- Kategoria: Trybuna komentatorów
- Garm
Jan I Przełamywacz
Cuda dzieją się w tym sezonie naszej Ekstraklasy. O tytuł mistrzowski po raz pierwszy od lat ktoś walczy (a nie się po niego czołga lub, jak kilka razy Wisła Kraków, zdobywa go bez poważniejszego oporu ze strony rywali), notując przy tym niespotykane w stale równającej w dół stawce wyniki (Lech zdobył tej wiosny blisko 85% możliwych punktów, Legia zgromadziła ich niemal 79%). Trzecie i czwarte miejsce w tabeli rundy wiosennej zajmują zespoły z dwóch ostatnich miejsc tabeli, zimą powszechnie skazywane na pewny spadek. Wreszcie Legia Warszawa jak gdyby nigdy nic w jeden sezon rozprawiła się ze wszystkimi wstydliwymi passami wyjazdowymi. Cuda!
Po dzisiejszej wygranej w Białymstoku (dopiero drugiej w historii spotkań obu zespołów) Legia prowadzona przez trenera Jana Urbana skompletowała już skalpy wszystkich swoich "czarnych potworów". Czarny potwór to hiszpańska bestia negra - mianem tym na Półwyspie Iberyjskim określa się zespół, z którym dana ekipa wygrać po prostu nie potrafi, który zawsze stwarza w określonych warunkach (na przykład na własnym boisku) problemy nieprzystające zupełnie do aktualnej siły obu drużyn czy ich ligowej pozycji. Legioniści przez ostatnie lata wyhodowali sobie tych potworów wstydliwie wiele - zwłaszcza jak na ambicje klubu i jego kibiców.
To już jednak przeszłość, a Jan I Przełamywacz może sobie powiesić na ścianie w swoim domku myśliwskim następujące trofea:
- niebieski łeb koziołka wielkopolskiego (po raz pierwszy od 2004 roku);
- czarno-zieloną łapę dyskobola nowomiejskiego (po raz pierwszy od 2006 roku);
- białą gwiazdkę z nieba małopolskiego (po raz pierwszy od 1997 roku);
- żółto-czerwony odwłok pszczółki podlaskiej (po raz pierwszy od 2008 roku);
Starszy stażem myśliwskim kolega obecnego trenera Legii, Paweł Janas, na pewno doceniłby taką kolekcję. Nie trzeba zresztą być myśliwym, żeby doceniać maestrię strzelca i jego zdolności w zakresie zarządzania nagonką.
Zdecydowanie najtrudniej było sięgnąć po gwiazdkę z małopolskiego nieba - ten mecz pokazał, że nie bez powodu z przytoczonych powyżej dat ta właśnie dotyczyła najodleglejszej przeszłości. Zaliczyliśmy tam w tym okresie kilkanaście pechowych porażek, zasłużonych masakr i szczęśliwych remisów. Hasło "Legia na Reymonta" symbolizowało daremność - półtorej dekady daremności. Aż tu nagle... Jeden ślepy sędzia. Jeden zaskakująco ofensywny obrońca. Jeden wspaniały bramkarz. Jeden wyjątkowy wynik. Czarny potwór został zadźgany w myśl hasła przywołanego przez kibiców na oprawie warszawskiego meczu Legii z Wisłą w 2006 roku: "Zabił legionista smoka, w płaszcz z atłasu wytarł miecz, czarna zdobi go posoka, smocza śmierć - rycerska rzecz."
W porównaniu z krakowskimi męczarniami wiktoria w Białymstoku została odniesiona lekko, pewnie i spokojnie. Z pewnością pomógł w tym Alexis Norambuena, który (co nietypowe dla naszych ligowców) postanowił być równie fatalny zarówno w meczu z Lechem, jak i z Legią. Jeszcze większy udział w sukcesie "wojskowych" mieli rozgrywający fantastyczne zawody i kompletnie dominujący w środku pola Daniel Łukasik i Janusz Gol, notujący mnóstwo przechwytów i raz po raz uruchamiający znakomitymi podaniami aktywnych skrzydłowych i napastników. Trudno zresztą wskazać jakieś słabe ogniwa w watasze, na którą postawił dziś Jan I Przełamywacz, a drugi kolejny mecz z ponad 70% posiadania piłki nie jest, zdaje się, przypadkiem.
