- Kategoria: Trybuna komentatorów
- iocosus
Zakałą Rzeczypospolitej - kibice
Jeżeli ktoś liczy na tekst w ramach antykibolskiej krucjaty, niestety spotka go rozczarowanie. Przynajmniej połowiczne, ponieważ autor przemyśleń jako przedstawiciel rodu niekumatego jakieś pretensje i żale wobec kumatej zbiorowości również wyłuszczy, ale tylko w części rozważań i niech to będzie traktowane jako tożsamościowe uwiarygodnienie.
Rzecz poświęcona zostanie w głównej mierze tym, których stereotypowo określani „kibolami”, nazywają równie szablonowo „piknikami”. Ponieważ jedni głośno zaśpiewają „ole, to my kibole”, a drudzy z równą dumą oświadczą „piknik, to brzmi dumnie”, porzucając eleganckie akceptowalne środowiskowo etykietki, nazwijmy „rzeczy po imieniu”, nie od bandytów i troglodytów rozpoczniemy rozważania, a od januszy, pazi, klientowskich mainstreamowych medialnie sterowanych marionetek. Przywołuję te określenia w swej naiwności, że w dalszym biegu podejmowanego tematu od takich dwustronnych skojarzeniowych klisz pełnych uprzedzeń, zarówno ja, jak i Ty który właśnie poświęcasz swój czas na zapoznanie się z wytworem tych moich kibicowskich peregrynacji, zdołamy się uwolnić. Obiecuję, będę sie starał, na tym mi zależy, kto czuje sentyment i przywiązanie do posługiwania się prostym szablonem frazeologii, definiującej szybko i łatwo zagadnienia, niech lekturę sobie odpuści, czasu szkoda.
Euro 2012, to miało być piłkarskie święto, tym większe i godne, że celebrowane na wspaniałych ołtarzach wzniesionych na własnym dotychczas zapyziałym, europejsko zaściankowym podwórku. To była impreza, która miała pochłonąć miliony i tak się również stało, wydano na nią krocie, ale też dano powód do wspólnoty przeżyć wielu tysiącom. Pełne fanzony, wysoka oglądalność meczów to poświadczają. Z pewnością zainteresowanie generowały media, w sposób dla siebie typowy, czyli na maksa, na futbolowym święcie i związanym z nim odpustowym jarmarku kto mógł tez chciał zarobić i się wzbogacić. Komercja zbierała obfite żniwo, ale czy mogło być inaczej i czy tylko niej należy przypisać społeczny futbolowy entuzjazm, który w pewnym momencie wydawało się, że ogarnął zdecydowaną większość Polaków?
Wątpliwości wobec takiego stanu rzeczy miały dwie formacje, zjednoczyły się w negacyjnej „egzotycznej” spółce „feministki” z „ruchem kibicowskim”. Od proklamacji hasła „Fuck Euro”, do deklaracji zbojkotowania imprezy lub co najwyżej obojętnego jej potraktowania.
Feministki zostawmy w spokoju z fallicznymi interpretacjami na temat futbolu jako zjawiska społecznego pani prof. Magdaleny Środy, przyczyny dla których na turniej europejskich reprezentacji wypiął się ruch kibicowski gromadzący aktywną klubową społeczność kibiców wydają się ciekawsze, ale i nie one są głównym celem obecnych rozważań. Dla nich istotny jest rezultat zjawisk i postaw. Z jednej strony medialne i merkantylne nakręcanie bębenka popularności reprezentacyjnej piłki, z drugiej, zanegowanie i wycofanie się z tego nurtu, tych dla których organizowanie i udział w dopingu na klubowych stadionach był chlebem powszednim, życiową pasją. Używając szablonowych, stereotypowych etykietek Reprezentacja Polski w piłce nożnej ostała się z „piknikami”. „Kibole” czy to w imię: antykomercyjnego - against modern football, czy przeciwko pewnemu matołkowi z którym wojują, czy też w imię narodowych pryncypiów nie tolerujących „farbowanych lisów”, czy też z obawy, że utopią, zatracą się wśród morza „pikników”, z innych jeszcze przyczyn, z trybun stadionów, na których kadra ma rozgrywać swoje mecze, dali drapaka.
Z argumentami można polemizować, z rzeczywistością już nie, a zgodnie z nią doping na modłę ultrasowską zniknął, pozostał tylko ten spontaniczny, chimeryczny, „piknikowy”. W tych kategoriach raz lepszy, raz gorszy, w zestawieniu z innymi nacjami w tym samym gatunku nawet poprawny, wstydu nie przynoszący, ale w konfrontacji z klubową meczową atmosferą zdecydowanie jej ustępujący, do pięt jej nie sięgający, ale też trudno wymagać od „piknika”, żeby przekrzyczał „fanatyka”. To dwa inne „systemy walutowe”, kategorie wagowe, czy wręcz dyscypliny, to jak żądać od judoki nawet mistrza olimpijskiego, by od razu rozkładał wszystkich na łopatki w MMA. Dopóki nie pozna arkan mieszanych sztuk walki, w ich ramach się nie zaadaptuje, pozostanie laikiem i dyletantem zbierającym bęcki. Kto oczekiwał lub oczekuje atmosfery na Narodowym na miarę tej z Ł3 jest albo naiwny, albo realiów trybun kompletnie nie zna. Jakiekolwiek porównania w sile decybeli, długości i jakości dopingu choćby najbardziej druzgocące dla kibiców kadry, będą dla nich i tak wartościowe ponieważ nijako zestawia się amatora z profesjonalistą, a to już samo w sobie tego pierwszego nobilituje.
