A+ A A-

Zezem. W kalejdoskopie cz. 39.

„Obwieszczenia wielkim drukiem krzyczą, że jest wojna.
Matka pisze list, bo jest niespokojna”.



 

Drogi kibicu Legii!
Nie wierz im. Ci co piszą, że w Legii jest wojna na szczytach władzy, chcieliby jej. Niedoczekanie ich. Ci, którzy wieszczą wojnę pomiędzy kibicami chcieliby jej. Niedoczekanie ich.

Owszem, większościowy udziałowiec klubu z Ł3 złożył wniosek o odwołanie zarządu klubu, co bywa normalne w ogromnej większości spółek, ale nie oznacza to żadną miarą paraliżu klubu. Nadal działa zarząd z prezesem Bogusławem Leśnodorskim i chociaż są możliwości prawne, aby go zmienić to są one iluzoryczne, chyba że prezes sam poda się do dymisji. Na straży trwałości spółek stoi nie tylko interes właścicieli, lecz również przepisy Kodeksu Spółek Prawa Handlowego. Przepisy nie zezwalają na to, aby spółka akcyjna funkcjonowała bez rady nadzorczej i zarządu. W sytuacji, w której zarząd jest odwołany, w takim samym momencie musi być powołany prezes do kierowania sprawami bieżącymi spółki. A prezesa spółki mogą odwołać wspólnicy albo walne zgromadzenie akcjonariuszy. Rada nadzorcza może tylko zawiesić go w czynnościach na czas do trzech miesięcy, wyznaczając jednego ze swoich członków do pełnienia tej funkcji, aby w podanym okresie ciała uprawnione do zmian tego dokonały. Generalnie wspólnicy oraz członkowie walnego zgromadzenia na podstawie KSPH dysponować powinni taka ilością głosów jaka wynika z wielkości ich udziałów, chyba że umowa lub statut spółki stanowią inaczej. Zarówno statut, jak i umowę spółki pod nazwą Legia Warszawa tworzyli prawnicy będący doskonałymi znawcami prawa handlowego i z całą pewnością zagwarantowali oni ochronę swoich interesów, jak i zabezpieczyli prawidłowe działanie spółki na wypadek braku zaufania pomiędzy nimi czy innego kryzysu. Tych dokumentów nie znamy, ale możemy po wypowiedziach pana Mioduskiego wnioskować, że dostrzega on prawne możliwości odwołania zarządu skoro taki wniosek złożył, ale również po wywiadzie pana Leśnodorskiego możemy wysnuć wniosek, że odwołanie bez jego zgody nie jest możliwe. Więc wielce prawdopodobnym jest zatem, że panowie wspólnicy zapisali równość głosów w razie zebrania właścicieli i ten sam tryb na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy, gdyż cały kapitał spółki jest skoncentrowany w ich rękach. Nie wiemy do końca jaka jest rola trzeciego współwłaściciela, pana Wandzela, ani też nie wiemy jak on się w razie rozpatrywania wniosku zachowa. Być może każdy ze wspólników zapisał sobie prawo do wykupienia udziałów pozostałych  w razie niemożności dokonania zmian w zarządzie lub niezadowolenia z wyników lub sposobu kierowania spółką. Nie wiemy czy taki wykup miałby charakter obligatoryjny, a więc dokonany bez zgody zainteresowanego, czy też musiałby być poprzedzony trybem negocjacyjnym, a w razie jego fiaska rozwiązaniem umowy spółki i dopiero wówczas dokonaniem spłat oraz ustanowieniem nowego układu właścicielskiego. W takiej sytuacji nie można wykluczyć ‘podczepienia się’ do procesu zmian właścicielskich innego podmiotu, który by spłacił wspólnika/-ów/, podwyższając kapitał zakładowy i stając się akcjonariuszem spółki lub tylko inwestorem. Podobnych scenariuszy można by teoretycznie napisać jeszcze kilka. Prawdą jest natomiast, że klucz do rozwiązania problemów leży w rękach ludzi, nie prawa, które stanowi tylko narzędzie umożliwiające realizację podejmowanych decyzji.

Drogi kibicu, muszę koniecznie zwrócić twoją uwagę na fakt, że pan Mioduski wnosi wyłącznie o zmianę zarządu, a nie o wykluczenie pana Leśnodorskiego z grona wspólników. Niestety pan Leśnodorski podpuszczony przez jednego z pismaków powiedział bez przemyślenia sprawy o kilka zdań za dużo, co się zdarza, choć wytrawnemu prawnikowi nie powinno. Być może zrozumie, że jednak lepiej będzie dla Legii gdy jej bieżącymi sprawami kierował będzie wynajęty fachowiec, popełniający mniej rażących błędów. Na razie pan Leśnodorski traktuje wniosek jako niezasłużoną karę i niejako poniżenie go. Niech popatrzy na pana Mioduskiego, który jest wyłącznie większościowym współwłaścicielem i sobie nie szkoduje. Można sobie także wyobrazić i sytuację, w której pan Mioduski wycofuje wniosek. Lecz jak możemy wnosić warunek tego jest jeden, fundamentalny i absolutnie podstawowy. Pan Leśnodorski jako prezes klubu musi zacząć liczyć się ze zdaniem większościowego udziałowca i je w podejmowaniu decyzji strategicznych, tych gatunkowo ważnych, uwzględniać. Nie może lekceważyć wspólnika, podejmując decyzje pod naciskiem niedużej, ale za to wyjątkowo krzykliwej i namolnej grupy kibiców lub też przesadnie respektować jej interesy kosztem ewidentnych szkód dla klubu zarówno finansowych jak i wizerunkowych. Bowiem w biznesie pieniądze i marka są najważniejsze. I o ich powiększanie i wzbogacanie musi dbać prezes, a nie powodować ich uszczuplania. Jeżeli pan Leśnodorski te proste zależności polegające na rachunku interesów zrozumie i będzie je respektował w praktyce kierowania klubem to naprawa relacji w łonie wspólników jest raczej pewna.

A póki co to ta wojenka prowadzona bardziej przez media niż przez samych zainteresowanych niczego w działalności klubu nie zmienia. Legia po 21 latach gra w elitarnych rozgrywkach Ligi Mistrzów, nowy trener jest na dobrej drodze, by opanować kryzys sportowy, a budżet klubu po stronie przychodów powinien przekroczyć w bieżącym roku sumę 200 mln złotych. O tych faktach nikt nie dyskutuje, nikt ich wręcz nie zauważa. Widocznie taki klimat nam media fundują.

Drogi kibicu Legii, dochodzić musimy do wniosku, że kością niezgody pomiędzy wspólnikami oraz tym co rzuca negatywny cień na dokonania organizacyjne, finansowe i sportowe klubu stanowi wroga klubowi postawa i działania części kibiców. Za ich wyjątkowo szkodliwą działalność nie można obwiniać prezesa Leśnodorskiego. Nie tylko dlatego, że on tych ekscesów nie chce, ale i dlatego, że jego wpływ na nie jest znikomy by nie rzec iluzoryczny. Można w jakiś sposób mu zarzucić, że po poprzednich bandyckich wybrykach nie wyciągał należytych wniosków lub że był naiwny, ufając partnerom z tamtej strony. Tylko że prezes Leśnodorski, zresztą jak i każdy na jego funkcji, musi się zmierzyć z problemem nazwijmy to składu  środowiskowego kibiców Legii. Wpływ na nich przez jakąkolwiek osobę z zewnątrz jest żaden. Aby poważnie o tym zasadniczym problemie dyskutować to trzeba go sobie uświadomić. Ci ludzie gdzieś mają system wartości nazwijmy to normalnego człowiek oraz zwyczaje i obyczaje panujące wśród większości społeczeństwa. Oni wytworzyli własny system norm właściwy tylko dla nich. Ma on takie właściwości jak:
- swoistość łącząca członków grupy i właściwa tylko im antykultura,
- dziedzictwo kulturowe, także mające swe źródło w zakładach poprawczych i więzieniach,
- przynależność do grupy na mocy wzajemnego uznania,
- znaczenie przynależności grupowej dla tożsamości poszczególnych jej członków,
- niezależność przynależności do grupy od jakichkolwiek zasług, a tylko od przyswojenia sobie zasad funkcjonowania w grupie poprzez język, specyficzne zachowania i obyczaje,
- bezwarunkowa akceptacja dla poczynań grupy gdzie wartością najwyższą jest lojalności wobec jej członków, a nie wobec innych praw i ludzi.

