A+ A A-

Zezem. Krajobraz po mundialu

Ci, którzy za LeBonem twierdzą, że ludzie w swej istocie pozostali niezmienni od najdawniejszych czasów mają słuszność, o czym zaświadcza stałe zapotrzebowanie na różne Dionizje, Juvenalia, Bachanalia czy inne Igrzyska, tylko inaczej nazwane, oraz zamiłowanie do nich.

 

W zasadzie wyłącznie warunki techniczne i otoczenie zewnętrzne ulegają zmianie, gdyż w dobie obecnej takie wydarzenia nabrały charakteru rytuału w wymiarze medialno-handlowo-propagandowym. Jak piszą nie bez racji autorzy Jan Sowa i Krzysztof Wolański w książce ”Sport nie istnieje. Igrzyska w społeczeństwie spektaklu”, zwłaszcza piłka nożna stała się sportem nr 1 dzięki telewizji. To telewizja, a i inne media, takie jak internet rozreklamowały futbol do niebotycznych rozmiarów, powodując że chyba nie ma człowieka na kuli ziemskiej, do którego by on nie dotarł, nie w  postaci pierwotnej jako gra, ale przetworzonej, której ton i sens nadają propagandyści i reklama.

To zjawisko ma swoje niewielkie pozytywne skutki oraz cały obszar fałszu, obłudy i cynicznego wykorzystywania prostego człowieka. Na szczycie tego rozpasania usytuowały się niestety piłkarskie mistrzostwa świata, w których jak w soczewce ogniskują się wielkość i małość, obrzędowość i drapieżność współczesnej cywilizacji. Teoretycznie to państwa starają się o organizację mundialu, ale tak naprawdę to władze pchają ku temu rekiny biznesu i finansów walczące zachłannie o zysk. W efekcie państwa kosztem zubożenia obywateli ponoszą ogromne koszty, a zyskami dzielą się prywatne firmy i różni odpustowi tandeciarze.

Na wyrywkowym przykładzie widać dokładnie jak ten mechanizm działa. Zwykły człowiek kupuje flagę za 15 zł i ona ma zdaniem reklamodawców zaświadczać o jego patriotyzmie, czyli miłości do ukochanej ojczyzny. I on poczyna się czuć jak spełniony patriota i domaga się, aby reprezentacja jego narodu wygrywała, bo przecież zapłacił, Z czasem pod wpływem uporczywej reklamy nabiera przekonania, że wygrywanie i sukcesy stają się niejako obowiązkiem. Inaczej być nie może, inny scenariusz jest niemożliwy. Zresztą nie ma wielkiego wyboru, gdyż media są przepełnione przekazem jaki to prezes wielki, trener wybitny, a zawodnicy znakomici. Zdarzali się tacy, którzy starali się studzić rozpalone głowy, ale nikt tych niepatriotów nie słuchał. Bo miarą patriotyzmu stała się niezachwiana wiara w sukces. A tu obuchem w czerep. Przegrana. I wtedy reprezentanci przestali być nasi, stali się onymi, a świeżo nawróceni na patriotyzm domagali się ich zgnojenia, bo ich zawiedli. Na czele tej tragikomicznej tromtadracji usytuowali się media workerzy, którzy tak samo bez żenady pisali brednie mające zaspokoić żądzę sukcesu, jak i po porażce zażarcie krytykowali przegranych, nie mając przy tym żadnej pretensji do samych siebie o stworzenie tego nierealnego dziwowiska. Tak naprawdę to oni osądzają i skazują za to co sami napisali, a czego inni nie zrealizowali. Oprócz chęci istnieje jeszcze przeciwnik , który tak samo chce wygrać i często okazuje się mocniejszy. Tylko jak prawdziwemu patriocie wytłumaczyć, że on i jego drużyna są słabsi? Ja się nie podejmuję.

Nasza nieokiełznana wyobraźnia pozwala na porównanie Mundialu, nie tylko tegorocznego, ale i tego sprzed czterech lat oraz EURO 2012 i 2016 do festiwalu piosenki, podczas którego występuje playback czyli wykonawcy udają,że grają i śpiewają. Publika i ta na widowni, i ta przed TV przyszła się bawić, to się bawi. Ogląda ulubionych wykonawców i słyszy znane przeboje i to jej w zupełności do szczęścia wystarcza. Części publiki przestaje się podobać dopiero wówczas kiedy ulubiony wykonawca przedwcześnie schodzi ze sceny i przestaje już występować. Lecz to co jest niezadowoleniem dla jednych jest radochą dla innych. I zabawa trwa w najlepsze do samego końca. A po jej zakończeniu wszyscy się umawiają na następny festyn za 4 lata. I tylko niewielkie grono koneserów wybrzydza, że to było udawactwo, że muzykusy powinny koncertować na żywo, a tak byli ledwo żywi, a niektórzy wręcz niezdatni do użytku. Ale ich głos ginie pośród radosnych porykiwań tłumu. Tak to już jest, że piłka raz na cztery lata jednoczy miliardy i w tym czasie to ich głos się liczy. Dopiero po imprezie w codziennym piłkarskim trudzie znowu będzie się liczył głos koneserów.

