- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Legia - Cracovia 1-0: Gra o wynik
Legia wydostała się ze strefy spadkowej. W niedzielny wieczór oglądaliśmy przeciętny ligowy mecz, w którym Legia okazała się lepsza od Cracovii o jedną bramkę, demonstrując solidną grę defensywną. O zwycięstwie naszej drużyny przesądziło trafienie Rajovicia.
Trener Papszun wrócił do ustawienia z jednym napastnikiem. Skład naszej drużyny wyglądał następująco: Hindrich - Piątkowski, Augustyniak, Pankov - Chodyna, Kapustka, Elitim, Kun - Biczachczjan, Čolak, K. Urbański. Goście rozpoczęli w składzie: Madejski - Wójcik, Henriksson, Traoré - Piła, Klich, Al-Ammari, Perković - Praszelik, Zahiroleslam, Minczew.
Pierwsze minuty należały do Cracovii. W 4. minucie Zahiroleslam nie trafił głową w piłkę, znajdując się kilka metrów przed bramką Legii. W 7. minucie Biczachczjan uderzył z dystansu. Madejski interweniował na raty, ale skutecznie. W 11. minucie Hindrich ofiarnym wyjściem z bramki uprzedził Perkovicia. W 20. minucie Čolak zgłosił uraz. Zanim nasz napastnik został zastąpiony przez Rajovicia, strzał na bramkę Legii oddał głową Perković. Hindrich złapał piłkę. W 31. minucie Legia objęła prowadzenie. Nasi zawodnicy wykorzystali nonszalancję gości i ruszyli prawą stroną boiska. Biczachczjan zagrał w pole karne, gdzie najsprytniejszy okazał się Rajović, który z kilku metrów umieścił piłkę w bramce. W 37. minucie Madejski odbił piłkę po chytrym strzale Elitima. W 43. minucie bramkarz Cracovii obronił mocne uderzenie Biczachczjana.
Do przerwy było 1:0. Cracovia dłużej utrzymywała się przy piłce, ale Legia była konkretniejsza.
W 52. minucie legioniści ponownie wysoko odebrali piłkę gościom. Urbański podał do Biczachczjana, jednak strzał naszego zawodnika był bardzo niecelny. W 55. minucie Hindrich złapał piłkę po słabym strzale Zahiroleslama. Legia grała defensywnie, szanując wynik i czekając na okazje do kontr. W 58. minucie na boisku pojawili się Szymański, Krasniqi i Adamski, którzy zastąpili Kapustkę, Urbańskiego i Biczachczjana. W 62. minucie zmiennik Sans źle trafił w piłkę głową w polu karnym Legii. Za chwilę wysoko nad bramką Hindricha uderzył Praszelik. W 75. minucie żółtą kartkę za faul przed polem karnym ujrzał Augustyniak. W 76. minucie szansy na bramkę nie wykorzystał Krasniqi, którego strzał zablokował Traoré. W 79. minucie Jędrzejczyk zmienił Elitima. Cracovia nie była w stanie stworzyć zagrożenia pod bramką Legii i mecz zakończył się wynikiem 1:0.
Legia wygrała drugi mecz tej wiosny i pierwszy raz od dawna zakończyła mecz na zero z tyłu. Nasza sytuacja w tabeli wymusza pokorę. Liczy się wynik i zapewne taka właśnie dewiza przyświeca trenerowi Papszunowi, który narzuca zespołowi pragmatyzm i dużą dyscyplinę w grze defensywnej. Najważniejsze, że Legia przypomniała sobie jak wygrywać. Kolejny mecz w najbliższy piątek w Radomiu.


Dziś to był mecz, w którym jedna drużyna gramoli się z mozołem z dołka, a druga sprawiała wrażenie jakby do niego wpadała? Fałszywy kolejny krok i obie mogą ugrzeznąć w bagnie.
2. Rajovic z przełamaniem, czy zatem w piątek wybiega w pierwszym składzie? Obawiam się, że tak, a subiektywnie wolałbym go ponownie wchodzącego z ławki.