Brzmi to co powyżej wielce naukowo a tak jak się wyciśnie to cała wiedza o problemie sprowadza się do tego, że członkowie takiej grupy tylko siebie uważają za „ludzi” a całą resztę za „frajerów”. Wobec swoich jest się lojalnym, dotrzymuje słowa, pomaga się im, a innych traktuje się jak dojne krowy, wobec których nie ma się żadnych zobowiązań. Z taką oto rzeczywistością społeczną ma do czynienia każdy prezes warszawskiej Legii. I żaden z nich nie jest przygotowany ani fachowo, ani nawet mentalnie do zmierzenia się z tym wyzwaniem. Ponieważ  nie jest w stanie objąć swoją aksjologią, że można to co obiektywnie jest dobrem nazywać złem i odwrotnie. Bowiem dla takich osobników Legia nie jest żadnym dobrem, jest miejscem zademonstrowania wrogości wobec norm cywilizowanego świata. Nie jest to problem nowy, gdyż przed prawie 50 laty w szkołach zaistniało zjawisko tzw, „git-ludzi”. Byli to pensjonariusze zakładów poprawczych, którzy po czasowym tam pobycie wracali do środowiska uczniowskiego. Pod koniec lat 60-tych zaczęli wręcz dominować w szkołach, bijąc słabszych , szantażem wymuszając dawania im pieniędzy i drogich rzeczy, molestując dziewczęta. Zareagowano w sposób kompleksowy i skuteczny, a mianowicie podjęto równocześnie: 1) kształcenie kadr zajmujących się problemem, m. innymi utworzono Instytut Pedagogiki Społecznej Resocjalizacji na UW oraz nowy wydział na WSPS, 2) utworzono wydziały ds. przestępczości w milicji - rozdzielono trudną młodzież pomiędzy ośrodki wychowawcze i zakłady poprawcze, w tym w ZP  utworzono szkoły, do których nieletni przestępcy uczęszczali – zaczęto edukować jak zwalczać postawy progitowskie wśród tzw. normalnej młodzieży.

Przyniosło to widoczne efekty w tej postaci, że problem opinii publicznej zniknął z oczu. Lecz przecież ci ludzie nie zniknęli, oni wrócili do społeczeństwa z bagażem deprawacji i demoralizacji oraz lojalności wyłącznie wobec swoich. Jednocześnie więzienia stawały się szkołą wyższą przestępczości, pogłębionej demoralizacji oraz wytworzonej specyficznej subkultury wrogiej z założenia wszelkim normom uznanym społecznie za dobre i pożądane. Ma to również związek z tym, że znaczna część przestępców trafiających do więzień uświadamia sobie, że to jest niejako ich prawdziwy dom i muszą go sobie urządzić według swoich założeń. Każdy kto tych przekonań nie podziela, albo z innych powodów nie może przynależeć do grypy tzw. „ludzi”, jest przez nich traktowany jak ktoś gorszy, przydatny wyłącznie do pomocy w realizacji ich celów grupowych. Jeżeli ktoś czytał książkę prof. Karola Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”, przypomnieć sobie powinien opowiastkę o przestępcy, który dawał najświętsze słowo, że chce warunkowego przedterminowego zwolnienia, aby pomagać będącej w niedostatku rodzinie i że na drogę złodziejstwa i bandytyzmu już nie wróci. Po czym jak wyszedł to okradł żonę i dzieci, kochankę i napadł na staruszków. Złapany znowu prosił prof. Modzelewskiego o pomoc. Można prof. Modzelewskiemu zarzucić naiwność. Teoretycznie można, tym bardziej, że przesiedział kilka lat w więzieniach i powinien wiedzieć z kim ma do czynienia. I tacy to osobnicy w jakiejś części także są obecni na trybunach Legii, w pewnej masie będąc jej kibicami. Ale przykrawanie  naszych norm etycznych do każdego człowieka jest w nas silniejsze od posiadanej wiedzy. Więc nie obwiniajmy tak ochoczo i bezwarunkowo pana Leśnodorskiego, że chciałby w każdym człowieku widzieć partnera i że  w jego mniemaniu każdy powinien rozróżniać biel od czerni na poziomie podstawowym i nie czynić szkody matce swojej. Można czynić wyłącznie zarzuty, że konsekwentnie nie eliminował z możliwości pobytu na stadionie Legii wandali i innych szkodników. Być może pan Leśnodorski jest zwolennikiem teorii francuskiego psychologa Norberta Sillamy, który uważa,że najlepszą metodą resocjalizacji osobnika antyspołecznego, aczkolwiek w praktyce niemożliwą do urzeczywistnienia, jest „wzbudzenie uczucia, którego nigdy nie zaznał, zaszczepienie poczucia osobistej wartości, którego mu odmawiano, zapewnienie klimatu bezpieczeństwa moralnego, którego mu zawsze brakowało”.

Ja w ogóle uważam pana Leśnodorskiego za zbyt porządnego i szlachetnego człowieka na tę funkcję, którą pełni. I dlatego wszystkim doradzam, aby starannie odróżniali w nim człowieka, o którym marnego słowa nie można powiedzieć, od prezesa zarządzającego sprawami klubu. W  pełnieniu ważnej funkcji lepszym doradcą powinna być pragmatyka niż etyka.

W każdym razie pogłoski o wojnie od czego zacząłem felieton i jej niszczycielskich skutkach lansowane przez media zdają się być plotkami do których spełnienia jest dalej niż bliżej. Na tym kończę te kilka zdań mego listu.

Dyskusja (7)
1niedziela, 16, października 2016 02:47
a-c10
Zacznę od tego, że nie lubię używania słowa "wojna" w tego typu kontekstach. Bo wojna to śmierć, zniszczenie i głód. Tu mamy co najwyżej śmiech, zniesmaczenie i gnój. Niemniej jednak, patrząc z boku trudno nie zauważyć, że nastroje u części legijnych kibiców iście bojowe. Nawet tutaj da się od czasu do czasu zauważyć postawy kombatancko-partyzanckie. Co prawda głównie samozwańczych obrońców Mioduskiego, którzy w Leśnodorskim widzą "kretyna" i "samo zło", ale jednak.

Mnie osobiście jest głównie smutno. Niby nie powinno mnie to przesadnie obejść. Ale że leży mi na sercu los całej polskiej piłki, to nie ukrywam, że jednak ciut się przejmuję. W nowych właścicielach Legii chciałem dostrzec jakąś nadzieję dla naszej kopanej. Oto po szemranych straganiarzach z lat 90tych i sugar daddies w podobie Filipiaka i Cupiała nadeszli ludzie (względnie) młodzi, dobrze wykształceni i obyci w świecie nowoczesnych organizacji. Do futbolu mieli wnieść nie worki rozchlapywanych na kolejne transfery, kontrakty i prowizje pieniędzy, a know-how. Wyższą kulturę organizacji. Jakże się zawiodłem. O, jakże.

Jasne, pod względem formalno-prawnym nic wielkiego się nie dzieje. Panowie uchodzą za specjalistów w dziedzinie, trudno zatem oczekiwać, by nagle zaczęli popełniać jakieś rażące błędy. Sam jednak, Zbyszku, piszesz gdzie indziej, że niesmak jest. To już nawet nie rozwód. To kłótnia dwóch (w porywach do trzech) niby dużych, a tak naprawdę bardzo małych chłopców. Najpierw były jakieś cukierkowe opowiastki o wzajemnej przyjaźni. A teraz? "Dalecek jeft gupi, dubie w nosie i zjada kozy! I się bije!" "A Boguś nie myje ląk jak flobi kupę! I sam się bije, cholela!" Wyobrażasz sobie poważnych ludzi, którzy będą chcieli robić interesy z takimi, ekhem, partnerami? Bo ja raczej średnio.

Co do wspomnianej przez Ciebie pragmatyki, prezes Leśnodorski popełnił, moim zdaniem, kilka bardzo poważnych pomyłek. Zarówno w zakresie sportowego rozwoju klubu, jak i w relacjach z kibicami. Zostając przy tych ostatnich, ITI chciało rządzić legijnymi trybunami w sposób dyktatorski. Kto nie z nami, ten przeciw nam. A kto przeciw nam - won! To oczywiście nie miało żadnych szans na powodzenie. Niestety, nie inaczej przedstawił się pomysł pana Bogusława, który umyślił sobie odwrócenie kursu o 180 stopni. Pisałem to już wielokrotnie i ponownie powtórzę: jestem zwolennikiem dialogu. Tyle że dialog powinien być prowadzony z odpowiednich pozycji. Prezes to prezes, kibic to kibic. Pierwszy może drugiego wysłuchać, ale pod żadnym pozorem nie powinien oddawać mu procesu decyzyjnego, ani tym bardziej dawać sobie włazić na głowę. Pan B(L) stawiał na tym "odwrotnym kursie" coraz to kolejne kroki. Przymykanie oka na kolejne ekscesy. Organizacja "nieoficjalnego" sklepu kibicowskiego. Wciągnięcie przedstawicieli "zaangażowanych" kibiców na klubową listę płac. Etc., etc. Etyka każe myśleć o tym różne rzeczy. Pragmatyka podpowiada, że wszystko w porządku, o ile druga strona odpowiada (sic) równie radykalnym dążeniem do wspólnego celu. Niestety, jak obaj wiemy, było i jest dokładnie odwrotnie. Za każdym kolejnym razem sytuacja na trybunach pogarszała się, aż doszło do skandalu na meczu z Borussią. Po tych wydarzeniach stało się już absolutnie jasne, że kurs obrany przez prezesa Leśnodorskiego jest niewłaściwy. Niestety, odwrotu już nie ma. Czy to z omamienia "ideałami", czy z ryzykownej kalkulacji pan B(L) dawno już przekroczył swój rubikon i po prostu nie ma szans na to, by za jego przyczyną coś zaczęło się poprawiać.

