- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Legia - Lech 2-0: Co było do okazania
Ostatni mecz sezonu 2013/14 za nami. Legia okazała się w nim lepsza od Lecha Poznań, zwyciężajac 2:0. Bramki dla naszego zespołu zdobyli Ivica Vrdoljak z rzutu karnego i były zawodnik Lecha, Bartosz Bereszyński, dla którego był to pierwszy gol w barwach Legii. Po zakończonym meczu niemal trzydzieści tysięcy widzów oklaskiwało ceremonię wręczenia legionistom złotych medali i trofeum za zdobycie mistrzostwa Polski.
Ostatni mecz sezonu nie był wielkim widowiskiem, ale na pewno nie był meczem przechodzonym lub udawanym. Od pierwszych minut Inaki Astiz znęcał się fizycznie nad Łukaszem Teodorczykiem, Tomasz Jodłowiec ręcznie przestawiał Łukasza Trałkę z miejsca na miejsce, w takiej konwencji odnalazł się nawet młokos Karol Linetty, taranując w pewnym momencie Jodłę (!), co doprowadziło naszego pomocnika do autentycznej furii. Walki zatem nie brakowało, nie brakowało również smaczków, bo tak trzeba potraktować zdobycie pierwszej bramki w barwach Legii przez Bartka Bereszyńskiego akurat w meczu przeciw Lechowi Poznań. Za smaczek trzeba również uznać wyraźną aluzję w stronę poznaniaków, jaką stała się szpalerowa 'cieszynka' zainscenizowana przez legionistów po bramce Ivicy Vrdoljaka.
Niedzielny mecz był także dobrym podsumowaniem rywalizacji Legii z Lechem analizowanej w perspektywie całego sezonu. Lech fragmentami sprawiał dobre wrażenie, kto wie, może nawet wizualnie lepsze od Legii, tylko co z tego? Poznaniacy razili nieefektywnością tak w grze ofensywnej, w której dominowały anemiczne strzały na bramkę Dusana Kuciaka oraz problemy decyzyjne w naszym polu karnym, jak i w defensywie, która sprezentowała Legii bramkę na 2:0 po kuriozalnym błędzie Marcina Kamińskiego i niezdecydowaniu Krzysztofa Kotorowskiego. Końcowy wynik nie pozostawia wątpliwości co do tego, która z drużyn była w niedzielę na Łazienkowskiej lepsza. Podobnie rzecz się ma w odniesieniu do końcowego rozstrzygnięcia w tabeli ekstraklasy. Legia zdystansowała Lecha o dziesięć punktów, a gdyby odrzucić podział, który został dokonany po fazie zasadniczej, punktów różnicy byłoby aż piętnaście. Przepaść.
W meczu z Lechem Legia kolejny raz tej wiosny pokazała twarz drużyny skutecznie punktującej, cierpliwej, potrafiącej czekać na błąd przeciwnika. Kiedy błąd następował – wykorzystywaliśmy go z zimną krwią. Weryfikacja takiego sposobu gry starciu z przeciwnikiem, któremu nie będą plątać się pod naszą bramką nogi niczym nie przymierzając Daylonowi Claasenowi – zapewne już niebawem. Płynnych akcji w naszym wykonaniu nie było w meczu z Lechem wiele. Podobnie jak w meczu z Ruchem Chorzów, od przeciwnika nie umiał uwolnić się Michał Żyro, akcje palił poruszający się po lewym skrzydle Michał Kucharczyk, dryblingów nie wygrywał Ondrej Duda. Marek Saganowski walczył, w pierwszej połowie znakomicie uwolnił się od Huberta Wołąkiewicza i groźnie uderzył na bramkę Kotorowskiego, ale ogólnie rzecz biorąc, Saganowi i spółce stwarzanie sytuacji strzeleckich przychodziło z widocznym trudem. Bramka na 1:0 była pośrednio skutkiem jednej z najciekawszych akcji Legii, zainicjowanej przez Michała Żyro, ponowionej podaniem do Marka Saganowskiego, który mógł chyba lepiej przyjąć piłkę i od razu uderzyć na bramkę gości, ale atakowany, zdecydował się na oddanie piłki do nadbiegającego Beresia.