O dziwo na meczach reprezentacji realizowany jest jeden z postulatów, którego nie egzekwowanie niekiedy podnoszono i zarzuca się nadal „zawodowcom”. Doping na kadrze jest koherentny z wydarzeniami na boisku. Ma to pozytywy, ale i negatywy. Siła dopingu wzrasta wraz z ekscytacją gorącymi wydarzeniami na murawie, ale też zamiera gdy sprawy przybierają zły, pesymistyczny obrót. Stoi to w sprzeczności z główną ideą, która w oczywisty sposób winna kibicowi przyświecać, by wspierać swą drużynę, dopingować ją w chwilach trudnych, zwątpienia, kryzysu, kiedy dawka wiary w końcowy sukces na przekór nieprzychylnemu losowi, płynąca z trybun wydaje się najbardziej potrzebna. Cóż po wiwatach i radosnym skandowaniu przy pozytywnym wyniku, gdy w odwrotnej sytuacji następuje cisza świadcząca o udzielającym się zniechęceniu, zwątpieniu, gdy zaczynają się pojawiać gwizdy znamiona zawodu, lub okrzyki drwin i szydery dowody frustracji wymierzone we własnych piłkarzy, których podobno miało się wspomagać. Cóż po takim kibicu identyfikującym się, utożsamiającym z drużyną gdy jest zwycięska, a dyskredytującym, złorzeczącym jej, odwracającym się od niej w obliczu porażki!?
Na meczach ligowych w przypadku niekorzystnego rezultatu, doping ultrasowski jest ciągły, oznaką zniecierpliwienia lub dezaprobaty dla zaangażowania piłkarzy są „przerywniki” wzywające do skutecznej gry, a wzmocnione najbardziej rozpowszechnionym, pospolitym przekleństwem, lub odezwy skierowane w kierunku zawodników, a przypisujące im hańbiący klub brak poświecenia, ambicji z ich strony. Doping jest jednak ustawiczny, na adekwatną kibicowską ocenę, wyrażoną brawami lub gwizdami, w bezwzględnym wymiarze przychodzi pora po ostatnim gwizdku sędziego i trudno taki rodzaj postępowania zanegować. Nie zawsze również, kiepski wynik świadczy o braku zaangażowania, ambicji, a wówczas zamanifestowane z trybun „czy wygrywasz, czy nie ...” dowodzi klasy kibica, który jest i na dobre i na złe.
Oczywiście od takiego kanonu postępowania bywają odstępstwa, są przejawy innych kibicowsko-zaangażowanych standardów ciężkie do zaakceptowania przez niekumatego kibica, ale z tak wypracowanym modelem, przyjętymi wymienionymi zasadami, w tym aspekcie, raczej wypada wyrazić aprobatę.
Kto ma wątpliwości, czy w obliczu gorszej dyspozycji własnej drużyny, rozczarowania niekorzystnym rezultatem u siebie w domu, na minuty przed końcem batalii, gdy wcześniej było się ogłoszonym faworytem potyczki, gdy obecnie rywal skupieniem, koncentracją, organizacją gry, zdaje się pozbawiać gospodarzy i na murawie i na trybunach wszelkich złudzeń, to czy w takiej sytuacji warto do ostatniego momentu ściskać kciuki, zdzierać gardło, dopingować, kto wątpi niech wspomni ćwierćfinał Ligi Mistrzów z 9 kwietnia 2013 roku, Borussia – Malaga!
Telewizyjnego sprawozdawcę z tego wydarzenia za nieukrywaną stronniczość, brak obiektywizmu w komentarzu można napiętnować, ale z wyartykułowanym zdaniem: "Kto wyszedł z tego stadionu przed czasem, jest skończonym idiotą" nie sposób jest się nie zgodzić.
Z innej beczki, czyż za najdobitniejszy przykład identyfikacji z drużyną, wspierania jej w każdym momencie, niezależnie od wyniku, nie służy ten obrazek, zaczerpnięty skądinąd nie z klubowego, a z reprezentacyjnego poziomu:
No właśnie, wracając na własne reprezentacyjne kibicowskie podwórko wydaje się, że ostatnie mecze i postawa kibiców na nich, odbija się niektórym głęboką czkawką.
Jan Krzysztof Bielecki w wywiadzie dla tok.fm:
„- Poruszając się w niebezpiecznym politycznie i społecznie obszarze, muszę stwierdzić, że zupełnie inna jest struktura kibiców na meczach reprezentacji i na meczach ligowych. Na kadrę - jak powiedział kiedyś były irlandzki pomocnik Roy Keane - przychodzą ci, którzy jedzą kanapki z krewetkami. Na spotkaniach ligowej jest dużo młodzieży. Czasem zapiekłej, czasem przekraczającej reguły gry. Ale oni nigdy by nie wymiękli. Nie chcę wymieniać klubów, ale do głowy przychodzą mi przynajmniej trzy, których fani nigdy nie wymiękają. Nawet przy wyniku 1:3 krzyczeliby tak, jakbyśmy wygrywali. Ci z krewetkowymi kanapkami przyszli jak do teatru, a że w teatrze było słabo, to się poddali i tylko zagwizdali na koniec meczu.
- PZPN mógłby nad tym się zastanowić. Np. nad cenami biletów albo robiąc specjalny sektor dla młodego kibica. Żenujące było, że 57 tys. ludzi zostało przekrzyczanych przez dwa tysiące Ukraińców. Więc gdybyśmy zrobili pięć tysięcy miejsc dla naszych sprawdzonych kibiców, to oni nie wymiękliby do 90 minut. PZPN się może modernizuje, ale tego zabrakło. Nie ma sportu bez fanatycznego kibica. Stąd te konflikty z kibicami. Z nimi trzeba się ułożyć. Bez ich zacięcia i sportowej złości ani nie będzie kibicowania, ani dobrej gry. To nie jest łyżwiarstwo figurowe”.