Ta wypowiedź w żadnym wypadku nie oznacza, że staję w tym konflikcie po stronie pana Mioduskiego. Trudno bowiem stanąć po stronie kogoś, kto najpierw tylko robi wrażenie (szkoda, że wyłącznie aparycją i nienaganną polszczyzną), potem zaś usuwa się w cień wydając jakieś tragikomiczne oświadczenie. Taka postawa również pod względem pragmatyki w żaden sposób się nie broni.

Co zaś się tyczy szerokiego kontekstu: zobacz, Zbyszku - piszesz o latach siedemdziesiątych. Sie-dem-dzie-sią-tych! Wciąż dość głęboki peerel, czterdzieści parę lat temu. Dziś mamy - ekhem, ekhem - nowoczesne państwo prawa, które nie musi tworzyć nowych ośrodków nauk społecznych, bo ma ich w nadmiarze. I co? I walka z patologią zepchnięta zostaje na kluby piłkarskie, które przecież istnieją po to, by organizować zawody w szuraniu gały. Taki Leśnodorski może i kiedyś na studiach psycho- i socjologii liznął (chyba musiał, nie?), ale to było dawno temu i wcale niekoniecznie musiał się jakoś przesadnie przykładać. W końcu jest specjalistą od zupełnie czego innego. Może i nic dziwnego, że koniec końców się przewrócił?
2niedziela, 16, października 2016 11:27
Zbyszek
@a-c10.
Ja też słowa wojna nie lubię, a jeszcze bardziej samej onej.Bom nie tylko wstrętny liberał, a do tego jeszcze obrzydliwiec pacyfista.Nie chcę się usprawiedliwiać,że do użycia słów wojna skłoniły mnie bodaj dwa tytuły gazet codziennych, bo tak do końca nie było. Następowała eskalacja coraz bardziej brutalnych wypowiedzi panów BL i DM i postanowiłem dać wyraz swemu oburzeniu tak jak mogłem czyli poprzez felieton na C-L wiedząc,że Panowie tę stronę czytują.Więc ze względów konstrukcyjnych wymyśliłem dwuwiersz w którym słowo "wojna" konweniowało spójnie ze słowem "niespokojna",a to z kolei narzuciło narrację felietonu jako listu do... .
Jednocześnie treść felietonu miała stanowić swoiste alter ego wobec alarmistycznej inwokacji. Wprowadzenie dramatyczne ,a potem napięcie opada.

Bowiem konflikt wśród współwłaścicieli jest faktem. Mają oni różne spojrzenia na teraźniejszość i przyszły rozwój klubu i jego infrastruktury.. I nie jest tak,że jednej stronie można przyznać rację. Racje są podzielone.I nie jest to banał. A do tego nazwijmy to tak : na swoiście pojmowane dobro klubu nakładają się również uzasadnione interesy osobiste.Ponieważ ,jak wiesz, jestem osobistym wrogiem kompromisu ,a gorącym zwolennikiem porozumienia i kooperacji to w żadnym stopniu nie zamierzałem ,ani nie zamierzam ujawniać szczegółów sporu dolewając benzyny do ognia..
Niestety każdy w miarę uważny obserwator wie,że dziś żadnych celów nie da się zrealizować bez pieniędzy. Tak więc osią sporu to dostęp do pieniędzy.Dodajmy coraz większych pieniędzy. Bowiem jak pan BL zostawał prezesem klubu to budżet wynosił 67 mln zł., na ten rok to jest 122 mln, zł,,a prawdopodobne wykonanie po stronie przychodów to ponad 200 mln zł. Nadwyżka tegoroczna przychodu ponad wydatki to prawie 80 mln zł. Jak by nie patrzeć jest o co się bić.Im więc więcej pieniędzy tym spór silniejszy.

Moim zamiarem w pierwszej części listu otwartego, tak naprawdę skierowanego, do współwłaścicieli, było ukazanie im jak to szersza publika odbiera i że zamiast dawać upust emocjom powinny zdać się na rozwiązania prawne przy zachowaniu elementarnego racjonalizmu. Bo to,że każdy z panów ma zapisane równe prawo głosu to nie oznacza,że siła ekonomiczna jest taka sama. I Panowie BL oraz MW powinni przynajmniej racji większościowego udziałowca wysłuchiwać.A już zaprzęgnięcie do nagonki znanego z wyjątkowego cynizmu i służalczości pismaka z dala zdradzało prowokację.
Poza tym wiadomym było,że jak w niedobranym małżeństwie skazanym z różnych powodów na siebie emocje wkrótce opadną i jakiś modus vivendi da się osiągnąć. Chodziło tylko o to, aby Panowie nie zaszli za daleko i aby szkody wyrządzone niebacznymi słowami były jak najmniejsze i do odwrócenia.

Osią sporu nie jest stosunek pana BL do kibiców. Raczej tłem i jest kwestią przypadku,że niejako ujawnienie konfliktu zbiegło się choć niedokładnie w czasie z wydarzeniami na meczu z Borussią i nałożeniem kar przez UEFA.
W drugiej części listu chciałem z kolei pokazać,że winy panu BL za bandyckie zachowania kibiców przynajmniej w wersji umyślnej nie wolno przypisywać.Być może nie wszytko zdołał przewidzieć. Ale też nie zamierzam tą wiedzą, przynajmniej na razie dzielić się,- za co przepraszam.
Bowiem to materia jest oporna, czyli rzeczywistość skrzeczy.I mimo,że panu BL czy takiemu Mortowi wydaje się,że mają na nią wpływ to nie mają żadnego.I tu najpierw wyjaśnienie dlaczego celowo przywołałem wydarzenia związane z tzw. "git-ludźmi" Szło mi o to, aby ujawnić,że to ponad 40 lat temu zaczęło się zamiatanie problemów społecznych pod dywan zamiast ich rozwiązywania.Rozrabiają gnoje w szkołach to ich zamknijmy w poprawczakach.Problem usunięto z mediów i w dużym stopniu ze szkół,ale przecież ci ludzie zostali i oni musieli gdzieś się ujawnić. Czynili to i czynią m.innymi na trybunach stadionów piłkarskich. Podobnie jest z adeptami więziennych szkół przestępczości do czego walnie przyczyniło się ochocze zamykanie w aresztach tysięcy młodych ludzi za posiadanie niewielkich ilości narkotyków.To tworzy tę przestrzeń do zachowań przestępczych na stadionach,a nie to czy prezes BL rozmawia z kibicami. Ja mogę od siebie tylko dodać,że dobrze ,że rozmawia, a źle ,że czyni to bezskutecznie. gdyż dziś miarą sprawności kierowania nie jest poddanie się wydumanym regułom, ale skuteczność. Ten jest dobry dla przykładu kto zapewnia ład i bezpieczeństwo na stadionie. Jakimi metodami to jego sprawa, byleby były zgodne z prawem.

Lecz przy omawianiu problemu wpadamy wszyscy w pułapkę semantyczną,a mianowicie wszystkich tych którzy przychodzą na stadiony traktujemy jako kibiców, i tylko tym co rozrabiają nadajemy nazwy pseudokibic, taki na niby,albo kibol.I przeciwko temu też jest mój protest.
Bo wyobraźmy sobie sytuację,że jesteśmy fanami jakiegoś muzyka i idziemy do klubu na jego koncert.Siadamy sobie przy stolikach, ja przy piwku, Ty przy winku, Senator przy coli, Walles, przy koniaczku,a Iocosus i Monrooe przy śliwowicy. A nieopodal stoliki zajmują fani o innej ekspresji, oni tupią , gwiżdżą, panowie machają marynarami, panie majtkami i fajno jest.Tylko,że razem z tymi odmieńcami przyszło paru z bombą i ta bomba wybucha.I nikt takich nie nazywa pseudofanami, albo fanolami, ale tak jak należy , terrorystami,albo łagodniej bandytami. I nikt nie obwinia właściciela klubu,że jest winien temu co się stało.Nawet jeżeli z tymi bandytami wcześniej rozmawiał lub coś negocjował.

