- Kategoria: Kalejdoskop futbolowy
- a-c10
Powiększanie przez pomniejszanie
(czyli o co mi chodzi z tą reformą)
W ostatnich dniach przetoczyła się przez rubrykę Na Aucie dość burzliwa debata na temat plusów i minusów ewentualnego okrojenia Ekstraklasy. Znając ulotność naszych sporów prowadzonych za linią boczną chciałbym nie tyle może tę dyskusję zrekapitulować, co w spójny sposób przedstawić własne w niej stanowisko. I, rzecz jasna, zaprosić do dalszej szermierki na słowa.
Zanim jednak zacznę, muszę poczynić pewne istotne zastrzeżenie, które tak na dobrą sprawę… zlikwiduje sens wszystkich sporów na podany temat. Otóż mam graniczące z pewnością przekonanie, że w przewidywalnej przyszłości liczebność drużyn występujących w Ekstraklasie nie ulegnie zmianom. Znaczy poszerzenie – owszem, może się zdarzyć. Ale okrojenia nie zobaczymy jak własnych uszu. Z definicji. Posiadanie klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej stawiane jest bowiem jako punkt honoru w całej masie ośrodków: od ratuszy i sejmików wojewódzkich, poprzez OZPNy, państwowe koncerny i wiele, wiele innych. Potęga tych ośrodków bywa różna, jednak w dowolnym przypadku niepomiernie przekracza moc sprawczą kibicowskiego forum dyskusyjnego. O ile więc dałoby się, być może, znaleźć jakieś obszary, na które wpływ naszych dysput jest większy, niż zerowy, tak tutaj moglibyśmy pitolić do listopada, wytaczać najcięższe retoryczne działa, a i tak nic nie wskóramy. Bo nie.
Jednak jako że nikt – przynajmniej na razie – nie broni nam pitolić po próżnicy, do dzieła:
EKSTRAKLASA:
Dwanaście zespołów grających każdy z każdym po trzy razy, czyli w sumie trzydzieści trzy kolejki. Potem podział na grupy i jeszcze runda finałowa, a w niej pięć gier. Tylko bez żadnego tam dzielenia, mnożenia, całkowania, czy różniczkowania. Punkt to punkt, a trzy to trzy. I trzeba je szanować bez względu na to, czy kolejka piąta, dwudziesta druga, czy trzydziesta szósta. Oczywiście, podział raz przeprowadzony zachowuje ważność do końca rozgrywek. Znaczy kto po trzydziestu trzech meczach był szósty (bądź wyżej), nie może w finalnym zestawieniu być siódmy (bądź niżej). I vice versa.
Co do tegoż finalnego zestawienia: pierwszy zespół zostaje Mistrzem, to jasne. Spada zespół ostatni, a przedostatni rozgrywa baraż z drugą drużyną rozgrywek zwanych…
EKSTRAKLASA 2:
Tak, zupełnie serio uważam, że powinno istnieć coś takiego. Tzn. jestem głęboko przekonany, iż futbol zawodowy w Polsce winien znajdować się pod zarządem jednej organizacji, możliwie niezależnej od PZPN. Co chłopaki ze Związku potrafią zrobić ze szczeblem centralnym, to właśnie niedawno pokazali centralizując tzw. II ligę. Dziękujemy, wystarczy.
Format rozgrywek E2 taki sam, jak wyżej. Z tym zastrzeżeniem, że spadałoby maksimum dwa i pół klubu (znaczy 11ty i 12ty bezpośrednio, 10ty po barażach). A mógłby nie spaść nikt, o ile kandydaci do E2 nie spełnialiby wymogów licencyjnych.
REFORMY TOWARZYSZĄCE:
Oczywiście, samo majstrowanie przy liczebności nic nie zmieni. Należałoby też podjąć szereg innych, nie mniej istotnych działań. Wśród nich przede wszystkim scedowanie uprawnień komisji licencyjnej na zewnętrzną, niezależną firmę. Tak aby już nigdy więcej nie okazało się, że jakiś pan Hilary znalazł wreszcie okulary i tu się uchybień dopatrzył, a tam nie (choć rzekomo powinien na odwrót).
Co do zawartości samych wymogów, odpuściłbym niemal całkowicie kwestie infrastrukturalne. Znaczy ma być sektor gości na trybunach oraz szatnia z ciepłą wodą dla sędziów i zawodników przyjezdnych. I starczy. Znacznie większą uwagę poświęciłbym sprawom ekonomicznym. I tu prosta kwestia – koniec z ugodami, paktami i innymi porozumieniami z datą realizacji na św. Nigdy. Albo masz pieniąchy tu i teraz, albo, cóż, idź się bawić z amatorami. To samo tyczy się jakichkolwiek zaległości wobec ZUSu, USu, ciepłowni, a przede wszystkim dowolnego rodzaju pracowników. I nieważne, czy konkretny pan piłkarz złożył pozew, czy niekoniecznie. Nie ma płacenia przez dłużej, niż trzy miesiące – wypad z ligi. Znaczy z obu lig. Do amatorów.
