A+ A A-

Runda dla nas, ale...

LegiaRealne było zagrożenie, że wzbudzający ogromne zainteresowanie finałowy mecz pucharu Polski zostanie obejrzany przez jedynie część kibiców naszego klubu. Na szczęście wojewoda Jacek Kozłowski po zasięgnięciu opinii stołecznej policji oraz przedstawicieli Legii, nie zdecydował  się na zamknięcie Trybuny Północnej. Wiadomość doskonała, ale miecz Damoklesa wciąż nad nami wisi. Nie spadnie?

Zacznę od tego, że jeżeli tak dalej pójdzie, prezes Leśnodorski, mimo zbieranych z prawa i lewa pochwał, oberwie wreszcie solidnie po uszach. Jeżeli zapytacie za co, już spieszę z odpowiedzią, mianowicie za wcinanie się w blogerskie kompetencje. Dawno już nie zdarzyło mi się, żebym czytając oficjalne stanowisko naszego klubu, tylko kiwał głową z pełną aprobatą dla treści i na końcu stwierdził, że w zasadzie nie mam nic sensownego do dodania. Dobra robota. 

Karanie klubu zamykaniem trybuny za przewinienia kalibru wskazywanego przez pomysłodawców podjęcia takiego kroku byłoby niedorzecznością, faulem przekreślającym dobrą atmosferę, z jakiej możemy cieszyć się na Łazienkowskiej tej wiosny, nieodpowiedzialnością mogącą doprowadzić do faktycznej eskalacji wszelkich konfliktów, zamiast do ich wygaszenia i opanowania. Tyle wiemy. Wiemy też jednak, że wczoraj nie postawiono kropki, co najwyżej przecinek.

Cieszy, że klub i kibice wydają się w tym momencie grać do jednej bramki. Potwierdza to tylko teorię dość często lansowaną w minionych miesiącach (a może raczej - latach), twierdzącą że jedną z przyczyn długotrwałego impasu na linii klub - kibice była personalna niechęć, wzajemne animozje i brak zaufania. Nowe otwarcie, które zainicjował prezes Leśnodorski, wydaje się póki co dowodzić, że nieoficjalnym hymnem kibiców Legii wcale nie musi być "ITI patataj", a nadal istniejące problemy mogą być rozwiązywane na drodze rozmów i kompromisów. Raduje mnie to osobiście, ponieważ zawsze uważałem, że jedyną drogą do trwałego uzdrowienia sytuacji na Legii są właśnie rozmowy i kompromisy, że środowisko kibicowskie funkcjonuje wedle specyficznych reguł, które powodują, że pożądane wzorce zachowań łatwiej zaszczepić w nim od środka, niż dogmatycznie narzucając je z zewnątrz, choćby tak jak miało to miejsce w kwestii nieszczęsnych petard hukowych.

Nie da się jednak ukryć, że stopień pobłażania organów administracji dla sektorówek czy braku drożności ciągów komunikacyjnych nie zmalał wraz z pojawieniem się na Łazienkowskiej nowego prezesa, a to oznacza, że klub i kibice muszą wydłużyć trwający obecnie miesiąc miodowy, najchętniej do długiego i szczęśliwego małżeństwa.

Żeby nie było wątpliwości - pirotechnika nie robi na mnie szczególnego wrażenia jako na kibicu, a jej stosowanie na krytych stadionach zawsze wydawało mi się mocno kontrowersyjne i potencjalnie konfliktogenne. Natomiast zamykanie trybun za kilkanaście świecidełek uważam nie tyle za kontrowersję, ile wręcz za szaleństwo. A kiedy widzę na meczu przepiękną zielono-czerwoną sektorówkę z białym napisem Legia, wracają wspomnienia sprzed kilkunastu lat i myślę sobie, że takie oprawy też stały się częścią chwalebnej historii naszego klubu. Tymczasem czytam urzędowym stylem napisane pismo twierdzące, że klub nie powinien godzić się na oprawy tego rodzaju, ponieważ służą one do utrudnienia identyfikacji piromanów, a dalsza bierność klubu w tym zakresie to przyczynek do możliwego zamknięcia części obiektu. Po stronie takiej ideologii, głoszącej tak karkołomną argumentację, nie stanę na pewno i bronić jej nie mogę.