I tu trudno się z Tobą nie zgodzić,że problem zwłaszcza z dużą częścią młodzieży jest poważny,a zaniedbania w jego chociaż próbie rozwiązania ogromne i że nie wolno było klubów piłkarskich samych z nim.zostawić Ale tu znowu kłania się cynizm polityków, którzy przy pomocy zniewolonych mediów pokazują szerokiej publice: to nie my to oni. Ich zdaniem to nie jest problem społeczny,ale problem kiboli.A że w Legii występuje w wielkim nasileniu.?. Ogromny klub to i problem ogromny Smile. Zbywam to ostatnie zdanie uśmiechem ,gdyż banałów nie chcę pisać,a na poważnie to już i miejsca przymało i Twoja cierpliwość na wielką próbę wystawiona. Nie chcę nadużywać, Pozdrawiam.
3poniedziałek, 17, października 2016 02:47
a-c10
@ Zbyszek:

Pozwolę sobie zacząć od końca: ostatnie zdanie to wcale nie taki znowu banał. Odsuwając na bok wszelkie kibicowskie preferencje, naprawdę trudno nie zauważyć, że już od kilku sezonów Legii na krajowym podwórku robi się wyraźnie za ciasno. I to zarówno pod względem czysto sportowym, jak i organizacyjno-finansowym. W ostatnich latach Wasz zespół jako jedyny w Polsce dość regularnie potrafi się pokazać na kontynencie. Tegoroczny awans do LM, jakkolwiek fartowny, stanowi swoistą wisienkę na torcie. Z kolei kwoty, jakimi operujesz opisując legijny budżet, dla reszty polskich klubów pozostają - przynajmniej w tej chwili - kompletnie nieosiągalne. To się, rzecz jasna, jedno z drugim ściśle wiąże, acz przecież nie w stosunku 1:1. I tutaj, przy całej krytyce wobec poczynań właścicieli Legii, wypadałoby im oddać co należne. Boć to przecież w dużej mierze ich zasługa. Lech i - zwłaszcza - Wisła, a więc kluby, które szły w bieżącym stuleciu łeb w łeb ze stołeczną ekipą, obecnie przeżywają większe, bądź jeszcze większe kryzysy. Tymczasem Legia w zaskakująco szybkim tempie prze do przodu. Jeszcze ciut i znajdzie w zasięgu wzroku całkiem solidne europejskie marki. Może jeszcze nie Ajaksy i Sportingi (o Realach i Bayernach nie wspominającWink) ale już Anderlechty i Bazylee jak najbardziej.

I tu właśnie, moim zdaniem, leży przyczyna wielu problemów targających Waszym klubem. W tempie. Legia wyszła w pełne morze. I na pierwszy rzut oka wcale nieźle tam pasuje. Ma fajny stadion, otoczkę, pochodzi ze stolicy rozwijającego się państwa w sercu Europy... Czyli co, "niech wicher dmie nam w żagle"? Nooo... niekoniecznie. Szkopuł w tym, że armatorzy Legii to ludzie, którzy dopiero co zdołali bardzo pobieżnie otrzaskać się z żeglugą kabotażową. Doświadczenie na wodach krajowych mają niewielkie, na międzynarodowych - żadne. Dlatego uparcie dziwi mnie, że Legia poszukuje zagranicą wyłącznie zawodników i trenerów. W mojej opinii znacznie bardziej przydałoby się Wam kilku importowanych fachowców w białych kołnierzykach. Ludzi, którzy gdzieś już byli, coś widzieli, coś robili i podmuchy o sile pięciu, czy sześciu w skali Beauforta nie robią na nich przesadnego wrażenia.

Co do pułapki semantycznej - jakbym czytał samego siebie. Lata temu, podczas jednej ze swych pierwszych - o ile zgoła nie pierwszej - dyskusji z Senatorem pisałem, że jeśli ktoś łamie normy społeczne, krzywdzi fizycznie niezainteresowanych bliźnich, niszczy cudze/publiczne mienie, etc., to nie powinniśmy różnicować powodów, dla których to czyni. Bo i co to ma niby za znaczenie, czy te powody to "Legia Kyng!", "stop kapitalistycznemu wyzyskowi", "precz z komuną!", "PKP ch*je!", czy też może "Zośka ma best tyłek ever!"? Człowiek dopuszczający się wspomnianych wyżej czynów nie jest ani "kibolem", ani "alterglobalistą", ani "alterpekapistą", ani "patriotą" (!?!), ani w ogóle nikim innym, jak tylko zwykłym wandalem, względnie bandziorem. I tak właśnie należy go nazywać i traktować.

W kwestii zamiatania pod dywan: o tym właśnie chciałem w swej pierwszej tutejszej wypowiedzi, najwyraźniej nieudolnie ją sformułowałem. Cztery dekady temu władzuchna ludowa wyrzuciła rozrabiaków ze szkół do zakładów poprawczych/karnych i swoim zwyczajem odtrąbiła sukces. Tyle tylko, że była to właśnie władzuchna ludowa. Dziś, bogatsi o te czterdzieści lat doświadczeń i rozwoju nauk społecznych, robimy dokładnie to samo. Z tą różnicą, że zamiast zakładu miejscem upchnięcia "trudnej młodzieży" stał się stadion. O tyle to głupsze, że dyrektor i załoga poprawczaka przynajmniej w teorii powinni być przygotowani do radzenia sobie z tym, co ich czeka.

aby Panowie nie zaszli za daleko i aby szkody wyrządzone niebacznymi słowami były jak najmniejsze i do odwrócenia

Obym się mylił, ale chyba już po ptokach.

Również pozdrawiam!
4poniedziałek, 17, października 2016 20:58
Zbyszek
@A-c10.
To,że Legia gra w LM to powinno być normalnością nie tylko dla niej,ale dla każdego kto w Polsce zdobywa tytuł Mistrza.Lecz prawda też jest taka,że gdyby nie reforma eliminacji to w raczej nas by w niej nie było. A gra w grupie LM pokazuje jak daleko jesteśmy za zasobną Europą. I nie chodzi tu o poziom organizacyjny,ale poziom sportowy.Piłkarze, którzy grają w kraju odstają zdecydowanie od ich kolegów z wielu innych krajów.Można by obrazowo powiedzieć,że każdy kto chce coś w piłce osiągnąć ucieka z Polski ,a w kraju zostają same "odpady" bez ambicji i bez charakteru. Za to ciągną do nas tabunami lenie i różne nieudaczniki , które u nas czują się doskonale.
Wbrew temu co głosi niejaki Probierz, główna wina w tym stanie rzeczy tkwi w trenerach,a osobliwie w ich nieuctwie. To trenerzy są tak marni,że o ich losie decydują zawodnicy,a nie oni o losie zawodników.W Legii również ten problem narastał, stąd poszukiwanie trenera zagranicznego,aby wyprowadził klub piłkarsko na europejskie wody.Ale nawet Legii nie stać na trenera z dorobkiem ,gdyż tacy i tam są w cenie więc zatrudnialiśmy tych co byli akurat do wzięcia. I sytuacja sama z siebie się nie poprawi. Więc tak naprawdę to droga do sanacji musi wieść przez polskich trenerów. Ale, aby to się mogło stać to oni muszą być lepiej wyszkoleni i władze klubów darzyć ich większym zaufaniem . Bo do tej pory to jak zawodnikom trener się nie podobał, gdyż z reguły za dużo wymagał to grali przeciwko niemu i zwalniano trenera,a nie nic nie wartych kopaczy.
A przecież te czterdzieści parę lat temu kluby nasze, Legia i Górnik wiele znaczyły w Europie, a reprezentacja była w ścisłej czołówce światowej.Ale wtedy ,aby być trenerem w I lidze trzeba było mieć studia kierunkowe, kursa niektóre i staż trenerski w niższych klasach.Dziś wystarczy być bezczelnym. Aczkolwiek sytuacja powoli się zmienia, bo mamy nowe w Górniku Łęczna, w Wiśle Płock,w Koronie, w Legii czy Zagłębiu Lubin, a i wymieniony Probierz zaczął się rozwijać i nie wszystko jest już dla niego proste i łatwe..
Tylko,że ten upadek etosu trenerskiego nie wziął się z niczego,ale miał swoją przyczynę w korupcji, która trawiła polską piłkę przez prawie 30 lat.To ona sprawiła,że nie warto było trenować, uczyć się, rozwijać, bo po co?/skoro i tak mecze w większości były kupowane i sprzedawane. Do tego nałożyło się bankructwo systemu zwanego realnym socjalizmem powodujące brak finansów na wszystko ,a owocujące gigantycznym odstępem infrastrukturalnym. Kiedy tam grano cały rok , u nas nadal przez 8 miesięcy.Pod tym względem zachodzą pozytywne zmiany. Za to szkolenie młodzieży leży.W innych krajach to państwo wykłada środki na szkolenie piłkarskie dzieci i młodzieży traktując to jako zadanie własne,ale i sposób na socjalizację młodych ludzi.To,że mamy tylu bandytów stadionowych wynika także z tego,że oni w ogóle nie rozumieją czym jest sport , gdyż go w żadnym zakresie nie uprawiali.
I na te bolączki żaden najlepszy prezes czy właściciel klubu piłkarskiego nie zaradzi.On może manewrować tylko w takim zakresie jaki ma do dyspozycji. Dlatego ja się z Tobą zgadzam,że władze Legii radzą sobie na tle innych w Polsce najlepiej. I tego im nie odbieram. Szkoda,że sami na ten swój dorobek pluć zaczęli.