Trenerowi "wojskowych" została do przełamania jeszcze jedna, najważniejsza passa. Legia siódmy już rok czeka na zdobycie 10. tytułu mistrzowskiego w swojej historii. Aby to się udało, potrzebujemy zdobyć w pozostałych czterech kolejkach maksimum 10 punktów (przy założeniu, że Lech wygra wszystkie mecze poza najbliższym). Gdyby tak się stało, można by z pełną odpowiedzialnością wywieść parafrazę, że Jan I "zastał Legię zablokowaną, a teraz prowadzi przełamaną". Postawa drużyny w Białymstoku każe wierzyć, że nie jest to zadanie ponad siły piłkarzy prowadzonych przez Jana Urbana.


Istotnie, trochę niewiarygodnie to wszystko obecnie wygląda.
Nie chciałbym krakać, ale nic nie mogę poradzić na to, że przypomina mi się sezon 95/96, kiedy w lidze też był duopol, uciekaliśmy przed głównym konkurentem (Widzewem rzecz jasna), utrzymując wiosną minimalną przewagę, w pewnym momencie tylko bramkową. No a potem przyszedł wielki mecz o mistrzostwo na Łazienkowskiej. Nadal zastanawiam się co myśleć o tym meczu za tydzień, ale w sumie chyba nawet remis by mi pasował. To by dało nam jeszcze ten dwupunktowy bufor, można byłoby sobie pozwolić na remis w jednym z trzech ostatnich meczów, poza tym Lech przecież wcale nie musi ograć Sląska we Wrocławiu.
Ze swojej perspektywy tamto 1:2 z 96 oceniam zresztą znacznie gorzej niż 2:3 z 97... W jakiś perwersyjny sposób odczuwam dumę, że widziałem coś takiego jak tamto 2:3, chyba nawet zachowałem plastikową flagę Legii-Daewoo rozdawaną wtedy na trybunach
Ale może 'Przełamywacz' i to przełamie
Poza tym nas urządzi i jeden punkt i trzy, nawet minimalna porażka nie zamyka nam drogi do tytułu. Dlatego jesteśmy w dość komfortowej sytuacji i jest kilka wariantów które można przyjąć, a oni są na musiku.
Ja mam jedno określenie, ale nie użyję go puki w domku Króla Jana nie zawiśnie jeszcze jedno, najważniejsze trofeum. To za przełamanie passy trwającej od 2006r. Wypowiem je dopiero w obecności innego króla - Zygmunta.
Na Lecha najlepiej wyjść tak, żeby do 30 min mieli 2 bramki w plecy, 2:0. Po czymś takim raczej się nie podniosą.
Samo to, że głosy na tytuł mistrzowski są podzielone, a przecież mamy do licha 2 punkty przewagi i mecz na własnym stadionie! Czy ktoś z pytanych ekspertów/piłkarzy/dziennikarzy podnosi argument o swoim stadionie ? Ja nie słyszałem, albo było to nieśmiałe. Smutne czasy, "atut" własnego boiska nie znaczy nic...
Coś w tym jest. Np u nas wiele drużyn podkreśla że gra im się dobrze itp. W kontekście kibicowskim kibic Bielany zwraca uwagę że atmosfera tworzona przez tzn młyn pasuje obu drużynom. W kontekście piłkarskim wychodzi na to że poziom się wyrównał, wiele zależy od mentalnego podejścia samych piłkarzy a i dyspozycja dnia jak to mówią ma znaczenie. Z drugiej strony jeśli popatrzmy w statystyki to nadal większość drużyn więcej punktów zdobywa u siebie.
Dodatkowo ma być bardzo gorąco, wiec im dalej w las tym ciemniej będzie.
Druga połowa przy wypruciu się jednych i drugich fizycznie może być dość niemrawa.
Też mi śmierdzi 0:0 ten mecz.