3. Z Rafałem Adamskim czy z Kacprem Urbańskim wybiegniemy w Radomiu? Chiałbym ich obu zobaczyć w pierwszej jedenastce, ale chyba walczą o tą samą pozycję, a "pewniakami" wydają się być Rajović z Biczachczjanem.
4. Tym razem dosyć dyskretny występ Chodyny, ale Kun za to raczej nie pozwoli zejść z ławki rezerwowych Recy.
5. "Kupił" mnie Hindrich, to znaczy jeszcze nie wiem, czy jest dobrym bramkarzem, lepszym od Tobiasza? To się dopiero z czasem okaże, ale tą główką na linii pola karnego, pokazał że jest "wariatem", czyli ma taką "straceńczą odwagę". "Wariatem" był i Maciek Szczęsny i dlatego wolałem go po stokroć w repie od choćby Józefa Wandzika.
6. Mecz do zapomnienia, zgodny z filozofią Papszuna, najważniejsze - trzy punkty. Gratki za wygraną!
Czasy się zmieniają. Przecież niedawno, gdyby tak się ułożyło, że lider i wicelider przegrywają swoje mecze, a Legia wygrywa, to bylibyśmy zdrowo podekscytowani, odżywałyby nadzieje na sukces na koniec sezonu. Dzisiaj musimy się cieszyć z dużo mniejszych rzeczy. Jest to jakaś miara spadku, jaki zanotowała Legia po 2021 i ostatnim MP.
Druga rzecz - cytat z Marka Papszuna po Jagiellonii o Rajoviciu ‘Mam taki plan, że będzie dawał z siebie więcej w różnych obszarach i to przyniesie efekty.’
Jak powiedział, tak uczynił. Podziałało.
Kluczowy w akcji bramkowej, i to dwa razy, był Henriksson. On z postaci boiskowych w największym stopniu jest ojcem zwycięstwa.
Nie myślę tutaj prowokować, ale bardzo zależałoby mi na poznaniu opinii forumowicza Dalkuba o grze obronnej Legii we wczorajszym meczu. Oprócz kilku nieodpowiedzialnych fauli blisko własnego pola karnego i kilku nerwowych wybić głową Piątkowskiego, chyba bez zarzutu.
Wg. statystyki podanej przez Pietrasa, brakuje 12 punktów w 10 meczach do zapewnienia sobie utrzymania. Wciąż nie mam poczucia stabilności gry Legii, więc te 12 punktów to dla mnie wciąż dużo. Radomiak wytransferował Capitę. Powinno być to dla nas jakimś ułatwieniem, bo facet potrafił depnąć.
Patryk Kun. Nawet, gdy był daleko od składu, to doniesienia na jego temat były takie, że trenuje z pełnym zaangażowaniem, fochów nie stroi, pełna profeska. Jeśli tak było, to dobrze o nim świadczy jako o człowieku i pracowniku - nie ma przerośniętego ego. W Legii to ważne. Wczoraj, tak uważam, zagrał najlepiej w Legii.
Coś skromnie tutaj pod wzgl. liczby wpisów. Niechbyśmy tylko zeszli z boiska pokonani, to i elokwencji zaraz by przybyło.
Jeżeli najlepszy na boisku jest Kun to o czymś świadczy.
Teraz do tej obserwacji z zachodniej - no tak się działo że była to lewa strona Legii w pierwszej połowie. To co wyprawia Urbańsi w obronie, to jest jakiś dramat i praktycznie lewa strona Legii to było to miejsce gdzie tworzyło się zagrożenie pod bramką. Urbański odpuszcza krycie, wyłącza się z gry obronnej potem goni jest spóźniony itp. Ponieważ Legia słabo kreowała w środku to i samej gry do przodu było nie wiele stąd i w ofensywie rzeczony nie za wiele pokazał, żeby nie powiedzieć nic - 56 minut i zjazd do bazy.
Środek pola zdominował Klich - kurwa to jest pan piłkarz, widać luz, technikę, brak paniki przy ataku rywala, pokazywanie się do grania - Kapustka przy nim wygladał na uczniaka co mu powinien nosi torbę. Całe szczęście że pozostała część krakowskiej drużyny jest od swojego kapitana klasę bądź dwie słabsza.