No cóż, różnicę w strukturze kibicowskiej na meczach kadry i ligowych diagnozujemy wspólnie z panem premierem. Wartość pewnych atrybutów ultrasowskiego dopingu również do spółki potrafimy docenić, a jednak ta wypowiedź mnie irytuje.
Choć na meczu z Ukrainą nie byłem, za kibica repry się uznaję, Euro 2012 nie bojkotowałem, teraz z ust ekspremierowskich kropnął mnie zaszczyt otrzymania miana „krewetkowego kibica”. Doprawdy łatwość szafowania przez polityków uogólniającymi określeniami, na dodatek pejoratywnie definiującymi spore grupy społeczne jest zdumiewająca. Jeszcze całkiem niedawno kumpel Jana Krzysztofa Bieleckiego aktualny premier deklarował równocześnie prosząc: "aby ludzie odpowiedzialni za państwo, czy to jest prezydent dużego miasta, czy lider sporej partii politycznej, czy liderzy opozycji, żeby stanęli po stronie państwa i jego służb, a nie po stronie chuliganów, a nieraz zwykłych pospolitych bandytów. - Jeśli nie staną po naszej stronie, to rzeczywiście trudno będzie nam wygrać. W tej sprawie musi być narodowe porozumienie”
http://polska.newsweek.pl/-koniec-z-bandyterka---tusk-broni-decyzji-o-stadionach,76268,1,1.html
Jak w tym kontekście interpretować słowa JKB, samowolnie i autonomicznie pod wpływem emocji wyłamał się z linii partyjnej i rządowej, czy jednak jako emisariusz na wolontariacie sondując zapowiedział zmianę kursu politycznego wobec „kiboli”?
Obojętnie jednak jaką funkcje mają te słowa, rażą mnie beztroską. Owszem obszar politycznie i społecznie jest niebezpieczny, dlatego tym bardziej rzucone zdanie: „Nie ma sportu bez fanatycznego kibica.” dziwi. Owszem z interpretacją Pjusa pojęcia „fanatyk” z chęcią bym podyskutował, nie wykluczając jej przyjęcia, zaakceptowania, ale już z definicjami zaczerpniętymi z innych legijnych dróg miałbym jak przypuszczam spore problemy.
Ekspremierowi sekunduje niedoszły kandydat prezydencki, polityczny znany dziennikarz.
Tomasz Lis: „Każdy potrafi wrzeszczeć "Polska, biało czerwoni" jak nasi wygrywają. Ale kibic jest od tego, żeby zdzierać gardło zawsze i na całego, szczególnie wtedy, gdy drużynie nie idzie. W czasie Euro na Stadionie Narodowym daliśmy się przekrzyczeć Rosjanom zajmującym jeden sektor. Trochę lepiej było po bramce Błaszczykowskiego, ale tylko trochę. W czasie meczu z Ukrainą daliśmy się przekrzyczeć garstce Ukraińców. Ta garstka zdominowała jakieś 53 tysiące Polaków bardziej niż 11 Ukraińców naszych 11 - tu piłkarzy. Wstyd. (...) Publika spała jak na odpuście albo na marnym pikniku.”
http://tomaszlis.natemat.pl/55467,takie-granie-jak-kibicowanie
Pan redaktor Lis podpadł mi za okładkę pisma ze Smudą wystylizowanym na Piłsudskiego przed meczem z Rosją na Euro, ale krewetkowo-kibolskiemu rozróżnieniu obecnie się przynajmniej przeciwstawia, dobre i to, w propagowaniu aktywnego, ustawicznego dopingu, na poziomie deklaracji wydaje się równie stanowczy jak Staruch. Gdyby nie polityczna przypisywana proweniencja zostałby jeszcze zwerbowany na Żyletę.
Ech, ta polityka, pozostaje nadzieja że redaktor Lis z redaktorem Zimochem reprezentacyjną ultraskę na Narodowym zorganizują i rozkręcą. Lis na gnieździe – fajnie brzmi!
W gronie zawiedzionych postawą kibiców na Narodowym i otwarcie to manifestujących, znajdują się jeszcze, Dariusz Tuzimek szyderę z reprezentantów nazywający wieśniactwem, oraz Michał Pol obwieszczający na swym blogu: „Krewetkowym skrytożercom stanowcze na trybunach mówię stanowcze „nie!” Szyderę róbcie sobie w pubach i przed telewizorem, ale jeśli ktoś idzie na reprę na trybuny niech jednak pewien kodeks zachowań obowiązuje!” http://michalpol.blox.pl/html
Widzę tu jednak subtelną różnicę z wypowiedzią Jana Krzysztofa Bieleckiego. Przynajmniej takie jest moje wrażenie, o ile polityk-bankier-biznesmen zdegustowany generalizował przeciwstawiając całość obecnych kibiców reprezentacji, młodym aktywnym kibicom klubowym, to u dziennikarzy jest wzbudzony i wyrażany sprzeciw wobec pewnych form zachowań i osób, które w czymś takim uczestniczą. Mała rzecz, ale w odbiorze istotna.
Skupmy się jeszcze na tych zachowaniach. To że stosunkowo mała garstka Ruskich lub Ukraińców potrafiła przekrzyczeć wielokrotnie liczniejszych Polaków dziwić nie powinno. Mniej liczni „zawodowcy” po prostu w sprzyjających warunkach okazują się i tak lepsi od „amatorów”. Jak już pisałem, taki rodzaj zarzutu uważam za chybiony. Już w przeszłości dowiedziono, że lepiej zorganizowani i wyszkoleni potrafią rozbić pospolite ruszenie Rzeczypospolitej.