O odcinaniu od miejskich zapomóg nie ma nawet sensu się rozwodzić. To oczywistość. Dorzućmy jeszcze wymóg jawności i przejrzystości kontraktów oraz konieczność zawierania w nich klauzul odstępnego. Liczonych nie podług prezesowskiego widzimisię, a na podstawie długości umowy i wysokości uposażenia. Co więcej, w przypadku degradacji każda umowa mogłaby zostać zredukowana o połowę, bądź rozwiązana przez klub bez żadnych konsekwencji. Wreszcie doszłoby do tego, że po spadku przynajmniej trochę cierpieliby piłkarze, czyli – jak by na to nie zerkać – główni winowajcy.
Na koniec rzecz potencjalnie najistotniejsza. Ponieważ obiema ligami zarządzałby jeden podmiot, prawa do transmisji również sprzedawane byłyby wspólnie (i dzielone z korzyścią dla E1, acz jednak z poszanowaniem E2, np. 70/30). Zaś ich szczęśliwy nabywca zobowiązywałby się do pokazywania co najmniej dwóch meczów z każdej kolejki drugiego poziomu.
I to właściwie byłoby na tyle.
PLUSY DODATNIE:
Czyli co by nam z tego wszystkiego przyszło. Kolejne punkty proszę traktować równoprawnie, czyli bez zwracania szczególnej uwagi na ich uszeregowanie.
i. zwiększona ilość gier o poważną stawkę z poważnymi rywalami.
Albo, jak kto woli, ograniczenie ilości meczów o nic. Korzyść przede wszystkim dla klubów planujących – jakkolwiek by to nie brzmiało – podboje Europy. Znacznie łatwiej przecież przygotować się do rywalizacji z takim Ajaksem poprzez spotkania z Lechem, niż starcia z (nikogo nie raniąc) Podbeskidziem, prawda?
Dalej, co jakby jedno z drugiego wynika…
ii. odchudzenie środka tabeli.
Środek tabeli, Mili Państwo, to taka wyjątkowo paskudna miejscówka. Po pierwsze, przebywanie w nim aż kusi do umoczenia paluchów w śmierdzącym bagnie korupcji. No bo, w sumie, na cholerę nam te punkty? Czy z nimi, czy bez i tak ani nie grozi nam spadek, ani puchary. A tu patrzcie, chłopaki potrzebują i jeszcze gotowi ładnie zapłacić. To niby czemu nie?
Po drugie, mecze ekip ze środka tabeli są zazwyczaj śmiertelnie nudne. Zdać by się mogło, że w obliczu braku realnej stawki trenerzy nieco popuszczą taktycznych cugli, a zawodnicy ochoczo z tego skorzystają. Niestety, w naszych warunkach wygląda to tak, że najczęściej nikomu się nie chce i zamiast radosnego futbolu oglądamy mozolnie odbębnianą pańszczyznę.
iii. zwiększony magnetyzm ligi.
Ja wiem, tzw. szlagiery naszej ligi niepokojąco często nie dorastają poziomem do swego miana. Niemniej, statystycznego Kowalskiego znacznie łatwiej przekonać do obejrzenia meczu Wisła-Lech, niż do epickiego pojedynku Zawiszy z Jagiellonią.
Co więcej, wskutek reformy część renomowanych ekip siłą rzeczy znalazłaby się w E2. A to naprawdę dobrze wróży temu poziomowi rozgrywek.
Wreszcie, tak jeszcze nawiązując do odchudzania środka, ostateczne rozstrzygnięcia zapadałyby w starciach drużyn bezpośrednio zainteresowanych. Niby tak jest i teraz, w projekcie ESA37, ale zgódźmy się – siódmy i ósmy zespół szanse na cokolwiek mają takie, że ho-ho. Z kolei dziewiąty i dziesiąty praktycznie nie mają się czego obawiać.
iv. razem ku lepszej przyszłości.
Projekt podwójnej Ekstraklasy (i wspólnej sprzedaży praw tv) byłby doskonałą okazją dla „bogatych”. Mogliby oni śmiało udowodnić, iż pod szumnymi hasłami reformatorskimi naprawdę nie kryją niecnych chęci prostackiego udarcia większego kawałka ciacha. Ciekawe czy by się im powiodło.
PLUSY UJEMNE:
Czyli co na to wszystko polemiści.