Gra Legii w defensywie bo mnie tu kolega corazstarszy zaczepia. Solidnie to wygladało bo cała piątka a potem szóstka a potem siódemka za nią odpowiedzialna nie popełniała rażących błędów - widać było koncentrację, pragmatyzm i typowe jak to napisałem Papszunowe granie, najpierw nie strać, potem może coś się wtoczy.
Problemem Legii i to od lat jest granie na zbyt dużym polu gry, złe skracanie i brak umiejętności chodzenia do solidnego pressingu - znowu widok z zachodniej bo tam są ławki - Papszun najczęściej gestykulował pokazując wyjście do przodu, skrócenie boiska i jego zawężenie, to nadal szwankuje i to bardzo.
To z pewnością nie jest to co chcę oglądać, ale mówiąc szczerze wolę Papszunowe 1:0 po męczeniu buły niż niby prowadzenie gry i gong wynikowy.
Mały krok do utrzymania zrobiony, trzeba jeszcze wygrać 4-5 meczy i będzie spokój
Adamski czy dłużej obserwuję jego techniczne wyszkolenie, tym jawi mi się obraz przeciętnego zawodnika. Hindrich kolejny pewny występ. Nasza obrona również zaczyna czuć się pewniej, mając świadomość, że za ich placami nie stoi przysłowiowy ręcznik.
Na koniec na słowa uwagi zasługuje Kun. Pracowity, a zarazem cholernie utrudniający poczynania rywali na boisku. Taki natrętny komar trudny do zabicia. Dobry doskok, blisko przeciwnika, a to wsadzi nogę czy dzióbnie piłkę, kasując sporą ilość akcji.
Najważniejsza jest wygrana i walczymy dalej. Być może obecne zamieszanie (bójka radnego z Feio) w Radomiu i brak trenera ułatwi nam piątkową rywalizację z Radomiakiem.
Szczególną uwagę autorzy zwracają na przygotowanie merytoryczne do prowadzenia jednej i drugiej działalności , z dzielącymi te dziedziny różnicami.
Można zauważyć,że od kiedy jedynym właścicielem Legii został Dariusz Mioduski cel komercyjny stał się nadrzędny wobec celu sportowego.Moim zdaniem Mioduski ani do jednego ani do drugiego nie był dobrze przygotowany.
To tak jak dla laika mecz piłkarski to po prostu 90' biegania za piłką. Nie trzeba być wielkim znawcą, aby wiedzieć ,że do dwóch 45-minutowych wystąpień trzeba się dobrze przygotować i nie chodzi o przygotowanie fizyczne,ale o plan taktyczny. Trenerzy piłkarscy najpierw rozgrywają mecz w umyśle, nie tylko wybierają jedenastkę wyjściową,ale każdemu przydzielają cele i zadania . Drużyna bowiem ma działać jak dobrze naoliwiona maszyna , zaś podstawą sprawnego działania musi być komunikacja.Mnie nie śmieszyło ,że np. Rumunowi sprowadzano Polaków z których każdy w swoim klubie grał w innym systemie taktycznym. Komunikacja musi mieć charakter zespołowy , gdyż współcześnie jeden wybitnie utalentowany specjalista nie zrealizuje sam projektu dla zespołu. Za to zespół solidnych pracowników zorientowanych na cel , do tego zarządzanych przez fachowca może dokonać rzeczy wielkich . Lecz ta solidność nie spada jak manna z nieba,ale ma swe źródło w rozpoznawaniu predyspozycji pracowników, pomocy w rozwoju talentów i wykorzystaniu zdolności w pracach na rzecz całego zespołu.
W tej materii mogę z czystym sumieniem polecić pracę Theo Theobalda i Cary Coopera " Biznes i futbol".
Wspominam o tych oczywistościach z tego powodu ,iż w mediach pojawiło się wiele tekstów o tym ,że rzekomo kierownictwo Legii ( czytaj prezes Mioduski) ma tzw. plan B polegający na podjęciu określonych działań w przypadku spadku klubu z Ekstraklasy . Trudno nazwać takie enuncjacje inaczej jak absurdalnymi bredniami .Bo to tak jak by biznesmen zakładał i prowadził firmę po to aby ona zbankrutowała. Nikt nie planuje swego upadku i nikt nie planuje spadku..