Kwestia następującego w konsekwencji tej akcji rzutu karnego dla Legii jest wbrew pozorom całkiem interesująca. W C+ zgodnie uznano, że podyktowanie jedenastki było błędem japońskiego sędziego. Zdroworozsądkowo patrząc, słuszny to werdykt, bo zagranie Linetty'ego było bez wątpienia przypadkowe. Z drugiej strony, można wrócić do niedawnych dyskusji prowadzonych na naszej stronie i zastanowić się jak mają się do karnego dla Legii słowa Zbigniewa Przesmyckiego, spisane niedawne przez portal sedziapilkarski.pl: „W wymiarze praktycznym, zawodnicy, którzy w celu zablokowania strzału lub dośrodkowania zakładają ręce za siebie ale poruszają się poprzecznie do toru lotu piłki muszą być świadomi, że gdy piłka zatrzyma się na ich ręce, nawet gdy znajduje się ona przy ciele, to kontakt będzie rozmyślny”. Linetty poruszał się poprzecznie do lotu piłki i miał zamiar zablokowania dośrodkowania, powinien zatem liczyć się z przewinieniem, nawet gdyby piłka trafiła go w naturalnie ułożoną dłoń. Przyznam, że znacznie łatwiej jest mi zrozumieć sędziowskie błędy i przyznać arbitrom prawo do ich popełnienia niż zaakceptować cały ten interpretacyjny galimatias.
Dość o tym jednak. Z tego mistrzowskiego wieczoru powinna zostać nam w pamięci kolejna udana oprawa z udziałem kilku trybun, stadion cierpliwie czekający na odebranie przez legionistów złotych medali, kilka słów godnych kapitana w wykonaniu Ivicy Vrdoljaka, który docenił między innymi obecnego na meczu Jana Urbana. To były piękne chwile i obyśmy przeżywali je znów za rok. W futbolu jeszcze piękniejsze od delektowania się zwycięstwem jest bowiem to, że... zawsze można odnieść kolejne zwycięstwo.


Celowo pomijam wypowiedzi tyczące szpaleru, gdyż ze strony Lecha świadczą one, że tam z kulturą to oni do czynienia nie mieli. Czego zresztą od tych zakompleksionych prowincjuszy można oczekiwać więcej? Szkoda słów.
I to wszystko zafundował przyjezdnym facet, z którego sami zrezygnowali. I, na dobitkę, wydarzyło się to pod tą bramką i z tej strony boiska, którą przyjezdna gawiedź widziała najlepiej, wręcz tuż pod jej nosem. Podziwiam Beresia, że wytrzymał, nie podbiegł pod ich sektor i ich nie wyśmiał czy im się nie ukłonił. Pewnie pamiętał, że zostawił bliskich w Poznaniu. Po prostu piękne.
Bardzo przypadła mi do gustu ta podwieszana, graficzna prezentacja na początku na trybunie północnej. Zwłaszcza, doceniam staranność w prezentacji stroju kibica RTS-u i zamieszczonych na jego chałacie hebrajskich liter. Jeśli one utworzyły jeszcze jakąś znaczącą całość (nie znam alfabetu), no to stopień dbałości w przygotowaniu naprawdę był bardzo wysoki. Ale w ogóle cały pomysł bardzo trafny.
Mecz nie był wielkim widowiskiem i nie dał jednoznacznej odpowiedzi. Legia w mojej opinii rozczarowała, podobnie jak Lech. Nasza drużyna zrobiła mały postęp i zagrała lepiej niż w rewanżowym spotkaniu rundy zasadniczej i nie pozwoliła Lechowi na dominację w drugiej połowie jak to miało miejsce we wspomnianym meczu. To jednak stanowczo za mało by z optymizmem spoglądać w kierunku Europy.
Potrzebujemy dwóch zawodników do pierwszego składu, będących realnym wzmocnieniem. Środkowy obrońca, ponieważ Aztiz i Rzezniczak są za słabi fizycznie,co w Europie odbije się nam czkawką, dodatkowo Aztiz jest kontuzjogenny a Rzezniczaka cechuje łatwość popełniania błędów w kluczowych momentach meczy. Napastnik potrzebny od zaraz, Sagan jest już za wolny i będzie przegrywał pojedynki z obrońcami, a Sa to jedna, wielka tajemnica.