Z góry przepraszam, jeśli nie udało mi się zebrać wszystkich opinii z Autu. W razie czego serdecznie proszę o uzupełnienie. Pozwoliłem sobie za to dorzucić nieco z dyskusji prowadzonych w innych miejscach i momentach.
a) bo w Polsce jest tyyyle wielkich miast…!!!
Przyznam szczerze, że ilekroć słyszę tego typu „argumentację”, muszę potem zbierać z podłogi potrzaskane nadgarstki. Primo, nie szalejmy. Wielkie ośrodki miejskie, znaczy takie z populacją liczoną w milionach, mamy w naszym kraju raptem dwa. Jest niby kilka takich sporych, ale też bez przesady. Generalnie urbanizacyjną potęgą Rzeczpospolita nigdy nie była i nic nie wskazuje, aby właśnie miała zostać.
Secundo, gdyby ilość osób zamieszkujących daną jednostkę administracyjną miała jakiekolwiek przełożenie na futbol, co cztery lata w finale Mundialu Chiny mierzyłyby się z Indiami, Polska nie miałaby żadnych problemów z wyjściem z grupy na Euro, zaś kibic reprezentacji Holandii marzący o medalach wielkich imprez zostałby z miejsca odesłany do psychiatry. Powie ktoś, że Chińczycy i Hindusi nieprzesadnie interesują się piłką nożną. Jasne. Ale to dokładnie tak samo, jak Polacy. W ogóle z tym przywiązaniem do futbolu jest w naszym kraju ciut jak z katolicyzmem. W czystej teorii do Kościoła Rzymskokatolickiego przynależy dziewięćdziesiąt parę procent naszych współobywateli. Jednakowoż ledwie piąta część regularnie chodzi do kościoła. A już odsetek osób rozumiejących o co w tym wszystkim chodzi dałoby się wyrazić jedną cyfrą. Nie inaczej rzecz się ma z kopaną. Każdy Polak to kibic? Być może. Tylko dlaczego w takim razie frekwencję z całej kolejki Ekstraklasy da się upchnąć na jednym stadionie Bundesligi?
Tertio wreszcie, dwadzieścia cztery kluby na szczeblu centralnym to średnio półtora na województwo. Mało…?!
b) bo to tylko bogatym idzie o to, by jeszcze bardziej pognębić biednych.
Może. Jak już pisałem, wspólna sprzedaż praw pozwoliłaby na łatwą weryfikację tego poglądu.
c) bo zamiast równać do najlepszych, wpatrujemy się w belgijskich i szkockich przeciętniaków.
Błąd. Przynajmniej ja się w nikogo nie wpatruję. Szczerze powiedziawszy, liga belgijska nigdy mnie jakoś szczególnie nie pociągała, zaś Scottish PL z braku czasu przestałem oglądać dawno temu. Nie wzrusza mnie też ostrzeżenie, że taki system nigdy nigdzie się nie sprawdził.
Nie rozmawiamy bowiem ani o Belgii, ani o Szkocji, ani tym bardziej o jakimś Nigdzie. Rozmawiamy o polskiej Ekstraklasie i powinniśmy patrzeć na polskie warunki. A te w chwili obecnej nie pozostawiają cienia wątpliwości. Na osiemnasto-, czy zgoła dwudziestozespołową ligę (jak w Niemczech, czy Anglii) zwyczajnie nas nie stać.
d) cztery mecze Lech-Legia?! Nuuudaaa…!!!
Tu akurat jestem w stanie się zgodzić. Dla ligowego kibica, zarażonego wirusem polskiego futbolu ligowego, atrakcja co najwyżej taka sobie. Niemniej, o korzyściach płynących z rozgrywania takich seriali już pisałem. I myślę sobie, że w ich imię moglibyśmy trochę pocierpieć.
* * *
No. To już. Szkoda tylko, że – jak pisałem we wstępie – tak, czy inaczej nic z tego nie wyrośnie.


Byłby chyba pokaźny problem z określeniem, którzy to niby konkretnie są ci "wielcy". A jeszcze pokaźniejszy z nawiązaniem między nimi jakiejś nici porozumienia. Każdy ciągnie w swoją stronę i tyle.
Na dłuższą metę "lepiej" po prostu musi znaczyć "więcej". Ale weź tu rozmawiaj o dłuższej mecie w Kielcach, na Śląsku, czy w wielu innych miejscach.
Wielcy sami mają się za tokowych i z nimi na ten temat nie pogadasz. A co do ciągnięcia to właśnie o tym piszę. Piękne słówka, piórka, buźka w dziób, a tak naprawdę chodzi o dajcie, a zobaczycie, że będzie nam wszystkim lepiej.
- "weź tu rozmawiaj o dłuższej mecie w Kielcach, na Śląsku, czy w wielu innych miejscach."
