- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Koniec i początek
Ostatni akord sezonu 2012/13 za nami. Sezonu wyczerpującego, nerwowego, ale jakże w ostatecznym rozrachunku dla nas szczęśliwego. Do pucharu dorzuciliśmy mistrzostwo Polski, a w kończącej sezon niedzielnej kolejce ligowej znokautowaliśmy ustępującego mistrza kraju, drużynę Śląska Wrocław. Wynik 5:0 mówi sam za siebie.
Mecz ze Śląskiem był okazałych rozmiarów kropką, zamaszystym ruchem postawioną na końcu zdania opisującego nasze dokonania w świeżo zakończonym sezonie Ekstraklasy. Lecz nie tylko - meczem ze Śląskiem pożegnaliśmy między innymi Danijela Ljuboję i Michała Żewłakowa, dwie postaci będące symbolami drużyny, którą najpierw z dużym powodzeniem prowadził na europejskich boiskach Maciej Skorża, a następnie, po spektakularnym ligowym niepowodzeniu poprzednika, przejął Jan Urban. Niedzielna potyczka kończy pewien rozdział w historii naszego klubu, coś więcej niż pojedynczy sezon. Legia bez zawodników, o których w zeszłym tygodniu pisał już na stronach czarnej-eLki Garm, będzie z pewnością drużyną inną, niż ta, która pozwalała nam się zapamiętać podczas mijających dwóch lat.
Drużyną inną, czy podążającą w kierunku wyznaczonym na Łazienkowskiej w niedzielę? Takiej Legii nie oglądaliśmy w ostatnim czasie zbyt często, Legii jednocześnie tak aktywnej, tak agresywnej, tak dynamicznej i tak skutecznej.
Doprawdy trudno skomentować niedzielne zakończenie sezonu słowami. Lepiej skomentowały je obrazy, które zapewne wszyscy mamy jeszcze świeżo w pamięci. Obraz czterech trybun naszego stadionu zjednoczonych w imponującej, szalenie gustownej kolorystycznie oprawie, widok Marka Saganowskiego spontanicznie dzielącego się radością z publicznością po pierwszym ze swoim trzech goli, spanikowanego trenera Levego dokonującego defensywnej (!) zmiany przy stanie 3:0 dla Legii, obrazek Kuby Koseckiego z dziecinną łatwością objeżdżającego ligowego wyjadacza Tadeusza Sochę przed bramką na 5:0, szpaler dla Dicksona Choto i Michała Zewłakowa, wreszcie pana Lucjana Brychczego niesionego na ramionach piłkarzy Legii.
To było idealne zakończenie sezonu, triumfalna fiesta połączona z momentami powodującymi szczere wzruszenie oraz rzadko spotykanym pokazem futbolowej mocy naszej drużyny.
Z jednej strony to zadziwiające, że Legia zagrała tak porywający mecz w takim składzie, z drugiej strony, być może właśnie to było kluczem do skutecznej realizacji scenariusza nakreślonego przez legionistów na boisku - postawienie na zawodników, spośród których kilku miało ostatnią w tym sezonie szansę, żeby poprawić nie zawsze pozytywne jak do tej pory wrażenie. Choćby takich jak Tomasz Brzyski, czyżby jednak była pisana mu pozycja dublera Kuby Wawrzyniaka na lewej stronie defensywy, zamiast nieszczególnie udanych prób w linii pomocy? Jak Kuba Rzeźniczak, być może przedwcześnie skreślany w rywalizacji o miejsce na prawej defensywie? Jak Tomasz Jodłowiec, do tej pory niepewny i bojaźliwy, nagle, przesunięty do drugiej linii, zamieniający się w pracusia atakującego przeciwnika wysoko na jego połowie i szachującego rywali niebezpiecznymi prostopadłymi piłkami? Jak Dominik Furman, mający naturalne u tak młodego piłkarza wzloty i upadki, tym razem absolutnie niepodzielnie rządzący w linii środkowej boiska? Jak Michał Kucharczyk, odsądzany od posiadania umiejętności wystarczających na grę w pierwszym składzie Legii, naraz z nienaturalnym dla siebie spokojem i skutecznością, asystujący i strzelający?
Cóż, nie miejmy jednak złudzeń. Legii w takiej konfiguracji personalnej już prawdopodobnie nie zobaczymy, a pojedynczy mecz, nawet najbardziej udany, nie może determinować pełnej oceny poszczególnych zawodników i całych formacji. Nie zawsze uda się wytworzyć warunki sprzyjające ku temu, by wyzwolić taką energię, zagrać na takim luzie, z taką zawziętością, nie można niestety traktować niedzielnego 5:0 jako punktu odniesienia dla początku kolejnych rozgrywek. Mecz ze Śląskiem to raczej efektowne zdjęcie wieńczące wspaniałą przygodę, jaką był sezon 2012/13, niż pierwszy etap budowy nowej Legii, przed którą za kilka tygodni staną kolejne wyzwania.
Ale nawet jeżeli to było tylko pamiątkowe, rodzinne zdjęcie - jakże pięknie ono nam się udało.


Ten mecz też pokazał jakże innym zawodnikiem jest marek Saganowski, gdy jego zadaniem jest.... być napastnikiem a nie defensywnym pomocnikiem z opcją ataku na bramkę rywali. Wchodzenie w tempo z każda akcją jest jednak możliwe, tylko widać nie sytuacji gdy wcześniej walczyło się o futbolówkę na własnym przedpolu.
Niesamowite wrażenie (przede wszystkim na rywalach) robiła penetracja strefy obronnej Śląska przez wchodzących na pełnym pędzie ławą (od linii do linii), Kucharczyka, Saganowskiego, Koseckiego i Radovicia. Masakra, obrońcy rywala nie mieli pojęcia gdzie i do kogo biec, co ze sobą zrobić by coś uratować. Tylko dzięki Gikiewiczowi i naszej nieskuteczności skończyło się "tylko" pięcioma golami. Mogło, a nawet powinno być ich zdecydowanie więcej.