Druga połowa po karnym to ataki Lecha szybkie choć bez wykończenia. Niepotrzebnie chyba oddaliśmy plac . Końcówka opanowana przez nas i fajna bramka Beresia . Może mi się zdawało ale chyba coś tam Rumakowi szepnął
Piłkarz meczu z naszej strony dla mnie bezapelacyjnie Tomasz Jodlowiec.
Ktoś podniósł żartobliwie? -na Jodłowca?...
Można?- okazuje się, że można
Jodłowiec dzisiaj pokazał niejakiemu od " krwi i rzezni" -czym jest
masarnia
Bramka Berasia miód- rozlany na cały Poznań i tym trafieniem przypieczętował to, że bramki dla Legi strzeli Wszyscy prócz Kuciaka
Żarty, żartami, ale jest nad czym pracować, ciągle pojawiają się głupie niewymuszone błędy (byle jakie podania).
Właśnie się rozpoczyna sezon ogórkowy. Ciekawe czy Lado zostanie czy nie? Niby puszczono go bez łaski na kadrę, ale jak nie znajdzie się kupiec to raczej zostanie.
A sam mecz był taki jak się spodziewałem, czyli troszkę kopaniny bez sytuacji bramkowych. Taki na 0:0.
Trochę mnie zaskoczył Lech oddając inicjatywę w pierwszych minutach gry. Teodorczyk chciał rzeźnię, to ją dostał, najpierw od, nomen omen, Rzeźnika a potem od Astiza. Ale obydwaj z Lovrencsicsem raczej nie istnieli na boisku.
O wyniku meczu zadecydowała głupota i brak wyobraźni Przesmyckiego, który wymyślił jakąś durną interpretację zagrania ręką w polu karnym. No i teraz sędziowie gwiżdżą jak chcą. A naprawdę nie jest wielką sztuką trafić z 2 metrów piłką w wyciągniętą rękę obrońcy.
Natomiast szczególnie w drugiej połowie zastanawiałem się, czy faktycznie zaliczyliśmy postęp od meczu Legia-Lech z końcówki ubiegłego sezonu. Mam wątpliwości - być może to kwestia jednostkowa, ale wtedy znacznie bardziej zdominowaliśmy Lecha, a wczorajszy mecz był znacznie bardziej wyrównany.
Karny jak dla mnie kompletnie sprzeczny z przepisami, tak jak zresztą już kilka w tej rundzie. Ostatnio Marciniak tłumaczył się na Weszło ze swoich idiotycznych gwizdków w meczu Lechia-Wisła (jak dla mnie się nie wytłumaczył, a przepytujący go po znajomości nie przycisnął na licznych idiotyzmach, które naopowiadał), więc wygląda na to, że czeka nas powrót do mrocznych lat 90-tych i specjalnego obijania rąk rywali w polu karnym oraz karaniu ludzi za to, że te ręce mają.
Im szybciej się z takiej durnej interpretacji wycofają tym lepiej.
Rękę sygnalizował chyba boczny, główny gdzieś z tyłu był. Z boku to mogło tak wyglądać, że zatrzymał piłkę i tyle. To sędzie podejmuje decyzję i jego problem.
Zresztą, Bereś trafił z czystej sytuacji, a Lech nic nie trafił.
Za sezon może być podobnie, jesienią lechici odpuszczą, bo kasa się zgadza i lepiej się nie przemęczać, a wiosną 1-mecz na tydzień, trzeba się jakoś przyłożyć bo wszyscy widzą i skończą pewnie na 2-3 miejscu, zależnie od składu.
@Garm
Lado odchodzi w końcu czy nie? Decyzja zawodnika czy klubu? Może coś wiesz?
Sędziowie, którzy mają problemy z interpretacją celowości zagrania ręką w polu karnym raczej nie powinni uprawiać tego zawodu.