I ja nie o to ma pretensje do zarządu Legii. Tylko o to,że patrzy na znane zjawiska w sposób odrealniony, a nie konkretny. Bowiem zarządzanie to m.innymi wyciąganie wniosków z wiedzy jaką się posiada, a nie robienie za strusia.W dziedzinie bezpieczeństwa stadionowego ., bo nie chcę rozszerzać przykładów to władze wiedzą z kim , a więc w dużej części z jakim elementem ludzkim mają do czynienia i że zapanowanie nad nim jest złudzeniem.Dlatego tez ich obowiązkiem było zrobić to co możliwe,aby bądź do ekscesów nie dopuścić, lub ich wystąpienie zminimalizować.I tu miały możliwość poprawy zabezpieczenia technicznego oraz eliminowania ze stadionu rozpoznanych bandytów.W dziedzinie nieszczęsnego zabezpieczenia to wiedza jest taka,że ono musi odpowiadać zagrożeniu. Nie ma żadnego przymusu,aby były bramy, furtki, przejścia, parkany i inne ogrodzenia. Jak nie ma zagrożenia to nie ma potrzeby ich istnienia. Ale jak już są to muszą spełniać swoją rolę, a więc uniemożliwiać ich sforsowanie.
Po Polonii kiedy grupy kibiców przedarły się z trybuny północnej na inne trybuny niczego nie poprawiono, gdyż wstępne ustalenia wskazują,że to samo zrobiono w meczu z Borussią. Po meczu z Jagiellonią, kiedy grupa bandytów mogła wedrzeć się na sektor gości nic nie zrobiono, aby sytuacje poprawić, bo w meczu z Borussią mogło dojść do tego samego.Więc urządzenia ochronne są atrapą,a w najlepszym wypadku wątpliwą ozdobą.
Ponoć rozpoznano tych wandali, którzy za tymi i innymi ekscesami skutkującymi zamkniecie trybuny północnej i stadionu stali i nie wyciągnięto wobec nich żadnych wniosków.To już jest skrajna nieodpowiedzialność.I tego się nie da wytłumaczyć niczym. Chyba,że strachem. Tu ja mam takie powiedzenie jak mnie jakiś bandyta chciałby nastraszyć to mówiłem :" Jak ja bym miał się bać takich jak ty to bym z domu nie wychodził.".Więc kiedy czytałem w oświadczeniu pana Mioduskiego,że on się boi o siebie i rodzinę to sam zadrżałem . Toż to im tylko o to chodzi,aby Pan się bał i żeby pan im ustępował. Na tym polega ten syndrom powodzenia terroryzmu. Na zastraszeniu.Na wywołaniu strachu. A może to tak ich zacząć straszyć.?

W Legii moim zdaniem kierownictwo klubu jest dostatecznie przygotowane do zarządzania nim.Ja powiem więcej oni wszyscy i pan Leśnodorski i pan Mioduski i pan Wandzel weszli do piłki już po jej okresie korupcyjnym i też ich zaletą jest,że nie wyrośli z grona byłych piłkarzy, sędziów i działaczy.Bo jednym z nieszczęść naszej piłki jest to,że stała się ona niejako własnością jej użytkowników, którzy traktują zarządzanie piłką jak tajemną wiedzę, do której tylko oni posiedli dostęp.A w gruncie rzeczy są to nieudacznicy, którzy nie potrafią nic osiągnąć poza piłką.Ja zdecydowanie wolę takich, którzy sprawdzili się na rynku, w konkurencji i coś osiągnęli. Na razie bowiem ta specyfika piłki polega na tym,że im więcej się płaci to tym mniej się wymaga, a ci którym się płaci coraz mniej chcą dawać od siebie.Pisałem o tych drastycznym różnicach w pojmowaniu profesjonalizmu w felietonie o Hubercie Wagnerze oraz komentarzu po meczu z Pogonią.

Na tej stronie piszemy o sukcesach w siatkówce, piłce ręcznej przy których piłka nożna przynajmniej w wydaniu klubowym to bogaty wujek z ameryki, który płaci za nic. Ja nadal nie twierdzę,że piłkarzom za dużo się płaci, ja tylko twierdzę,że za mało się od nich za te pieniądze wymaga.
Podobnie nie twierdzę,że z różnymi bywalcami stadionowymi nie należy rozmawiać, ale twierdzę,że w dziedzinie zapewnienia bezpieczeństwa na stadionie władze klubu powinny robić to co musi być robione.
Bo jest oczywistym,że za sukcesy i za spokój trzeba płacić, Tylko jest pytanie kto ma wystawić rachunek i kto ma go regulować.?.
Pozdrawiam.
5wtorek, 18, października 2016 01:55
a-c10
@ Zbyszek:

Nie do końca się z Tobą zgodzę. Pisałem już tutaj parokrotnie, że moim zdaniem różnica w umiejętnościach czysto piłkarskim pomiędzy futbolistą polskim, a zachodnim wcale nie jest taka znowu przerażająca. Owszem, ona istnieje. Ale w razie chęci (!) i potrzeby dość łatwo i szybko można ją zasypać, przynajmniej częściowo. Zwróć uwagę na to, że jednak ktoś tam od nas na ten zachód wyjeżdża. I - zwłaszcza ostatnimi czasy - raczej gra, niż nie. Owszem, wciąż nie jest tak, że kluby ze ścisłej europejskiej czołówki przeczesują polski rynek niczym argentyński, brazylijski, czy francuski. Niemniej, trudno nie zauważyć, że sporo się w tym zakresie zmieniło. Ot, dla przykładu, taki Igor Lewczuk. Chłopak znany u nas głównie z solidności, niby ceniony obrońca, ale przecież żaden gwiazdor, trafił do silnej ligi francuskiej i z miejsca sobie radzi. Arkadiusz Milik, ledwie parę lat wstecz jeden z wielu ligowców, po jakichś tam perturbacjach tak się rozwinął, że Napoli bez szemrania wyłożyło zań trzydzieści baniek w eurowalucie. Z górką. Czyli jednak można. Polski stoper może dobrze odbierać piłkę, polski pomocnik dobrze podawać, polski skrzydłowy dobrze dogrywać, polski napastnik celnie strzelać, etc.

Problem w tym, że u nas nikt go do tego nie zmusza. Na zachodzie od zmuszania (w ten, czy inny sposób) jest trener. Szef. Albo tego szefa słuchasz, albo, cóż - tam są drzwi. Tu posłużę się przykładem innego ekslegionisty, Dominika Furmana. Ówże Furman swego czasu za całkiem przyjemne pieniądze trafił do Toulouse. Wydawało się, że ma wszelkie dane po temu, by ten przeciętny francuski klub stał się jedynie przystankiem do naprawdę ciekawej kariery. Bo co, podać umie, rozegrać umie, stały fragment też niczego sobie, dodatkowo strzał z dystansu - świat otworem stoi. Niestety, zamiast windą do góry, "Furmi" opuścił Tuluzę schodami do piwnicy. Coś tam jeszcze powegetował we Włoszech, po czym z podkulonym ogonem wrócił do kraju. Dlaczego mu się nie powiodło? Byli lepsi? Raczej niekoniecznie. Po prostu pan Dominik ni w ząb nie umiał pojąć, dlaczegóż to trener nie pozwala mu grać tego, co on chce i lubi. No niestety. Układać taktykę pod zawodnika to można dla Leo Messiego, albo Cristiano Ronaldo. A że ani żaden z nich do Les Pitchouns nigdy jakoś nie trafił, ani sam Furman żadnego z nich nawet z daleka nie przypomina, oczekiwano od niego, że będzie robił to, co każe mu bezpośredni przełożony.