Kwestia w szyderze, w wygwizdywaniu podczas meczu, w trakcie przeprowadzanych akcji przez piłkarzy. Niektórzy mogą twierdzić, ze styl gry kadry z Ukrainą coś takiego usprawiedliwiał, być może, według mnie czas ku temu był jednak nieadekwatny, tu jest pies pogrzebany. Krótkiego „przerywnika” w ciągłym, wspierającym dopingu na zasadzie „kadra grać, kuźwa mać” w starciu z Kozakami zabrakło, zastąpione to zostało wygwizdaniem wpuszczonego na San Marino Wasilewskiego. Efekt wiadomy, żałosny! Chluby nie przynoszący nikomu!
Tu próba konstatacji. Skoro medialne zainteresowanie było rozbudzane, karmiono rzesze okazjonalnych kibiców piłkarskich papką celebrytów z dachu fabryki czekolady, to trudno się spodziewać, że i efekty okażą się niepapkowate. Po sportowym blamażu na Euro i igrzyskach w Londynie Joanna Kolenda-Zaleska pisała: „Kiedy słyszę okrzyk ''Polacy, nic się nie stało'', dostaję szału i mam ochotę komuś przyłożyć.” http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,12304854.html?i=0 No to po takiej lekturze, kibic czuje się wręcz zobowiązany, żeby na piłkarza biegającego po murawie, w obliczu kolejnego zawodu, swą złość, rozczarowanie, frustrację wylać, najszybciej i najprościej.
„Nic się nie stało” zostało wyszydzone i po wielokroć w kabaretowym tonie ośmieszone, mam szczerą nadzieję, ze klubowe, „czy wygrywasz, czy nie...” mainstreamowej obstrukcji się nie podda.
Już byłbym wyjaśnieniem przypadku „krewetkożerców” usatysfakcjonowany, uspokojony, że jego geneza wywodzi się z „okazyjnego”, modowego, medialnie inspirowanego zainteresowania kibicowaniem, gdyby nie pewne przypadki z Ł3, a opisywane w taki sposób:
„ ... w przerwie byłem wprost wściekły na Ljuboję ale nie myślałem że ten stan może zostać spotęgowany, że moja wściekłość (ogólnie a nie na Daniela) może być jeszcze większa. Tak było jednak w momencie kiedy na boisko wchodził Janek Gol. Reakcja części kibiców, którzy zaczęli gwizdać na zawodnika Legii była kompletnie niezrozumiała i dla mnie osobiście absolutnie nie do przyjęcia. Tak jak nie utożsamiam się z częścią kibiców z Północnej którzy tworzą własny fanclub mający niewiele wspólnego z Legią tak nigdy nie będę częścią pewnej grupy łachmytów z pozostałej części stadionu. Rozumiem rozczarowanie kibiców którzy potrafią wygwizdać zawodnika po kiepskim meczu ale w momencie kiedy wchodzi na boisko? Taka postawa to zwykłe skurwysyństwo. A jeszcze chwilę temu śpiewali Janusz Gol allez allez... Na pohybel chamstwu i fahoffcom.” – Kibic Walles w komentarzu na c-L, po meczu z Zagłębiem Lubin.
Kto sądzi, że ‘krewetkożercy’ na Ł3 nie występują, jest w błędzie!
Czy zatem, skoro wczoraj zakałą futbolowego światka, był „kibol”, to dziś to miano zostanie przejęte przez piknika-krewetkożercę?
Dla mnie to są właśnie efekty uogólnień, generalizacji, uproszczeń w publicznym dyskursie odnoszącym się do kibiców i tych zaangażowanych i tych pozostałych. Opisujmy, krytykujmy w pierwszym rzędzie zjawiska i skonkretyzowane osoby czy grupy za dane przypadki postępowania odpowiedzialne, z uogólnieniami lepiej być ostrożnym.
Na koniec, model ultrasowego, zaangażowanego kibicowania, jego atrybuty, w pozytywnym znaczeniu były tu wielokrotnie przytaczane, żeby tak błogiemu stanowi nie ulec, można zadać pytanie Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu i wszystkim bezrefleksyjnym i bezwarunkowym zwolennikom zamiany „krewetkożerców” na młodych, aktywnych kibiców klubowych, na jakich zasadach by to miało nastąpić? Czy zgodnych z tym jak się zachowali kibice Cracovii w minucie ciszy, czy wzorem mają być młodzi kibice z K6 aktywnie między sobą na trybunie wyjaśniający ideologiczne różnice, czy tez organizacja dopingu ma być powierzona dzielnej grupie sharks ze starego miasta Krakowa, ma być zgodna z jej założeniami i ich bezwzględną, stanowczą egzekucją? http://skwk.pl/skwk/2-wydarzenia/3723-oswiadczenie-wisla-sharks.html
Czy też Jan Krzysztof Bielecki już zapomniał jak wyglądał mecz reprezentacji Polski z Litwą w Kownie.
Oby tylko ten ostatni akapit nie wywołał wzajemnego udowadniania sobie wzajemnie kto jest większą kibicowską zakałą, gdyby tak się stało odpowiedź by brzmiała, że my wszyscy kibice nie potrafiący ze sobą rozmawiać, dyskutować, nie umiejący wyjaśniać sobie wzajemnie własnych postaw, obaw, motywów działania.
Zatem, czy jesteśmy faktycznie taką zakałą?





Jednak porównanie ludzi, którzy byli pewnie pierwszy raz na meczu w swoim życiu, tudzież pierwszy raz na stadionie, imprezie masowej nie może być porównywane z kibicami ekstraklasy, Legii, czy Żylety. Swołocz jaka odwiedza mecze reprezentacji w większości jest przypadkowa, zatem jakiekolwiek śpiewy poza Marszałkiem Dąbrowskiego, Polska Biało Czerwoni, Polska Gola oraz nic się nie stało nie będzie nigdy śpiewane. Nikt nie wziął się za reprezentację tak jak to w filmie "Skrzydlate Świnie", a chyba w tym przypadku PZPN'owi wyszło by to na dobre. Przydał by się taki Oskar Nowacki, bo rzeczywiście często jest wstyd i nieporozumienie.