Znowu jednak kazał schować się swoim graczom na swojej połowie i udawać, że będą atakować. Owszem Lech poczynił nareszcie postępy w grze defensywnej, trochę też poluzowany został gorset zadań taktycznych poprzez poszerzenie stref poruszania się ich graczy i tym samym spożytkowanie wybiegania zawodników, ale nadal jest to bezpłodne. Trener Rumak zrozumiał też, że sama szybkość przechodzenia z obrony do ataku i odwrotnie to za mało, bo ważniejszy jest sposób w jaki to się czyni. I to są pozytywy świadczące o tym, że jak zagrają konsekwentnie to łatwo ich ograć nie jest. Tylko, że taka gra z tymi zawodnikami to próba nawiązania walki na torze wyścigowym przez jeszcze kiepskiego, ale jednak bolida z Polonezem. Trener Lecha ma dobrze. Nie wymaga od władz wzmocnienia drużyny, a oni nie oczekują wyników. I obie strony są zadowolone, bo kasa się zaczyna zgadzać. Po wczorajszym meczu czytam jak to są pokrzywdzeni, bo sędzia nie nasz, bo gorsi nie byli, bo walczyli. Tylko, że to nasza drużyna w pełni kontrolowała wydarzenia na boisku. Zawodnicy Lecha nie stworzyli żadnej sytuacji bramkowej, byli jak zagubione dzieci we mgle. Wyszli na boisko nie bardzo wiedząc po co. I rzecz ważna, o czym delikatnie napomknął Gawin. Grać twardo trzeba chcieć i umieć. Dobrze, że mecz sędziował międzynarodowy z innego kraju, gdzie liczą się przepisy i zasady, a nie opinie pismaków i linczowanie sędziów za wyimaginowane błędy. Pan Przesmycki nie ma łatwo, bo musi bronić podopiecznych przed ludżmi, którzy chcieliby, aby ich telewizor decydował, a nie im obcy człowiek. Nie zgadzam się z Garmem odnośnie dyktowania rzutów wolnych i karnych po odbiciu piłki od ręki. Tylko Pan Sławomir Stempniewski, którego za inne rzeczy cenię, stworzył nową naukę zwaną stępologią nienazwaną. Piłka nasza jak jej nazwa wskazuje jest nożna, nie ręczna. Jak zasłaniam lot piłki do bramki ręką to jest to przewinienie, nawet jak udaję, że ją przyciskam do ciała, albo rzekomo cofam. Nie ma przewiny jak piłka trafia mnie w rękę kiedy leci w innym kierunku /nie do bramki/, a ja nie chcę jej pochwycić. Jest to logiczne, zrozumiałe, a nie polegające na dzieleniu włosa na 100 części. Pan Sławek za to wyleciał z Kolegium Sędziów i niestety w C+ chce udowodnić, że wszyscy są głupi, a on jeden mądry. Nie tędy droga. W wielu przypadkach prezentował rozsądek, a w tym akurat ma odwrotnie. Bo to jest ta dentologia Lechicka: na Ł3 nie możemy wygrać, bo ci sędziowie są przeciwko nam. Gdyby nie oni to byśmy tę Legię ogrywali zawsze.
Ktoś w te głupoty chyba wierzy, bo przecież by się tak sami z siebie nie wydurniali i nie ośmieszali. Najbardziej oni sami siebie. Tylko, że to ich do przodu nie posuwa, raczej do tyłu obsuwa. Bo piłka ma to do siebie, że przesadne gadulstwo weryfikowane jest na sporym prostokącie zwanym boiskiem.
Legia dała radę, powtórzyła sukces sprzed roku i ponownie została Mistrzem Polski dając mi niezwykłą satysfakcję i wiele pozytywnej energii
W ostatnim meczu pokonała najgroźniejszego rywala w sposób, który nawet przez chwilę nie pozostawiał złudzeń, której z drużyn to mistrzostwo się należy. Duże brawa i wielkie dzięki dla wszystkich, którzy się do tego sukcesu przyczynili.
Przez wiele miesięcy nie mogłem pogodzić się z faktem wymiany trenera.