W Polsce bezpośredniemu przełożonemu można mniej, lub bardziej otwarcie zasugerować, aby swe nakazy na gwoździu w wychodku powiesił. Średni okres pracy trenera w klubie Ekstraklasy to ledwie kilka miesięcy. Czas, który w razie jakichkolwiek problemów można spokojnie przeczekać. Jak to git-ludzie mawialiWink po peronie się przelata. W związku z tym wszystkim polski ligowiec może sobie podług własnego widzimisię decydować, do których poleceń i ustaleń będzie się stosował, a do których nieprzesadnie. Trenera i tak po kilku(nastu) kolejkach pogonią. Przyjdzie nowy, a u nowego, wiadomo - gruba kreska, tabula rasa i te rzeczy. Bo tak ładnie. I w koło Macieju.

Ja nie przeczę, że polscy trenerzy bywają niedouczeni i aroganccy. Sęk w tym, że w takich warunkach pracy nawet najlepiej wykształcony, pozytywnie skromny i pracowity szkoleniowiec miałby problem ze zdziałaniem czegokolwiek sensownego. Dlatego za taki stan rzeczy winiłbym jednak nie trenerów, a - pożal się Boże - włodarzy. Tak, jasne. Korupcja zrobiła swoje. Przez całe dekady wyniki meczów decydowały się nie na boisku, a w przydrożnych knajpach, leśnych parkingach i innych podobnie uroczych lokalizacjach. Doskonale rozumiem, że w takich realiach jakiekolwiek przyszłościowe inwestycje mijały się z celem. Jak również to, że dobrym trenerem był wówczas nie ten, co potrafi umiejętnie zawodników po murawie porozstawiać i zmotywować do pracy, a ten, co miał układy i znajomości wśród sędziów, obserwatorów i innych trenerów. Wszystko jasne.

Ale to się przecież zmieniło, prawda? O, jasne. Nie mam złudzeń, że korupcyjną zarazę udało się ze szczętem wyplenić i teraz już wszystko jest czyste. Niemniej na pewno wałków jest zdecydowanie mniej. Żeby osiągnąć przedsezonowy cel - czy jest nim Mistrzostwo, utrzymanie, czy cokolwiek pomiędzy - trzeba się jednak prezentować na boisku, nie za kulisami. Ileż jeszcze można sięgać po wymówki typu "bo u nas był handel punktami!"? No był. I kogo to obchodzi? Czy zachód przystanie i cierpliwie poczeka, by dać nam szansę nadgonienia wieloletnich opóźnień w rozwoju? Dobre sobie.

Co do piłkarskich uposażeń w naszym kraju, to ja jak najbardziej uważam, że są one za wysokie. I wcale nie chodzi o moją zazdrość. Słyszę o wielomilionowych gażach zawodników ze ścisłego topu, rywalizujących o laury w najlepszych rozgrywkach krajowych i Lidze Mistrzów i wcale jakoś mnie nie telepie. Wręcz przeciwnie. Uważam, że skoro są oni motorem napędowym biznesu generującego ogromne zyski, naturalnym jest, że mają w tych zyskach uczciwy udział. Ale właśnie: biznes, zyski... Od wielu lat słychać, że piłka, także polska, to biznes. I że mamy w naszym kraju futbolowe zawodowstwo. Ta-ak? A pokaż mi, Zbyszku, inną gałąź gospodarki rynkowej, w której firma płaci swym pracownikom nieporównywalnie więcej, niż zarabia, a mimo to nie upada. Nie bankrutuje. Więcej, pokaż mi branżę, w której istnieją właściwie tylko takie właśnie firmy. No, z nielicznymi wyjątkami.

Parę tygodni temu w Lidze+ Extra młodzian nazwiskiem Patryk Lipski stwierdził z dużą dozą ironii, że ministerialne stypendium, jakie ongiś dostawał za dobre wyniki w nauce, przewyższało jego dzisiejsze zarobki w Ruchu Chorzów. A ja się pytam skąd i po co ta ironia. Dlaczego niby tonący w długach klub piłkarski, który od lat bezskutecznie poszukuje (?) inwestorów, miałby płacić więcej swoim piłkarzom? Jeśli ci nie pasuje pensja, jaką dostajesz od Niebieskich, idźże chłopcze tam, gdzie ci zapłacą więcej. O ile chętny na płacenie ci więcej w ogóle się znajdzie, bo póki co, mimo wielu pozytywnych recenzji twoich występów, obecności kolejek na Cichej jakoś nie stwierdzono.

Przy czym Ruch to jeden z nielicznych (w miarę) pozytywnych wyjątków. Po licencyjnych perturbacjach klubowi nałożono finansowy kaganiec i nagle trzeba było pensje panów piłkarzy urealnić. Cała masa innych klubów ma taką realność głęboko w płucach. No bo co, swoje wydają, czy jak? Jedna rąsia po transzę z Ce plus, druga po jałmużnę od miasta i jedziemy. Piszesz, Zbyszku, że państwo powinno łożyć na szkolenie. Ależ oczywiście, że powinno. To proste jak dwa razy dwa. Choćby dlatego, że niby z adeptów dowolnie wybranej szkółki piłkarskiej zawodowymi futbolistami zostają jakieś promile. I świetnie, ale za to większość reszty wyrasta po prostu na zdrowych ludzi. A to już są bardzo konkretne oszczędności na wszelkiej maści poradniach, od tej od wad postawy, poprzez kardiologiczną, na psychiatrycznej skończywszy. Niestety, zamiast dotować kopiącą młodzież, kochane państewko szerokim gestem wspomaga dorosłych, rzekomo profesjonalnych skórokopów. O korzyściach ze wspierania dzieci już wspomniałem. A jaką korzyść ma Rzeczpospolita ze sponsorowania Badiów, Goncalvesów i reszty? Zabij, nie wiem.

