorsza, ani jedni, ani drudzy się z tym nie kryli.
Szwedów nie cierpię w zasadzie "od zawsze". Natomiast tamtego smutnego dnia cała moja zrodzona w 92gim sympatia do Duńczyków poszła wiadomo gdzie.