Nie mogłem zrozumieć jak kogoś, kto zdobył dublet w sposób przekonywujący można zastąpić anonimem, tylko dlatego że pochodzi z zagranicy. Samo namaszczenie przez SAF nie robiło na mnie żadnego wrażenia i w moim odczuciu nie dawało gwarancji na sukces, tym bardziej, że w innym przypadku "namaszczony nr 1" przepadł z kretesem.
Psioczyłem, krzyczałem, kłóciłem, wreszcie zostałem nazwany Urbanistą
Dziś moje obawy okazały się płonne, tym bardziej z ogromną radością i wzruszeniem słuchałem jak cały stadion skanduje Janek Urban.
To było coś, co definitywnie zakończyło moją wewnętrzną "żałobę" po Urbanie.
Czas na nowe rozdanie. Czas na nowe emocje. Czas na Ligę Mistrzów !
Wobec powszechnie już znanych faktów o których niektórzy wiedzieli wcześniej czyli Jan Urban odchodzi po sezonie zmiana trenera musiała nastąpić. Jeśli właściciele zakładali mistrzostwo i walkę o LM liczyło się każde pięć minut dla nowego trenera. Dzięki takiemu zabiegowi Berg dostał sporo czasu na przygotowanie drużyny do eliminacji. Decyzja duetu M & L jak najbardziej prawidłowa, napiszę więcej konieczna.
Właściwa ocena jego pracy nastąpi po fazie grupowej LE/LM, a jeżeli się do niej nie załapie? Będzie płacz, lament i bluzgi?
Można oczywiście mówić/pisać że nie ma takiego celu przed sobą postawionego przez zarząd, ale nie sądzę żeby tak było.
Legia grając na tą chwilę tylko w TME i PP się nie rozwinie. Mamy iść do góry, grajmy z lepszymi drużynami. To oczywiście dają tylko puchary i to od odpowiedniej fazy/rundy.
"Legia grając na tą chwilę tylko w TME i PP się nie rozwinie. Mamy iść do góry, grajmy z lepszymi drużynami"
Masz rację ale każdy kij ma 2 konce. Zagramy w LM to zaraz nam "wydłubią" nasze rodzynki i od nowa trzeba się będzie "składać".
Ale drużyna budowana jest dobrze bo jako szkielet mamy zawodników starszych którzy się nie spieszą za granicę Rado, Jodła, Vrdoliak, Rzeźniczak, Brzyski a do nich będziemy dołączać część "komercyjną" czyli młodych.
Musimy przetrwać sukces (na który bardzo liczę) i nauczyć się utrzymywać zrównoważony skład, bo jeśli będziemy odnosić sukcesy to "rozbiórki" też będą regularne.
Trener Berg chyba lepiej się w tym systemie sprawdza bo jest bardziej "nauczycielem" niż Urban.
Na tą chwilę, jestem spokojny.
Młodzi, zdolni nauczyli się chyba obserwować rzeczywistość i mają świadomość, że jak się w naszej lidze nie jest najlepszym piłkarzem przynajmniej przez sezon to nie ma co liczyć na stałą grę w zagranicznym klubie w przeciągu dwóch sezonów.
" nie ma co liczyć na stałą grę w zagranicznym klubie w przeciągu dwóch sezonów."
Oni chyba najbardziej liczą na stałe wypłaty przez czas trwania kontraktu.
To się powoli będzie zmieniać ale najpierw muszą regularnie płacić w Polsce no i nasza liga musi mieć lepszą reputację sportową żeby stąd też można było się wypromować jako gotowy piłkarz a nie "półprodukt".
Tak na marginesie to konie arabskie też kupują u nas w celu wytrenowania ich do udziału w wyścigach a więc znowu "półprodukt", najwyższy czas zacząć dostarczać gotowe produkty.
Liczę, że są na tyle inteligentni, że mają świadomość swojego miejsca w szeregu. Ciągle opowiadają, że gra jest najważniejsza.
Dla kasy to mogą jechać do Rosji, ale niech sobie uświadomią, że tam się głównie jest w podróży i pomimo, że liga silniejsza to w prawdziwej piłce się nie zaistnieje.