Wracając szerokim łukiem do Legii - z jednej strony to oczywiście świetnie, że panowie M., L. i W. nie są umoczeni w cały ten nasz ohydny, działaczowski (pół)światek. A przynajmniej nie byli. Patrząc na rosnącą zażyłość prezesa Leśnodorskiego z redaktorem Stanowskim odnoszę wrażenie, że jednak troszkę się pan Bogusław utytłał. Z drugiej, szkoda że w naszym futbolu oprócz tego (pół)światka istnieje tak naprawdę bardzo niewiele. Nie ma się od kogo uczyć. Nie ma skąd brać pozytywnych wzorców, dobrych praktyk. W związku z czym nie da się konfrontować ich z własnymi ideami i na takiej podstawie podejmować kluczowe decyzje. Tu nie chodzi o jakąś tajemną, niedostępną maluczkim futbolową wiedzę. Rzecz w tym, że jednak każda branża ma jakąś swoją specyfikę. W polskiej piłce albo tę specyfikę poznajesz i nasiąkasz działaczostwem, albo pozostajesz zdany na samego siebie. Twierdzisz, że właścicielski tercet Legii patrzy na pewne sprawy w sposób odrealniony, a nie konkretny. Pewnie masz rację. Skąd jednak, od kogo ci ludzie mają się uczyć realności spojrzenia? Od Stanowskich? Od Kręcinów? Wiesz co? To może jednak lepiej niech już się nie uczą?
6wtorek, 18, października 2016 13:42
Zbyszek
@A-c10.
Tym razem dostrzegam u Ciebie emocjonalne zaangażowanie więc jakoś w temat utrafiłem.Smile. A mnie chodziło po prostu o to,że polskie kluby, w moim przekonaniu organizacyjne nie odstają tak bardzo od swych braci z zachodu jak sportowo. I ta przepaść się pogłębia.Ja nie chcę epatować znajomością historii naszej piłki,ale i Legia i Górnik i Widzew grały nie tylko jak równy z równym,ale wygrywały z mistrzami prawie z każdego kraju. Jeszcze 21 lat temu Legia wyszła z grupy w której byli mistrzowie Anglii i Rosji. Dziś to byłoby nierealne I co najważniejsze tamte sukcesy były dokonane wyłącznie polskimi zawodnikami. To wymaga podkreślenia. Oczywiście można powiedzieć,że w PRL żaden nasz zawodnik nie mógł na zachód wyjechać, a po 1974 roku poniżej 30 roku życia ,ale po 1989 roku już tak. W latach 90-tych transferowano kilkunastu zawodników rocznie do liczących się lig. Dziś są to jednostki. I teraz test dla Ciebie ; czy znajdziesz w naszej ESie nie mówię 15,ale 11 polskich zawodników, których by się sprowadziło np. do Legii i ta Legia by bez ułatwień awansowała do LM i grała w niej bez wstydu z najlepszymi. Ja nie znalazłem.Wszystko co polskie i co się nadawało do grania zostało wydrenowane, no może poza Pazdanem i Jodłowcem. A ci którzy wyjechali to poza rzeczywiście Lewczukiem to tam dopiero zdobyli szlify. Ale wyjątki potwierdzają tylko regułę. Więc rzeczywistość skrzeczy.
I są 4 odpowiedzi na tak postawione pytanie, A mianowicie to o czym piszesz,ale w innym zupełnie kontekście, czyli brak konkurencji, dalej brak adekwatnych do potrzeb metod szkoleniowych, brak odpowiedniego materiału ludzkiego oraz za mało pieniędzy.Nie chcę rozwijać każdego z tych zagadnień,ale chodzi w gruncie rzeczy o to,że aby piłka była to muszą być piłkarze, byle jacy ,aby byli.Kiedy ja czytam jak wygląda proces przygotowywania młodych ludzi do wyczynowego uprawiania piłki i wdrażania ich w ten proces w wieku juniora w wielu krajach to my jesteśmy milion lat za murzynami. A to na tym etapie zaczyna się kształtować piłkarz.Potem następuje szlifowanie , które też trzeba umieć robić. Dlatego u nas, poza nielicznymi wyjątkami szuka się młodych, zdolnych jeszcze niezmanierowanych.Bo brak konkurencji czyli brak selekcji powoduje,że na każdego chucha się i dmucha i wyrasta on na takiego Furmana, Wolskiego czy innego Świerczoka albo Pawłowskiego. Ci zawodnicy w normalnym trybie graliby by sobie w takich Niemczech w amatorskich klubach dla podratowania zdrowia. Bo u piłkarza ważne są dwie cechy, tylko dwie, : zdrowie i charakter. A oni ani jednego, ani drugiego nie mają. Więc proces konkurencji u nas nie istnieje.I stąd taka degrengolada o czym napomknąłem w komentarzu po meczu z Pogonią.Normalny człowiek , ba pracownik wie,że ma znać swoje miejsce w szyku i przestrzegać reguł ustanowionych przez przełożonych.Wszędzie tylko nie w piłce.Bo w niej w Polsce rządy sprawują ludzie nic od siebie nie dający i tylko oczekujący aż im się da. Swoiści szantażyści, których nauczono,że wymuszanie się po prostu opłaca. Wyrobiono w nic taki rodzaj odruchu Pawłowa. Kto wyrobił.? W pierwszej kolejności trenerzy.Trenerzy z kolei mówią,że prezesi klubów, bo im łatwiej zmienić trenera niż wielu piłkarzy.
A ja który znałem dość dobrze te środowiska miałem przekonanie,że mam o nim dostateczną wiedzę.Az posłuchałem sobie wywiadu obszernego i szczerego aż do bólu pana Józefa Wojciechowskiego.On wszedł do piłki kopanej z bagażem osobistych doświadczeń nabytych w USA na budowach i w Polsce też w tej branży i to co zastał jego przeraziło. Każdy w klubie uważał,że dostaje za mało, Każdy chciał więcej szmalu, a nikt nie robił tego co do niego należało.Trenerzy w ogóle nie planowali żadnych zajęć, nie wiedzieli po co one są, często prowadzili ich asystenci, mieli wyniki badań,ale ich nie znali, o rywalach znali plotki itd. , a piłkarze obijali się jak mogli, nawet jak trener kazał coś robić to każdy z nich robił to byle jak, jak najmniejszym wysiłkiem i jak najwolniej.Co było tolerowane. Jedynym wyjątkiem był Jacek Zieliński, przygotowany, pracowity i kompetentny,ale niestety bezczelni kopacze weszli mu na głowę i przestał kontrolować cokolwiek.
Ja patrzę również na rozgrzewkę przedmeczową zawodników bo zwykłem być od 53 lat z górą te 1,5 godziny przed spotkaniem ,aby chłonąc atmosferę. I nie chcę idealizować dawniejszych czasów,ale dziś to są obiboki i śmierdzące lenie i nikt nie zwraca im uwagi na to,że każde ćwiczenie musi być wykonane dokładnie, w odpowiednim tempie.. Z drugiej strony świadczy to o tym,że panowie piłkarze ostentacyjnie pokazują jak bardzo lekceważą to za co im płacą.Lecz ja powtarzam każdy ma tę tendencję,że idzie na łatwiznę i to po to są przełożeni,aby wymagać.Mnie jako nazwijmy to kierownikowi, naczelnikowi, dyrektorowi od ponad 42 lat zdarzyło się bodaj dwa razy,abym się z czymś takim spotkał ze strony podwładnego. Są to dla mnie przykre wspomnienia,ale SAF ze swoja wyżymaczką przy mnie to małe miki..Więcej nawet nie próbowali.Bo psychologiczna i behawioralna teoria ról społecznych jest teoretycznie poprawna i sprawdzalna praktycznie. Każdy niemalże instynktownie czuje czego się od niego oczekuje i co on sam powinien robić pełniąc określoną społeczna rolę.Głupi tego nie wymyślił,że psuje się od zwierzchności. Piłkarze są najniższym ogniwem w łańcuchu pokarmowym i ich postawa wynika z normalnych zachowań dostosowawczych - jak mogę mniej to po cholerę mam dawać więcej. I to jest normalne i naturalne. Dlatego akurat w ten kontekst nie wolno w piłce wpisywać zasad rynkowych tyczących prawa popytu i podaży. Bowiem w piłce płaca zależy w lwiej części od zasobności portfela właściciela klubu.To kto jest jakim piłkarzem ma znaczenie trzeciorzędowe. Więc nie należy mieszać co najmniej dwóch porządków, firmowego i indywidualnego. Inaczej rzecz nazywając piłkarze dostają tyle na ile właściciela stać .W żadnym razie ani za dużo , ani za mało.
I tu moja prośba, abyś nie ulegał tej czarnej propagandzie dziadostwa, która głosi ,że im kto mniej zarabia to tym lepiej.Jest dokładnie odwrotnie.
I tu znowu wracamy do konkretów. Żaden piłkarz nie staję się lepszym tylko dlatego,że trafił do Legii z innego klubu. On tylko został skuszony wyższymi zarobkami. To w Legii musi być taki system,aby on mówiąc kolokwialnie na te pieniądze zapracował. I tu stanąłem pod ścianą.
Pozdrawiam.
7środa, 19, października 2016 02:46
a-c10
@ Zbyszek:

Dziwi mnie, szczerze mówiąc, że w ogóle masz ochotę zabierać się za tego typu porównania. Ani mi w głowie deprecjonowanie sukcesów polskich klubów z lat dawnych. Wiesz jednak znacznie lepiej, niż ja, że to były zupełnie inne czasy. Również - przede wszystkim? - pod względem regulacji. Na boisku wolno było mieć trzech obcokrajowców. Reszta swojaki. W związku z czym Mistrz Anglii grał głównie Anglikami, Mistrz Włoch - Włochami, Mistrz Francji - Francuzami, etc., etc. Łaski nie robił, takie było prawo. Oczywiście, ten importowany tercet to nierzadko byli ludzie niesłychanie zdolni, dodający drużynie nieocenionej wartości. Niemniej, piłka nożna jest takim sportem, gdzie trzech nic nie wygra, jeśli pozostałych ośmiu nie daje wsparcia. A że pozostałych ośmiu trzeba było dobierać z puli krajowej (w dodatku przecież mało któremu Mistrzowi udało się zgarnąć naprawdę wszystkich najlepszych z miejscowym paszportem), to i różnice pomiędzy poszczególnymi Mistrzami były nieporównywalnie mniejsze, niż obecnie. Taki Real Madryt może sobie pozwolić na dowolnie wybranego piłkarza spośród wszystkich biegających po światowych boiskach. Ot, ktoś im się spodoba, kładą kasę na stół i jak nie w tym, to w następnym okienku facet podpisuje z nimi kontrakt. Ilu Hiszpanów wybiegło dziś w wyjściowym składzie Merengues na mecz z Legią? Licząc na szybko doszukałem się... jednego. Dwóch kolejnych weszło z ławki, co w sumie daje trzech graczy krajowych na czternastu, jacy zagrali w meczu.

Oczywiście, nie żeby dzisiejsza Legia Polakami stała. Honorowego gola zdobył Serb (cóż, że mocno spolszczony?), a do jaśniejszych postaci drużyny gości należeli też Belg, Brazylijczyk i Czech. Tyle że przecież ani na Radovicia, ani na Odjidję, czy Hlouska w takim Realu nikt nie chciałby nawet zerknąć. Nie ta półka.