Mimo to ludzie, którzy chodzą na mecze reprezentacji są kibicami reprezentacji. Każdy z nas wie, jak daleko jesteśmy na liście FIFA więc nie wiem skąd oczekiwania dobrej postawy na jakimkolwiek meczu Reprezentacji. Na reprezentacje nie chodzą ludzie oglądający Ekstraklasę na stadionach, bo szkoda im kasy na słabe widowisko. Ile razy można czuć zawód po przegranym meczu? Przyznam się, że byłem na dwóch meczach reprezentacji Polski, oraz w Fanzonach. Emocje były, spektakl był świetny, dopingu brak. Jeśli Polska była by w pierwszej 10tce na świecie, byli by kibice reprezentacji, byli by również ultrasi reprezentacji. A tak to mamy malkontentów, hipochondryków, nudziarzy, tetryków... w odpowiedzi na Twoje pytanie końcowe, każdy czuje się na swój sposób tak jak się widzi. Czy Ty jesteś zakałą? musisz sobie odpowiedzieć sam na to. Ja nie jestem.
Zaczynasz od narzekania, że tekst długi. Może poczekaj, aż dostaniesz wersję skróconą na Ćwierkaczu? Obrażasz ludzi chodzących na mecze reprezentacji, określając ich "godnymi pogardy i potępienia", a sam nie wiesz, jak się nazywa polski hymn. Wypisujesz wyssane z palca treści ("Na reprezentacje nie chodzą ludzie oglądający Ekstraklasę na stadionach") i jakieś chore wizje ("Jeśli Polska była by w pierwszej 10tce na świecie, byli by kibice reprezentacji, byli by również ultrasi reprezentacji.") nijak nieprzystające do rzeczywistości. Może zapytaj starszych kolegów, jak wyglądała piłka reprezentacyjna w Polsce w latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku? Może się zastanów, kto i dlaczego dążył usilnie do zmiany tego stanu rzeczy?
Świetny tekst. Kilka słów postaram się napisać jutro, bo jeszcze mam zmianę umowy, zamówienia, a nie chcę zbyć. Niemniej jedna uwaga na gorąco. Za dużo poświęcasz uwagi Pan Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu. On jest z mojego, nie twojego pokolenia i daję Ci słowo, ze nas 'Kacapy' nigdy by nie przekrzyczały, ani inni 'Makaroniarze' czy 'Szkopy'. On, podobnie jak ja wie, ze nasz czas już przeszedł i wie, ze już nie daje rady, ze mu nie wypada i chce, aby była sztafeta pokoleń i boleje, ze jej nie ma. Że coś pękło, że się zepsuło i nawet jak idzie na mecz to chociaż chciałby żyć tą atmosferą swojej młodości i jej nie znajduje i czuje, ze czas został stracony, ze nic młodym nie przekazaliśmy, ze okazaliśmy się za mało wiarygodni i byliśmy za małymi autorytetami. Reprezentacja, klub niby ukochany to są puste dzwięki za które nie tylko nikt nie zechce umierać, ale nawet japy głośno rozedrzeć nie chce.
"Lepiej milczeć narażając się na podejrzenie o głupotę niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości".
Ja tak szybko nie nawoływałbym do zmiany krewetkożerców na młodych, aktywnych. Przeraża mnie bowiem to że ci młodzi, aktywni (rozpatrując ich kręgosłup, szkielet czy też Headquarters do wyboru) w zdecydowanej większości oprócz także pewnego zainteresowania sprawami piłkarskimi sa w głównej mierze ambasadorami pewnej brunatnej ideologi. Rozpatrywaliśmy kiedyś jak następowały zmiany w tzw. ruchu kibicowskim. I o ile wcześniej chuliganka była bardziej wyrazista to jednak w moim odczuciu była mniej niebezpieczna bowiem o wiele łatwiej jest\było się z nią rozprawić. Teraz mamy do czynienia z często zakamuflowanymi działaniami pewnych osób, oficjalnie nie ma to nic wspólnego z żadną partia czy tez ideologią. Pewnie już niedługo bowiem po ostatnim Marszu Niepodległości niektórzy zaczynają powoli podnosić przyłbice. Oby to nastąpiło, łatwiej wtedy będzie z tym walczyć czy też o tym pisać. Obecnie bowiem jesteśmy skazani na spekulacje, tak jak w przypadku świetnych spostrzeżeń piszącego "Na aucie" Niuńka. To akurat część kibicowskiej społeczności której obecność nie jest pożądana przeze mnie ani na meczach reprezentacji ani na meczach ekstraklasy.
Co do krewetkożerców to niestety także po części wina mediów, szczególnie tych elektronicznych. Dostępność dla wszystkich ( no prawie)internetu, możliwość tworzenia włąsnych blogów, możliwośc anonimowego wypowiadania się napędza niestety pewne reakcje. Jeśli dodamy do tego takiego Stanowskiego to mamy po części także obraz nieszczęścia. Napisałem o Stanowskim bowiem bez dwóch zdań jest to człowiek obdarzony niespotykanym talentem i lekkością pióra. Szkoda tylko że swoje zdolności wykorzystuje w sposób, który napędza pewne negatywne reakcje i zachowania. Jestem przekonany że gdyby tylko chciał to mógłby dać wiele dobrego polskiej piłce nożnej szeroko pojętej. Często niestety robiąc sporo dobrego w jednym temacie natychmiast popiera swoich poprzednich przeciwników wpisując się dokładnie w ich sposób zachowania i komunikowania się ze światem. Oczywiście można się spierac co było pierwsze - jajko czy kura. Czy to Stanowski wykreował pewne zachowania czy też doskonale wpisał się w dość niskie oczekiwania części publiki. Tak czy siak z pewnością jest w tej chwili jednym z głównych "pociągowych" dla schamiałych frustratów i prymitywów, osób którzy pewnych spraw i zachowań nie potrafią oddzielić.