Z jednej strony mamy do czynienia z czystą głupotą , która paradoksalnie może przynieść pozytywne lub negatywne efekty. W każdym razie jej działanie w sferze mentalnej nie jest obojętne. Otóż autorzy piszą , iż rzekomo w kontraktach są zawarte klauzule pozwalające klubowi w przypadku spadku na drastyczne obniżenie uposażeń - co może podziałać bodźcowo, gdyż piłkarze Legii zarabiają średnio najwięcej w ekstraklasie, a chętnych na nich, z tego co wiemy za wielu nie ma . Z drugiej jednak strony to część piłkarzy może myśleć bardziej o tym , jak zapewnić sobie miękkie lądowanie po spadku , niż jak się przed nim obronić.Tak czy siak to zadaniem trenera jest przekonanie zawodników,że grając dla zespołu w istocie graja dla siebie.
Nie sposób nie zauważyć,że ubiegłoroczny nabór 9 zawodników z dobrym CV, którym zapewniono wysokie apanaże, nie okazał się krokiem we właściwym kierunku.
Film Barei "Co mi zrobisz , jak mnie złapiesz" kończy się znamiennymi słowy :" Zmiany, zmiany. Zmiany !" co ma zastosowanie wprost do sytuacji biznesowej Cracovii po śmierci jej wieloletniego właściciela Janusza Filipiaka. Wdowa po nim pani Elżbieta Filipiak deklarowała ,że będzie kontynuować dzieło zmarłego męża,ale prawie natychmiast sprzedała firmę Comarch - CVC Capital Partners co oznaczało ,że musiałaby ze swego kapitału utrzymywać Cracovię. Ci, którzy mając dochodowe firmy kupują kluby piłkarskie , jak twierdzą z miłości ( niski ukłon w stronę kibiców) robią to dla interesu czyli dla pieniędzy. Takie posiadanie klubu jest opłacalne głównie w przypadku takich branż jak przemysł komputerowy , wiele usług ( np.magazynowanie) , a więc tych , które mają naturalny wysoki przychód, przy niskim koszcie jego uzyskania. Taki właściciel zamiast oddawać pieniądze w formie podatków do Urzędu Skarbowego za te pieniądze utrzymuje klub i ma jeszcze szereg dodatkowych korzyści jak np zepchnięcie zobowiązań firmy na klub, zwrot kosztów utrzymania itd itp.. Wiedząc o tych reperkusjach decyzji pani Filipiak do zakupu Cracovii zgłosił się pan Robert Platek- amerykański biznesmen, niedoszły właściciel paru polskich klubów, który w sierpniu 2025 roku dla swojej firmy MRKT Poland nabył 80% akcji, a reszta pozostała w rękach pani Filipiak., która została prezesem klubu - z czego 18.02.2026 zrezygnowała. Wycofała się z prezesowania po zarejestrowaniu swojej nowej firmy Sienna Inwestment PSACE na rzecz której nabyła prawa do użytkowania wieczystego wraz z budynkami ( głównie magazynowymi) działki będącej własnością Miasta Krakowa , a należącej do jej zmarłego męża.Od chwili rezygnacji pani Filipiak Cracovia nie ma prezesa , a władzę wykonawczą sprawują dwaj wiceprezesi Turek Murat Colak i Amerykanin David Amudurer. Warto zaznaczyć,że Platek kupując pakiet 80% akcji "wymusił" na Elżbiecie Filipiak zrzeczenie się zadłużenia Cracovii na rzecz Comarchu. Natychmiast po odejściu pani Filipiak obaj prezesi zorganizowali konferencję prasową na której oskarżyli panią Filipiak wręcz o kradzież nieruchomości leżącej przy ul Cichej w Krakowie, którą ona nabyła za 11 mln zł, a które przelała na konto Cracovii. Takie wystąpienie to wyraz kompletnej nieznajomości polskiego prawa , gdyż działka do 2050 roku należy do Miasta Krakowa i została w 1950 roku przekazana w użytkowanie wieczyste Cracovii,a kwota 40 mln to zapisana w Urzędzie wartość księgowa nieruchomości.Sprawa jak szybko wybuchła tak błyskawicznie ucichła.