Jedenastu polskich zawodników, którzy zebrani w drużynę mogli by toczyć (bardziej) wyrównane boje w LM, w Ekstraklasie oczywiście nie znajdę. Nawet gdybym miał ich doklejać do obecnych polskich Legionistów. Brakuje mi prawego obrońcy, rozgrywającego i napastnika. Tyle tylko, że gdybym nawet posiadł cudowną moc przenoszenia w czasie i dobierał spośród ligowców z sezonu 1994/5, to też miałbym problem. Ba, ja to ja. Dzisiejsza Legia miałaby problem ze zgromadzeniem takiej paki. Choć przecież niby jest nieporównywalnie od ówczesnej bogatsza.

Wracając z wyżyn LM do naszego grajdołka, będę się upierał, że brak konkurencyjności to jest w pierwszej (i drugiej, i trzeciej, i czternastej też) kolejności wina działaczy. Wspomniany przez Ciebie prezes Wojciechowski może i udzielał szczerych wywiadów. Ale jeszcze szczerzej i serdeczniej obsypywał górami pieniędzy bardzo przeciętnych grajków. Potem niby zsyłał ich do Klubu Kokosa, ale cóż z tego, skoro przecież płacić musiał dalej. Również - przede wszystkim! - tym, którzy akurat w danej chwili nie zajmowali się bieganiem po schodach, ani inną, równie pocieszną działalnością, tylko pozorowali grę w piłkę. A że na pozorowaniu wyników osiągać się raczej nie da, z szumnie zapowiadanego tytułu dla przefarbowanego Groclinu wychodziły za każdym razem dokładnie takie same nici. I czyja w tym wina? Leniwych pseudopiłkarzy? Prezesa, który tym leniwym pseudopiłkarzom nierozważnym podpisem na umowie zapewnił raj na ziemi w myśl starej peerelowskiej zasady "czy się stoi, czy się leży"? A gdzie tam. Trenera wina. Trenera, bo nie umiał sprawić niemożliwego, czyli zagonić chronicznych nierobów, w dodatku wspieranych w swym nieróbstwie przez naczalstwo, do roboty.

Zresztą, zostawmy pana Józia, bo już go w futbolu nie ma, a ja akurat absolutnie za nim nie tęsknię. Poza tym, zawsze można powiedzieć, że wydawał swoje, więc niby co mi do tego? Znacznie gorzej przedstawia się sprawa z magistrackimi szantażystami. Słyszałeś kiedykolwiek, aby taka Korona, Piast, czy inny Śląsk domagały się w ratuszu pieniędzy na boiska treningowe? No właśnie. Ja też nie. Im jest zawsze potrzebna kasa na "dokończenie sezonu". Po co właściwie mieliby kończyć ten sezon, skoro ich żałosne podrygi obserwuje frekwencja niczym w Niemczech, ale nie w Bundes-, a w jakiejś Wurstundbrotchenlidze? No jak to "po co"? Przecież miasto całkiem niedawno wystawiło stadion za grubaśne pieniąchy. I teraz klub nie może upaść, bo co się z tym stadionem stanie? Jarmark tam sobie urządzą? Zajezdnię autobusową?

Całkiem niedawno pisał ktoś (chyba Dzynek) bardzo trafnie Na Aucie, że najlepszym graczem drużyn Ekstraklasy jest Błąd. Nie Adrian Błąd. Błąd przeciwnika. On jest zawsze w formie. Zawsze można na niego liczyć. Od siebie dorzucę, że najlepszym polskim taktykiem piłkarskim jest Strach. Strach przed degradacją. Rządzi wszystkim. Spaść nie można, bo przecież w tzw. I lidze nie ma kasy od Canala, a i miasto będzie znacznie mniej ochotne do sypania groszem. I nie daj Boże na tzw. I lidze się nie skończy i polecimy dalej. Jak Bełchatów. Albo - o! - jak Widzew. Tego się boją działacze. I dlatego po paru porażkach wpadają w panikę i wywalają trenera. Bo a nuż zadziała efekt nowej miotły i uda się jakoś od tej cholernej kreski odbić. A że trenerzy boją się zwolnienia, to jak diabeł z katedry uciekają przed ryzykiem. Po co coś kreować? To groźne. Jeszcze nadziejemy się na jakąś kontrę. O ileż lepiej cofnąć się, postawić zasieki, kopać po autach i czekać na Błąd. On zawsze jest w formie. Zawsze można na niego liczyć. A nawet, jeśli wyjątkowo nie można, 0:0 to nie jest zły wynik. Byleby tylko samemu błędów nie robić. A skoro błędów nie robi ten, co nic nie robi, nie róbmy nic.

Dokładnie ten sam Strach rządzi nie tylko taktyką, ale i składem. Zarówno tym wąskim, meczowym, jak i szerszą kadrą. W zeszłym sezonie Ekstraklasę opuściły Górnik Zabrze i Podbeskidzie. I co? Ano nic. Jak co roku, klubów może i w lidze nie ma, ale większość ich składu jak najbardziej można znaleźć. Bo Strach podpowiada, że stawianie na młodych to ryzyko. A przed ryzykiem - patrz wyżej - uciekamy. Lepiej ściągnąć paru ogranych repów. Że oni przed chwilą z ligi spadli? Och, taki lajf. Przynajmniej będą wiedzieć, czego tym razem nie robić.

Na koniec kwestia zarobków. Piszesz w piłce płaca zależy w lwiej części od zasobności portfela właściciela klubu; piłkarze dostają tyle na ile właściciela stać. Cóż, można i tak. Tak przecież od lat działa Cracovia. Nie jest żadną tajemnicą, że suma uposażeń pasiastych futbolistów przekracza przychody klubu. Równie powszechnie wiadomo, że rok w rok prezes Filipiak sięga do własnej kieszeni i zasypuje budżetowe dołki siedmiocyfrowymi kwotami. Ale... jak długo jeszcze? Wiesz, ja oczywiście życzę profesorowi sto lat i więcej. Mam jednak pełną świadomość, że nikt na tym świecie nie jest wieczny i któregoś dnia wydarzy się jedna z dwóch rzeczy: a) facet uzna, że zwyczajnie ma dość. Jest spełniony tak biznesowo, jak i naukowo. Czy jest też spełniony jako prezes klubu piłkarskiego? Nie wiem, ale może dojdzie do wniosku, że wcale nie musi. Kinie w cholerę cały ten Comarch, całą tę Cracovię i zabierze małżonkę w podróż dookoła świata. Albo będzie się bujał w fotelu, popijał brandy i nadrabiał zaległości w czytelnictwie; b) przyjdzie zegarmistrz światła purpurowy i powie "Janusz, na Ciebie już czas". Zgasną podłogi i powietrza, a pan profesor rozsiądzie się na jednej chmurce z Kałużą, Lustgartenem i resztą, bo zwyczajnie na to zasłużył. Tyle że tu, na łez padole, pożytek z tego będzie równie słabo odczuwalny, jak w wariancie "a".

Czy ktoś równie majętny i równie ochoczy do zasypywania budżetowych dołków przejmie po nim schedę? Bardzo wątpię. Polska piłka ligowa ma taką renomę, jaką ma. Zamożni ludzie raczej się od niej odwracają, niż do niej wchodzą. Dlatego cieszy mnie bardzo, że prezes Filipiak z czasem oprócz serca zaczął wkładać w Pasy także rozum. W związku z czym mamy stabilizację na stanowisku trenera, co pozwala na osiąganie naprawdę niezłych wyników. Mamy rosnące obiekty treningowe, dzięki czemu - tfu, tfu! - nie powinniśmy zginąć nawet po odcięciu od profesorskiego portfela. Ale my to my. Co z resztą?

Legii nie ruszam, bo sama na siebie zarabia i jest dość mocno niezależna od zawartości prywatnych kont swych właścicieli. Parę innych klubów (Lech, Górnik Łęczna) znajduje się w cokolwiek podobnej sytuacji do Cracovii. Wracając jednak do klubów ratuszowych, gołym okiem widać, że płacą one swym piłkarzom znacznie więcej, niż stać na to właścicieli. Ja już pominę ogólny (bez)sens utrzymywania rzekomo zawodowych klubów piłkarskich ze środków publicznych. Zobacz jednak, ile razy już się tak zdarzało, że miasto wyasygnowało jakąś kwotę na działanie podległych sobie darmozjadów, po czym już po kilku miesiącach okazywało się, że ta kwota nie starczy. Oczywiście, zawsze następowało przesuwanie środków z innych celów w miejskim budżecie i szantaż się udawał. Ale żeby to oznaczało, że miasto stać na płacenie takich pensji, to ja bym się jednak nie zgodził.

pees.
Czeka mnie kilka bardzo trudnych dni, niewykluczone zatem, że będę musiał czasowo zawiesić udział w naszej dyskusji. Z góry upraszam o wyrozumiałość.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1