Prze 41 laty znany pisarz i literaturoznawca, wówczas opozycyjny, Stanisław Barańczak napisał pamflet zatytułowany „Sztuczne oddychanie”. W dobie propagandy sukcesu był to ożywczy głos wątpiący w prawdziwość wspaniałych wizji roztaczanych przez propagandę. Bohater utworu N.N. dziwi się na przykład, że pismo o ZSRR, poprzedniku Rosji, nosi tytuł „Kraj Rad”, mimo że był to i jest „kraj krat”, a słowa „wolność” i „demokracja” widnieją tylko w nazwie związku kombatantów. Dziś przydałby się pisarz obdarzony takim wyczuleniem  na fałsz, aby opisać ten cynizm i to odrealnienie jakie towarzyszyły Bachanaliom zwanym prześmiewczo mundialem. Przecież nieuzbrojonym okiem widać było, że bohaterowie są zmęczeni, że ich to nie bawi, że uczestniczą, bo muszą. Oni po trudach gry za pieniądze powinni polegiwać na plaży, a tu każe im się biegać i wykonywać różne wygibasy z piłką. Oni to lubią, ale nie do przesady. Jeden z pismaków zatrwożył się, że niektórzy jakby cieszyli się, że odpadli. Przesadza. Oni cieszyli się, że wreszcie mogą odpocząć po robocie. Co jest i zrozumiałe i normalne. Tak jak w starym dowcipie: ”Ile razy uprawiasz seks? - Raz na rok. -  To z czego się jełopie cieszysz? - Bo to już jutro”.

A w naszym grajdole dodatkowo i ochoczo do boju o miano największych patriotów włączyli się politycy. Każdy z nich chętnie ogrzewa się w promieniach sławy, lecz porażek nie trawi. Zainteresowanie Mundialem ma bowiem charakter doraźny i okazjonalny i kończy się wraz z imprezą. A po niej pozostaje smak lub niesmak. Reprezentacja wygrywająca byłaby noszona na rękach, nagradzana medalami i orderami, przegrywająca nie może liczyć nawet na litość. Bo ktoś musi być winien upokorzenia. Skonstatowano nawet, że błędem było ich pozostawienie na mundialu, kiedy już odpadli. Należało ich wycofać jak wybrakowany towar i nakazać przeproszenie narodu za jego niedopieszczenie. Choć powinno się to zrobić przed, bo wtedy byliby pewnikiem dobrze przygotowani , a już na pewno wiedzieliby co ich czeka. Tylko ja naiwnie zapytuję, a co mają powiedzieć takie piłkarskie giganty jak Włosi i Holendrzy, którzy nie zagrali, albo taki mistrz nad mistrze jak Niemcy, którzy nie wyszli z grupy po porażce ze słabiutką Koreą. Znaj proporcje mocium panie!

A swoją drogą jak po tym co naszych piłkarzy spotkało, naszłaby ich chęć, aby z tymi awansami dać sobie spokój, to ja bym zaskoczony specjalnie nie był.

Powszechnie spotykamy się z założeniem, że współczesność jest dziedzicem i spadkobiercą poprzednich epok, że posiedliśmy wszystko co było w nich dobre. Otóż jest to tylko przejaw  samozadowolenia będący efektem małego o ciasnego horyzontu umysłowego, który powstał drogą ciągłych eliminacji. Bowiem  nie tylko nie posiedliśmy wszystkiego, ale chyba wyeliminowaliśmy większość z tego co było dobre. Skorzystaliśmy z wolności dokonywania rewolucji, lecz nie korzystamy z wolności dokonywania odbudowy i odnowy. Tu posłużę się dla ilustracji cytatem z wypowiedzi Przemysława Babiarza z TVP, jednego ze współtwórców tego teatrzyku parodii i nonsensu: „Bardzo nam się rozjechały rzeczywistość i przekaz. Uwierzyliśmy, że wizerunek kreowany przez reklamy i media to prawda. Konsumowaliśmy sukces awansu na Mundial. W co drugiej reklamie występowali zawodnicy, selekcjoner, nawet prezes. Weryfikacja okazała się bardzo bolesna. Przebudziliśmy się z nierzeczywistości. Uwierzyliśmy we własną propagandę. Reklamy będą nadal lecieć, bo bloki reklamowe zostały wykupione, tylko nas już na Mundialu nie ma”.

Można powiedzieć, że jest to odwaga,  jaką wykazuje buntownik atakujący dogmatyczne i zmurszałe poglądy. Ale atakowanie czegoś zmurszałego wymaga tyle odwagi co atakowanie starej babci. Naprawdę odważny jest ten, kto rzuca wyzwanie nie post factum, kiedy już się coś stało, ale ten, który durnocie przeciwstawia się od samego jej zarania. A niezależnym i wolnym od zgiełku propagandy jest wyłącznie ten, który nie przejmuje się tym co było, ani tym co będzie, lecz troszczy się wyłącznie o to jak być powinno. A na to trzeba mieć mieć silny, twardy i odporny kręgosłup, wsparty o niezłomne zasady. I o to w naszych czasach najtrudniej.

Na zakończenie fragment mądrego wiersza Adama Asnyka ”Miejmy nadzieję”:
„... Miejmy pogardę dla wrzekomej sławy,
I dla bezprawia potęgi zwodniczej,
Lecz się nie strójmy w płaszcz męczeństwa krwawy
I nie brząkajmy w łańcuch niewolniczy…
...Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystoi w milczeniu się zbroić...”

I to by było na tyle.

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1