Z tego co usłyszeliśmy od Platka i od wiceprezesów to tak jak nowi właściciele Pogoni i Widzewa zapowiedzieli oni,że celem klubu jest na koniec sezonu zajęcie miejsca gwarantującego start w europejskich pucharach. O ile jednak właściciele Pogoni i Widzewa podwyższyli budżet i kapitał obrotowy klubów ,a także zakupili po kilku niezłych zawodników to pan Platek tego nie uczynił.
Cracovia w przerwie zimowej nie sprowadziła żadnego wartościowego zawodnika , a jej budżet ( 32 mln zł0 jest wyższy tylko od Arki ( 30 mln), BBT ( 29 mln) , Radomiaka ( 28 mln) oraz GKS ( 26 mln) , Z czym do gości
Trener Cracovii Luka Elsner, mimo,że Słoweniec szlify trenerskie zdobywał klubach belgijskich i francuskich ( ukończył szkołę trenerską we Francji) - co widać po strukturze i zadaniowaniu zawodników. Szkoła francuska m.innymi charakteryzuje się zmiennością ustawień taktycznych tak pomiędzy spotkaniami , jak i w ich trakcie.
Jednocześnie wkładem francuskiej myśli szkoleniowej od czasów Zinedine Zidane oraz Didier Deschampsa jest kluczowe odgrywanie tak w teorii , jak i praktyce kluczowych ról w strategii klubów i reprezentacji przez ofensywnego pomocnika ( 10) oraz defensywnego pomocnika ( 6 lub 8). W Cracovii Elsner te role przypisał Aijdinowi Hasiczowi ( zastępca Klich ) oraz Amirowi Al Amariemu ( zastępca Klich).
W systemach gry z czterema obrońcami , w dalszych formacjach , zależnie od tzw.szkoły trenerskiej główną uwagę zwraca się na wszechstronnych pomocników lub skrzydłowych albo napastnika ,a tzw. szkoła francuska wykreowała pomocników :defensywnego i ofensywnego. Przy czym do dziś trwa nierozstrzygnięty spór czy Zidane i Deschamps swą charakterystyką i talentem niejako wymusili na trenerach oparcie gry na ich umiejętnościach czy też trenerzy ich ukierunkowali czyli niejako stworzyli .
We Francji część obserwatorów uważała Zidane za następcę Platiniego czemu on zaprzeczał twierdząc, że nie jest liderem , a jedynie organizatorem , zaś fachowcy na łamach "World Soccer" napisali ,że w XXI wieku zmieniło się znaczenie indywidualności .Tzw. megagwiazda służy współcześnie drużynie ,a nie odwrotnie. Do czasu Zidane tzw. klasyczne dziesiątki poruszały się pomiędzy obroną i pomocą,aby wywierać wpływ na grę w głębi pola, nim ruszyli do przodu, aby rozstrzygać o wyniku kierowaniem grą ofensywną , w tym samym strzelając bramki. Zidane tego nie robił, bo skupiał się na organizowaniu gry w środkowej strefie , więc , aby miał kluczowy wpływ na grę ofensywną dodano mu do asekuracji i zabezpieczenia defensywnego pomocnika. Aby te role mogła wypełniać taka nowoczesna 10 to musi umieć grac 1x1 i na dwa kontakty, używać jak najmniej dryblingów i umieć podawać piłkę w odpowiednim momencie do tych zawodników, którzy mogą namieszać w obronie rywali.