Kończąc mogę tylko rozszerzyć swój wpis po meczu z Zagłębiem i uaktualnić go do powyższego artykułu.
Na pohybel chamstwu i fahoffcom. Na pohybel brunatnym. Oby pozostali stanowili większość ...
A teraz o różnicach w kibicowaniu. W tamtych czasach o czym mówią wszyscy piłkarze, a nawet ci póżniejsi jak Czarek Kucharski, czuli oni ducha trybun i związek tych na trybunach z tymi na boisku. Dziś żaden piłkarz o tym nie mówi. Dawniej kibice żyli meczem i wspomagali drużynę. Dziś zajmują się sami sobą. Dawniej kibice oglądali mecz na siedząco. Kto wstawał był karcony. Tylko przy strzelaniu bramki dla nas wszyscy wstawali. Jak nie strzelono to cały stadion wydawał jęk zawodu. Kibice reagowali na wydarzenia na boisku. Dziś takie kibicowanie jest nie dla mnie. Wszyscy stoją i nikt meczu nie ogląda bo się nie da. Jakiś typek mówi wszystkim co mają robić, a ci jak barany to wykonują /wiecie dlaczego barany, bo to jedyne zwierzęta, które jak ich przywódca idzie do rzeżni to one za nim/. A facet fantazję ma sporą, bo to jakieś wygibasy, jakieś kucanie, wywijanie nóżkami, rączkami, machanie, podskakiwanie i inne ćwiczenia. W moim wieku czułem się jak błazen, meczu nie widziałem, a zmęczony byłem jak po całym dniu pracy. Ten jednostajny ryk jest bez sensu. On nie pomaga piłkarzom. Więc po co? Dla własnego dobrego samopoczucia. Kibicowanie wyrodziło się i stało się karykaturą dopingu.
W dawniejszych czasach na mecze chodzili wszyscy niezależnie od wieku, zaś dziś młodzież chce zawłaszczyć stadiony dla siebie i niestety to im się udaje, a tacy jak J.K.Bielecki sami się z tego wykluczają, bo niby jak ma zachowywać się jak nastolatki. Nie te lata i nie wypada. Wielu kibiców było związanych ze swoim klubem i pomagało w różnych pracach. A to byli porządkowymi, a to rozlepiali plakaty. W Legii w latach 60-tych funkcjonowała zbiórka pieniężna na premie od kibiców dla piłkarzy. Dziś władze klubu kibiców traktują jak trochę obce, a każdym razie zewnętrzne ciało. Dla kibiców ważny był mecz i nie było na stadionach polityki. Kibice dzielili się na zwolenników własnej drużyny i wrogów obcych, a nie na poziomie zapatrywań politycznych. Zdarzało się sporadyczne przyjście polityków na stadion, ale witał ich taki koncert, że spieprzali szybciej jak przyszli. No i na Legii własny stadion był świętością. Złamane to tabu zostało w latach 90-tych i od tamtej pory wielu własnego stadionu nie szanuje. Zgodzić się trzeba z Wallesem, Niuńkiem i Senatorem, że bandyci nie zasługują na to, aby nawet zbliżać się w okolice stadionu.
Ale też nie do pomyślenia było, aby popierać wrogów Legii w ich dążeniach do zaszkodzenia klubowi. Dziś, teraz mamy do czynienia z taką haniebną sytuacją. W interesie naszego klubu lezy reforma ligi o czym wszyscy wiedza i wrogowie sie mobilizuja. Sa tacy co im sprzyjaja. To sie nazywa zdrada. Ja jestem dobrotliwy i rozumiem ze mlodosc ma swoje prawa i maja oni inny poziom ekspresji. Byle nie szkodzic. Byle nie osmieszac wlasnego klubu. Byle nie dzialac na korzysc wrogow.
Zbyszku, Tomasz Lis jest z mojego pokolenia i on też nie może przeboleć, że na Narodowym bywaliśmy przekrzykiwani i to przez Ruskich, ale on przeciwstawia się tezie Bieleckiego i podziałowi na krewetkożerców obecnie "kibicujacych" kadrze i na fanatyków ją bojkotujących. Taki dualizm to zbyt duże uproszczenie, przy tym fałszywe i akurat pod tym wzgledem mam ten sam pogląd co Lis. Typ krewtkożercy z pewnością nalezy wyszczególnić i napiętnować, rodzajów fanatyków dostatek, niektórzy bezrefleksyjnej chwalby godni nie są, ale typologia kibiców na tym się nie kończy, gdyby tak było to za króla krewetkowców samego Jana Krzysztofa Bieleckiego by należało uznać.
Przy opisie minionych czasów i zestawieniu z obecnymi mozna by rzec: O tempora, o mores! No cóż, pokolenia mają swoją specyfikę, lepszą, gorszą, z pewnością inną.
Z mojej perprspektywy, uwzględniając dzisiejsze standardy, u nas na Narodowym jest piknikowe pospolite ruszenie nie "zaprawione w dopingu zorganizowane stadionowe hufce", zapału i animuszu starcza gdy jest entuzjazm, gdy go braknie, bo na murawie piach, doping siada. Zawziętość na "braci Moskali" chyba tak do końca nie mija, mam nawet pretensje że rok temu została okazana w zbyt dużej ekspozycji, a media, nawet politycy, (nie wiem dlaczego użyłem słowa "nawet" jakbym miał się od nich spodziewac odpowiedzialności za słowo) ją jeszcze pdsycały.