Tylko czy warto kopać się z koniem? Sytuacja jest stosunkowo przejrzysta - pewne zachowania, takie jak choćby pirotechnika, są na polskich stadionach zakazane, a osoby odpowiedzialne za naruszanie przepisów muszą liczyć się z konsekwencjami. Władza niewątpliwie przesadza z interpretacją skali zagrożenia, ale występuje z pozycji siły, i jest to niestety fakt obiektywny. Osoby prowadzące działalność gospodarczą pamiętają zapewne twór pod nazwą PIT-5, formularz zaliczek na poczet podatku dochodowego, który należało składać co miesiąc. Swego czasu zdarzyło mi się spóźnić ze złożeniem tego ustrojstwa z powodów, których już nie pomnę, natychmiast dostałem wezwanie i bodaj dwieście złotych kary. I nikogo nie obchodziło, że za kilka miesięcy obowiązek składania 'pitów piątych' został uznany za niepotrzebny i zniesiony. Urzędnicy nie tworzą prawa, tylko  je wykonują.

Bierny opór w postaci gry na czas i sprawdzania wytrzymałości struny może nie przynieść efektów. Jeżeli chcemy odpalać race, czyńmy to z pełną świadomością konsekwencji. A jeżeli nie chcemy tych konsekwencji (zakazów stadionowych, stawiania klubu w pozycji między młotem a kowadłem, gróźb albo i faktycznego zamykania trybun), to nie odpalajmy rac. As simple as that.

Dyskusja (2)
1czwartek, 09, maj 2013 17:00
Zbyszek
Znakomity tekst. Niestety w ogromnym stopniu wyczerpujący temat. Ponieważ nie trawię banałów to postaram się w piątek coś z małym sensem napisać, bo chyba robota w piątek mnie do wieczora nie dopadnie.
2piątek, 10, maj 2013 16:49
Zbyszek
Gawin ma rację w tym sensie, ze tak powinno się postępować w cywilizowanym kraju. My mamy anty-PRL coś na kształt UBU królestwa. Ergo jest pewną naiwnością patrzeć na decyzje Wojewody odnośnie stadionu/ów/ w kontekście przestrzegania prawa czyli Ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Te przepisy to tylko pretekst do przypodobania się gawiedzi poprzez PR. Dwa lata temu po finale PP w Bydgoszczy w telewizorniach zrobiono z garstki stadionowych wandali wrogów publicznych zagrażających bezpieczeństwu milinów obywateli. Nasz trwożliwy ludek zakrzyknął: ratujcie nas od tej zarazy. I uratowali. Zamknęli stadiony. Narobili hałasu na całą Polskę jacy to oni są bohaterscy, że tak walczyli z bandytami wręcz z narażeniem własnego życia. I opinia publiczna była po ich stronie, ba nawet na tym blogu 95% wpisów popierało decyzję Wojewody lub ją akceptowało. Brało się to też pewnie z zaufania do partii rządzącej i jej przywódcy. Dziś to zaufanie wyraźnie spada, więc znowu trzeba walczyć ogniem, mieczem i żelazem z tą hołotą co łazi na stadiony aby demolować i niszczyć. Trzeba ludziom mówić: we łbach im się poprzewracało i należy zapewnić ciszę i spokój. Ale Wojewodowie którzy ruszyli w bój też zaczęli główkować i tak ten Małopolski zamknął trybunę gości i jeden sektor coś ze 20% stadionu. Mógłby zamknąć i 2/3 bo na Wiśle frekwencja jest grubo poniżej 30%. Ten od Lecha też zamknął tylko sektor gości. I tylko "nasz" nie pojął tej gry w pozory i postanowił realnie coś zamknąć. I został zaskoczony bo mu powiedziano, że kart ponad 200 000 i setki tysięcy prawdziwych kibiców, którzy nie rozumieją, nie akceptują i nie chcą. I okazało się, ze On już nie musi realizować przepisów Ustawy, już nie ma obowiązku czegokolwiek zamykać. Pojął, że nie zyska zwolenników, a tych których ma straci. Odrzucił prawo jako zbędny ozdobnik i pokazał kim jest. Politykiem na usługach. Nie urzędnikiem Państwa Polskiego, lecz pozbawionym wyobraźni politrukiem. Chciał pomóc, a zaszkodził. Ponieważ nie życzę źle Platformie to mogę jej tylko współczuć, bo z całej tej sprawy wyszła ośmieszona. Tylko co ta cała heca ma wspólnego z bezpieczeństwem na stadionach?

Twoja opinia

Nazwa uzytkownika:
Znaczniki HTML są dozwolone. Komentarze gości zostaną opublikowane po zatwierdzeniu. Treść komentarza:
yvComment v.2.01.1