Dla przykładu, Żyro czy Kosecki już poczuli czym jest długi rozbrat z piłką przez kontuzje. Niech przypomną sobie to co czuli kiedy nie mogli wejść na boisko. U nas są "gwiazdami" tam będą jednymi z wielu.
W zasadzie historia młodych polskich piłkarzy uczy, że nie każdy jest RL9, a ława jest więcej niż pewna
Największą szansę na sukces mają grając ze sobą razem w Legii, zgranie, atmosfera i zaufanie przyniesie w końcu sukces.
Jeżeli przyjdzie kasa z europejskich pucharów to i prezes Leśnodorski bez problemu podwyższy kontrakty.
Niewielu piłkarzy jest nastawionych na sukcesy na polu innym niż finansowe. A nawet ci często uważają, że więcej osiągną po dwóch latach kiszenia się na zagranicznej ławce niż po dwóch latach bycia szczutym Tosikami i Ceesayami przez wariatów w stylu Stokowca czy Rumaka.
Chodziło o to, że atmosfera jest w miarę na linii zarząd/właściciele a piłkarze. Bynajmniej dla osoby postronnej, która nie zna zakulisowych tajemnic tak to wygląda.
Trochę upraszczasz. Ale masz rację w tym, że dla wielu naszych piłkarzy jak i grających zagranicznych cel ich aktywności jest wyłącznie finansowy. I od blisko 40 lat mam problem z rozumieniem tego fenomenu. Bo jak to jest, że w większości klubów chyba świata dobrzy piłkarze grają na wysokim poziomie dla swoich klubów i dla reprezentacji, a u nas te pieniądze im przeszkadzają? Pamiętam te czasy, gdy pierwszy polski zawodnik normalnie wyjechał za granicę, a był to Robert Gadocha. Na pierwszym zgrupowaniu kadry po wyjeżdzie do obiadu kazał sobie podać najlepsze wino, innych traktował jak gorszych od siebie. W kadrze dyskutowano tylko o tym kto ile zarabia i zarobi. Przed decydującym meczem w MŚ z Argentyną w 1978 roku całą noc kłócono się o podział pieniędzy i dlaczego ich tak mało? Dziś mamy sytuację taka samą. Każdy, nawet junior marzy nie o tym, aby jak najlepiej grać, ale aby wyjechać i zarobić i kupić sobie furę za dużą bańkę. Wychodzą na boisko nie, aby grać dla drużyny, ale aby się wypromować. Dużą negatywną rolę odgrywają menedżerowie, ale nie tylko oni są winni. Taka jest ogólna społeczna atmosfera. Wmówiono młodym, że kto jest kim nie decyduje jakim jest się człowiekiem czy piłkarzem, ale ile się ma szmalu. Stąd ten kto więcej gra staje się nie partnerem z drużyny, ale wrogiem, bo zabiera dostęp do reklamowania się.
Też masz rację, że wielu naszych trenerów każą swoim piłkarzom używać wszelkich środków, narażając na szwank zdrowie innych, aby tylko powstrzymać jakiegoś zawodnika przeciwnej drużyny. I tu jest dużo winy naszych sędziów, którzy w sposób zauważalny obniżyli próg tolerancji dla takich rzeżników. Nie jest to również wynalazek naszych czasów. Pamiętam jak w latach 70-tych takie zadanie dostał w stosunku do Kazia Deyny Marek Dziuba. Niemiłosiernie kopany "Kaka" wreszcie wystawił mu spód stopy i Dziuba zszedł z zerwanym stawem skokowym. Prasa rzuciła się na Deynę. Także to już wtedy temu kto głośno płakał, ze dzieje mu się krzywda uznawano za mającego rację. Dziś to co opowiadają np. Węgrzyn czy Mielcarski woła o pomstę do nieba. Sami grali, ale prezentowali spore umiejętności i ich walki boiskowe miały pewien poziom, Natomiast każde brutalnie zagranie traktują jako twardą walkę. Tu też panuje atmosfera przyzwolenia w której w cenie są niewiele umiejące prymitywy.
Ale to nas nie powinno zwalniać od stawania po jasnej stronie mocy.