Zaprawieni w ultrasce "zawodowi" nasi kibice w pięć tysia przekczyczeliby pełne Łużniki z ichnimi "zawodowcami". Jeżeli nawet trochę przesadzam, to na straconej pozycji by nie byli. Na Narodowym w kilka, kilkanaście tysięcy, na stojacych sektorach za bramką, pociagnęliby siedzacych na tyłku pikników do zrobienia takiego kotła, ze świat by oniemiał, ale ... ale gdyby to się miało łączyć choćby z racowiskiem, za które później należałoby się modlić o jak najmniejszy wymiar kary, zamkniecie trybun, a nie odebranie punktów, to już można się nad tym wszystkim zadumać.
@ Walles
Wyrażasz raczej obawy, w ten sposób chyba lepiej to traktować. Przy opisie stanu faktycznego łatwo to by było zinterpretować jako, jak sam przyznałeś jedynie spekulacje, na dodatek ktoś mógłby dodać, wynikajace z przewrażliwienia. Dla młodego chłopaka czy dziewczyny chcącego zdzierać gardło za klub w imie prostych zasad wspólnoty, przypisanie "brunatnych inspiracji" w odbiorze moze być uznane za antykibicowską fobię, paranoję w najlepszym przypadku kompletny brak zrozumienia. Ci których się obawiasz, będą zacierać ręce.
Gdy Miki wypowiadał swoje znane słowa dla BBC, powszechna polewka z tego była szczera, nie obłudna, z drugiej strony "ideowi indoktrynerzy" trybuny uznali za idealne miejsce do swojej uprawy, a czas ku temu ostatnio okazał sie sprzyjający, dlatego obawy są jednak uzasadnione, ja je również podzielam, tylko że z tym poradzić sobie mogą najlepiej sami zainteresowani.
Pikniki z krewetkożercami, kibole z politrukami. To pierwsze wydaje się rangą banalniejsze, ale jezeli z ogarnięciem tego sami sobie nie radzimy, to jak wymagać, żeby i "kiboli" ciężar ichniego garba nie przytłoczył. Zadanie mają poważniejsze.
@ Moja Legia.pl
Gyby pojawienie sie ultrasów na meczach reprezentacji miało zależeć od jej wysokiego miejsca w rankingu, ta ja za takich "kibiców sukcesu" dziękuje bardzo, ponad to wiary że ktos taki w obliczu niekorzystnego wyniku, byłby nieugięty i dopingu by nie odpuścił u mnie za grosz. Przy tym w odniesieniu do obecnej klubowej ultraski bojkotujacej kadrę, różne mniej lub bardziej trafne przyczyny tego podawałem, ale na taki zarzut bym się nie ośmielił.
***
Jeszcze jedna, ogólna uwaga!
W końcu jest wpływowy polityk z opcji rządowej, który powinien aktywnie i mocno lobbować za rozgrywaniem Pucharu Polski na Narodowym! Gdyby tego nie czynił, wykazałby sie rażącą niekonsekwencją.
Satanowski nie jest wcielonym złem.Natomiast jeżeli idzie o reformę ekstraklasy to ma całkowitą rację.Tu mamy nareszcie szansę spowodować,aby odbić się od dna.Proszę patrz:"Nie kto co mówi",lecz:"co kto mówi".Boli mnie,że onegdajsze myślenie,ze prawda sama się obroni nie ma racji bytu . Nie chcę nikogo obrażać,lecz albo cenimy akjsjologię,albo brak jakichkolwiek norm. Nie może być bowiem tak,że odsądzamy od czci i od wiary tych co niszczą reguły, a dajemy przyzwolenie tym co stają po stronie naszych/i polskiej piłki wrogów/.Zapewne miał on swoje grzechy,ale ja mu wybaczam,bo teraz wie co prawi.
Ale oczywiście że absolutnie w swoim wpisie niczego nie uogólniam. Dlatego też napisałem że dotyczy to głównie osób wiodąco-dowodzących i ich najbliższego otoczenia. Takie podejście nie jest z pewnością powszechne ale niestety nie można go zaliczać do błędu statystycznego. I to mnie głównie martwi.
@Zbyszek
Ależ oczywiście że Stanowski nie jest wcielonym złem ani samym złem polskiej skopanej. Miałem na uwadze raczej sposób prowadzenia przez niego dyskusji. Ma świetne pióro i zdecydowanie mógłby to robić lepiej a przede wszystkim w sposób który nie odrzucałby sporej części środowiska. Coz bowiem z tego że np. ja będąc przekonany o swojej racji w jakiejś sprawie i podstawowych błędach w rozumowaniu swojego adwersarza zacząłbym pisać że jest pierdolonym idiotą, niech spierdala a w ogóle to powinno się go wypierdolić z kraju czy też z pracy. Oczywiście u części uzyskałbym poklask tylko czy akurat o zrozumienie u tej części by mi chodziło? Czy jednak większości bym nie odepchnął a moje nawet dobre, mądre i przemyślane stanowisko, które generalnie miałoby akceptacje wielu (jak nie większości) nie utonęłoby jednak w morzu szamba? Czy nie uzyskałbym efektu wprost przeciwnego do tego który zamierzałem osiągnąć? Czy ci którzy tak czynili wcześniej widzą w tym zielonego światła dla siebie i swoich zachowań? A spirala jak już się nakręci to potem trudno ją zatrzymać. Dodatkow jest także tak, że my jako społeczeństwo bardzo łatwo przyklejamy innym łatki które potem jest bardzo trudno odkleić. A wtedy nawet to że ktoś zaczyna mówić rozsądnie może zostać pominięte z prostej przyczyny. Wielu potem odbiera takie osoby na zasadzie - Ja nawet nie wiem co on mówił/pisał bowiem mnie nie interesuje zdanie tej persony. W naszej polityce takich przykładów mamy aż nadto ...