Z Żalem patrzyłem na niesamowicie pewne, spokojne i bardzo skuteczne interwencje Dicksona Choto, na jego kierowanie formacją obronną Legii. Takiego piłkarza nie ma na naszych boiskach i coś czuję, że długo nie będzie. Szkoda tylko, że ten zawodnik w każdej sekundzie może się rozpaść, w innym wypadku nie wyobrażam sobie by którykolwiek z naszych defensorów mu zagroził. A tak, dzięki Dixi za wszystkie te lata.
Dla mnie każda minuta, którą zagrał w tym sezonie, potwierdza dokładnie to, o czym piszesz. Nie wiem, co pokazują badania Dixiego, że tak już wprost i bez ogródek mówi się o całkowitym wyeksploatowaniu jego organizmu, ale dla mnie to nadal byłby bezsprzeczny pewniak do składu. Wielka, WIELKA, W-I-E-L-K-A szkoda.
O pożegnaniach.
Dixonowi się należało, był w Legii 10 lat. Grał znacznie krócej. Trener Urban miał do niego słabość i dobrze go zapamiętał ze swego pierwszego pobytu. Do tego miał on walory przywódcy i był lubiany. Dobrze,że szpalerowo powitano też odchodzących Żewłakowa i Ljuboję. Odmienili oblicze Legii za trenera Skorży i koncertowo zagrali w LE. Też im się należało. Zważmy, ze trener wpuścił ich dopiero, gdy mecz był już rozstrzygnięty. Najpierw wynik. Brewerie potem i trafny brak boiskowego pożegnania Jędrzejczyka. Czym innym jest wyrażenie zgody na jego odejście dla poprawy i tak niezłego bytu ,a czym innym cieszenie się z tego powodu. W tym wypadku to on powinien dziękować Legii, a nie Legia jemu. Stało się jak należało. Normalniejemy.
2. O postępowcach.
Można prawić kto z piłkarzy dokonał największych postępów. Zapominamy, ze zdecydowanie na czele jest trener Urban. Za pierwszym u nas pobytem był tylko trochę lepszy od dzisiejszego Rumaka. Nigdy nie był chamskim arogantem. Ale też taki pragmatyzm połączony z dogmatyzmem. Uznał, ze podstawą jest obrona, a w ataku wszyscy mają grać na Chinyjamę i to taka prosta wystarczająca recepta na sukces. O mało się nie udało. Ale jak Chinyjama złapał kontuzje to się rozsypało. Dzisiejszy Urban to facet, który wie, że on ma pomóc zawodnikom dobrze grać, a nie planować każdy ich krok. To facet, który nie kpi z graczy,ze nie są tytanami techniki,ale eliminujący błędy. To człowiek, który z niechcianego w Lechu czyni reprezentanta Polski. To wreszcie trener rozumiejący, ze Mistrzem jest zespół najsolidniejszy i najrówniejszy potrafiący gospodarować samymi zawodnikami jak i ich siłami
3. O garnkach różnej wielkości i ich zawartości.
Drużynę piłkarską można od biedy porównać do garnka z pokrywą z kipiącą para w środku. Wielkość garnka odpowiada umiejętnościom i możliwościom graczy, zaś stężenie pary ich mocy. Rzeczą trenera i mądrością zawodników jest, aby tak gospodarzyć parą, aby jej starczyło na jak najdłużej, ale też, aby uchylona pokrywa dała jej tyle, ażeby wystarczyło na kolejnego rywala. Bo te gary są wielkości przeróżnej i często jest tak, ze mały garnczek otworzy pokrywę całkowicie i to będzie i tak za mało na duże garczycho, któremu otworzy się tylko szparka. Najbardziej mnie śmieszyło jak różni naburmuszeni i cedzący słówka znawcy twierdzili,ze to Lech, ze to Śląsk lepiej grają. My po prostu otwieraliśmy pokrywę oszczędnie. Tyle ile trzeba. Wiem, ze kibice chcieliby zawsze, aby widać było całą parę w każdym meczu.Niestety tak się nie da i nikt, kto chce osiągać sukcesy tak nie gra. Ale w ostatnim meczu pokrywę otwarto na oścież i wszyscy mogli zobaczyć kto jakim garem dysponuje. Bo patrzeć i nie widzieć to jest coś.
Powiem tak: bardzo miło mi teraz odszczekiwać wszystkie czarnowidztwa, zwątpienia, kasandryczne prognozy, sceptycyzm, niedowiarstwo, chrzanienie i co tam jeszcze popełniłem w minionym sezonie. Legia pokazała klasę i osiągnęła fantastyczny wynik.
Mecz ze Śląskiem był tak kapitalny, że zapomniałem już, że Legia umie tak grać.
Oprawa HABEMUS ... doskonała.
Nie ma lepszego od Marka Saganowskiego.
I to było fajne, gdy Urban wreszcie dożył, że mu ludzie zaskandowali, gdy się zgłaszał po medal: Janek klask, klask, klask Urban.
Kapitalne uczucie, pod wpływem którego wciąż jestem.
Oj przesadzasz, nie było nas jeden dzień. Choć faktycznie mieliśmy sygnały, że na niektórych przeglądarkach nie można było otworzyć nas dłużej. Nawet nie bardzo wiemy dlaczego. Ważne, że jesteśmy. A co do Legii.. to cieszę się razem z Tobą, że Twoje czarnowidztwo nie okazało się prorocze. fajnie, że teraz wszyscy możemy się cieszyć