Ale co tu rozmawiać, pokazać ile mają dostać w razie jakby co i sami się zgodzą. z tym, że aby pokazać ile mamy dać, trzeba by się zrzec, a przecież "wielcy" mają dostać a nie się zrzekać. I koniec rozmowy o "lepiej", zaczynamy rozmowę o "tu i teraz".
Sam podział 12+12 przy sztywnym podziale pieniędzy z praw telewizyjnych 70:30 nie brzmi jak totalna fikcja, natomiast myślę, że fikcją mogłoby okazać się znalezienie kontrahenta, który byłby skłonny zapłacić tak dużą kwotę za E2. Bo to się przecież musi jakoś zwrócić w dekoderach i reklamach - byłoby ciężko.
33 mecze w rundzie zasadniczej i pięć w finałowej, hm... Sądzę że w tej rundzie finałowej przeważnie nie byłoby specjalnych emocji, chociaż z drugiej strony, fakt, 38 meczów brzmi bardziej realnie niż 44 (gdybyśmy grali cztery rundy bez podziału). Ale jeszcze z trzeciej strony 3 mecze w rundzie zasadniczej oznaczałyby że np. gramy z Lechem dwa razy u siebie i raz na wyjeździe - pomysł w swoich założeniach potencjalnie mocno kontrowersyjny.
Mnie od koncepcji wielorundowej ligi tradycyjnie najbardziej odstręcza ta monotonia, którą usprawiedliwiasz lepszym przygotowaniem do ew. rywalizacji z 'Ajaksami'. Szczerze mówiąc nie sądzę, żeby granie z Lechem cztery razy (zamiast trzech, jak teraz) zrobiło tu jakąś różnicę, podobnie jak zastąpienie dwóch meczów z Koroną Kielce, jednym dodatkowym z Podbeskidziem Bielsko-Biała.
'Odcięcie od miejskich zapomóg', cóż, tu się nie zgadzamy od dłuższego czasu, ale zostawmy teraz kwestię zapomóg. Co z klubami, które zwyczajnie są własnością miast, vide dobijająca się właśnie do Ekstraklasy Wisła Płock?
pokazać ile mają dostać w razie jakby co i sami się zgodzą
Ale przecież oni tak od razu też nie dostaną więcej, bo będą się musieli podzielić z tymi z E2. Owszem, w perspektywie zarobią, ale - jak wiadomo - perspektywy do nich nie przemawiają, liczy się tu i teraz. I kółko się zamyka.
@ Gawin:
Myślę, że jakimś tam argumentem pro dla kontrahenta byłyby 24 ośrodki ligowe zamiast 16tu.
Co z klubami, które zwyczajnie są własnością miast
A kysz, zgiń, przepadnij! Przy własności miejskiej Bogusław Cupiał jawi się jako wizjoner-przyszłościowiec. Przecież to jest już dokumentne ukierunkowanie na tu i teraz.
Niemożliwe w obecnej sytuacji finansowej wielu klubów. Natomiast, tego typu kluby powinny mieć szczególny dozór w kontekście finansowego fair play a być może nawet jakieś ściśle określone ograniczenia. Ot, właśnie "przed chwilą" z Piasta wyleciał Garcia, za czym pewnie pójdzie suta odprawa. Odprawę oczywiście sfinansuje miasto z pieniędzy podatników a nie człowiek, który go zatrudnił.
Ależ ja przecież doskonale zdaję sobie sprawę, że akurat tego nie da się załatwić tak po prostu, na "trzyyy-czteee-ry!". Uważam natomiast, że powinien zostać określony termin, możliwie nieodległy, a przede wszystkim absolutnie nieprzekraczalny, do którego ta patologia ma po prostu zniknąć.
Żeby miasto mogło się pozbyć klubu, to najpierw musi znaleźć się ktoś, kto ten klub od miasta weźmie. Wymogi licencyjne są w tym temacie jasne: klub ma być sportową spółką akcyjną, czyli posiadać konkretnego właściciela. Tutaj, obawiam się, może być problem ze znalezieniem takich jeleni.
Natomiast, wydaje mi się, że PZPN może uregulować na co mogą być wydawane pieniądze publiczne. A właściwie, na co nie mogą i mam tutaj głównie na myśli pokrywanie długów. Podstawową patologią w tych klubach jest właśnie zadłużanie się ponad miarę wiedząc, że miasto i tak za wszystko zapłaci. Np. zapis w podręczniku licencyjnym, że środki publiczne mogą być wydawane wyłącznie na infrastrukturę albo szkolenie młodego narybku zdecydowanie ograniczyłby tego typu praktyki.
"Szukajcie, a znajdziecie" w Piśmie napisano
Zapis o ścisłej kontroli wydatków pochodzących z podatków, rzecz jasna, jak najbardziej popieram.