Mamy więc wyłonionych tych którzy obecnie prowadzą doping,znawców futbolu, zarazem jego miłośników. Sam fakt ,że są znawcami nie pozwala im na doping o którym marzy Lis i JKB bo jak dopingować kiedy źle grają, nie tak itp. Kiedy idzie grają chłopaki jak się patrzy to wszyscy zadowoleni jak przegrywają to przecież grają padakę a oni padaki dopingować nie zamierzają, proste to i nic wyjaśniać nie trzeba. Tu zgodziłbym się też z szlachetnym Wallesem ,że niepośrednią rolę odgrywają media. Tak złej atmosfery dotyczącej reprezentacji narodowej od momentu przejęcia jej przez Smudę nie pamiętam. A że madia to czwarta władza to i wniosek Wallesa uważam za trafny. Dajemy się jako społeczeństwo manipulować i to dobrze widać na przykładzie reprezentacji, nie kto inny jak pewna grupa dziennikarzy wmawiała nam ,ze na meczu jesteśmy takimi samymi konsumentami jak w Biedronce i mamy prawo i i obowiązek wymagać dobrej gry ( Kto ma dobrze grać Grosicki, Wasilewski?) wszak płacimy. (Pamiętacie kiedy pierwszy raz szły takie przesłania? mi się zdaje ,że w czasie konfliktu u nas, szybko rozprzestrzeniło się to na reprezentację bo komuś było to do czegoś potrzebne)Ogólnie trzeba się zgodzić ,że w tym rozdaniu trybun dożo lepiej nie będzie przy założeniu ,że nasi piłkarze znacząco nie podniosą poziomu.
Dochodzimy więc do sprawy drugiej czy wpuszczenie klubowych ultrasów pomoże i zapewni doping o jakim marzą dziennikarz(polityk?) Lis i polityk JKB?
Pierwszą sprawą z jaką musimy się w takim przypadku pogodzić to fakt ,że jeśli już przyjdą to ze swoimi głównymi atrybutami czyli race, petardy, sektorówki no i strzelcie k...gola. O ile race mi osobiście nie wadzą jeśli są stosowane w ilościach np takich jak ostatnio u nas o tyle pewien repertuar pieśni już tak ponieważ grupa o której pisałem wcześniej na meczach reprezentacji będzie zawsze, a tam dzieci całe mnóstwo. Ta grupa tak na marginesie może być bardzo pomocna przy pozytywnym łatwym słownie i melodyjnie dopingu chętnie się włączą ( nie do dopingu do zabawy
Co może stanąć jednak na przeszkodzie w realizacji marzeń JBK? moim zdaniem niezależności jaką do tej pory zachowały i mocno pielęgnują liderzy ruchu kibicowskiego. Autonomia ultrasów może nie zostać zaakceptowana przez PZPN nawet teraz kiedy na czele stoi reformator.
Cały czas oczywiście istotne jest pytanie czy ligowa ultraska ma w ogóle chęć bawić się w kadrę, myślę ,że odpowiedz wcale nie jest tak oczywista a i warunki jakie by postawili nie wszystkim musiałby odpowiadać.
Reasumują ce bardzo długie wypociny,byłem na dwóch
Tak ogólnie doping panowie szlachta powinien wypływać z serc a nie z faktu czy się jest Januszem, krewetkorzercą czy ulrasem.
PS
JE panie Zbyszku nie będę ukrywał ,że się zawiodłem na panu. Lubi pan przysłowia to proszę jest i takie - Kto mieczem wojuje od miecza ginie.
Kto okaże się zgodnie z pana sugestiami zdrajcą przekonamy się za rok.
I vice versa.Lubicie na tym blogu porównania.To ja Tobie podam takie.
Masz bliskiego członka rodziny o którym mówisz,ze go kochasz.On staje z innym człowiekiem do konkursu na intratne stanowisko.I je otrzymuje.Ale wróg podły nie daje za wygraną.Wszczyna kampanię przeciwko tej niby bliskiej Tobie osobie,że jej się nie należy,bo to niesprawiedliwe,nieuczciwe,niedemokratyczne itp. I Ty tego wroga popierasz.To jemu przyznajesz rację. Jak byś siebie nazwał?. Ja i tak uczyniłem to delikatnie,bo nie odniosłem się do osób ,ale sytuację nazwałem. Porównałem postawy i morale kibiców i jestem jeszcze bardziej zdołowany. Lojalność to jeden z fundamentów zdrowia społecznego.Bez tego jesteśmy chorzy i w gruncie rzeczy nic nie warci.To czy reforma się uda czy nie nie ma żadnego znaczenia.Trzeba być za swoim,nie za obcym. To rozumie nawet wierny pies. Pozdrawiam.
Ale też nie do pomyślenia było, aby popierać wrogów Legii w ich dążeniach do zaszkodzenia klubowi. Dziś, teraz mamy do czynienia z taką haniebną sytuacją. W interesie naszego klubu lezy reforma ligi o czym wszyscy wiedza i wrogowie sie mobilizuja. Sa tacy co im sprzyjaja. To sie nazywa zdrada. Ja jestem dobrotliwy i rozumiem ze mlodosc ma swoje prawa i maja oni inny poziom ekspresji. Byle nie szkodzic. Byle nie osmieszac wlasnego klubu. Byle nie dzialac na korzysc wrogow.
Zdrada, hańba, wrogowie ? LOL
Czy ja dobrze rozumiem (a tak w istocie jest), że właśnie nazwałeś mnie zdrajcą (!!!), a to co pisałem o reformie haniebną sytuacją ? Właściwie takie najcięższe oskarżenia powinny się spotkać z odpowiednią reakcją, ale daruję sobie, bo obrazić mnie nie jesteś w stanie, jedynie mnie rozbawiłeś i zapewniłeś dobry humor na resztę dnia