Pamiętamy ,że w ostatnim 10-leciu taką rolę w Legii znakomicie pełnił VOO, któremu towarzyszył obok i z tyłu Michał Kopczyński. I znowu powraca pytanie czy VOO był tak znakomity , czy też trenerzy Hasi i Magiera wymagali od niego takiej gry i pozwalali mu na nią. Wbrew opiniom Josue nie był nowocześnie grającym ofensywnym pomocnikiem , gdyż chciał był kreatorem ,a nie organizatorem i na tym tle wchodził w konflikt z trenerem Runjaiczem , który wymagał gry przydatnej dla zespołu ,a nie gwiazdorzenia pod publiczkę.Pewno w celu zapełnienia luki na tej pozycji sprowadzono Kacpra Urbańskiego,ale on nie rozwiązuje problemów ,samemu często stając się problemem.
Do czasu Didiera Deschampsa drużny piłkarskie były zorganizowane jak teamy kolarskie - lider zespołu ,a reszta to pomagierzy . W zespołach piłkarskich gwiazdami byli gracze ofensywni jak np. Platini i jemu podobni, a za nimi byli inni pomocnicy, którzy nie mogli sobie pozwolić na odrobinę swobody. W Hiszpanii środkowi pomocnicy kreują grę, w Anglii grają na całym boisku , we Włoszech są wszechstronni . a tylko we Francji byli podporządkowani gwieździe . Dopiero Deschamps zmienił tę rolę na wypełniacza przestrzeni, który dodatkowo organizuje grę defensywną zespołu, bo jak sam mówił pół żartem :" Nigdy nie byłem tak utalentowany jak Zidane, rekompensowałem to jednak harując na całym boisku i pomagając drużynie jak się dało". W odróżnieniu od Zidane Deschamps z uwagi na swoją osobowość i inteligencję w każdej drużynie w jakiej grał był jej kapitanem.Jak mówili o nim koledzy :" Jego wielką zaletą była umiejętność analizy i autoanalizy. Zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń i nigdy nie próbował komplikować sytuacji.Skupiał się na tym, aby robić wszystko dobrze.Nigdy nie narażał drużyny na niebezpieczeństwo'. Podobną rolę w Legii w ostatnim czasie odgrywał Bartosz Slisz, który został doceniony dopiero jak go w Legii brakuje. Zastąpić go miał Damian Szymański, ale nie ma ani charakteru Slisza, ani jego wydolności.
Zwyczajowo jak przed każdym meczem Legii z Gawinem i Bartłomiejem zadajemy sobie pytania czego się po Legii spodziewamy ?.
Wczoraj rozważaliśmy czy zmiana ustawienia z 3-5-2 na 3-4-2-1 ustabilizuje grą we wszystkich formacjach , bo owszem w tym systemie zawodnicy ofensywni są trudniejsi do pokrycia , ale też szalenie ryzykowne było wystawienie jako dwóch defensywnych pomocników Kapustki i Elitima , którzy nimi nie są . Ale z drugiej strony to na grającą fizyczny futbol Cracovię , której kręgosłup stanowią ofensywny i defensywny pomocnik ograniczenie ich poczynań w centralnej osi boiska ma sens. Ciekawe było także odkurzenie Kacpra Urbańskiego , którego rola przeciw Cracovii nie pozwalającej na wytwarzanie rywalom dużej ilości sytuacji podbramkowych mogła być kluczowa w wypieszczeniu akcji ofensywnych Legii.
Pytania o poziom gry ofensywnej Legii były najważniejsze, bo ,aby się utrzymać to trzeba mecze wygrywać.
Wczorajsze spotkanie potwierdziło ,że Cracovia to drużyna grająca twardo , nieustępliwie , która nie pozwala na stwarzanie groźnych sytuacji pod swoja bramką. Więc ,aby ich ograć nasz zespół został przez trenera nakierowany na : szanowanie piłki, cierpliwe jej rozgrywanie , dobrą grę bez piłki ( wreszcie dobrze w tym elemencie prezentowali się Kun, Biczachczjan, Elitim, Urbański i Kapustka), . Niestety Colak grał statycznie i przewidywalnie i Henriksson nie miał problemu z wyłączeniem go z gry , a po kilku starciach mięsień dwugłowy prawej nogi Colaka nie wytrzymał.Zmienił do Rajovicz, ale nikt nie doczeka się ode mnie abym go obrażał.Nie wierzę w tzw. przełamania , więc mimo zdobytej bramki Mileta raczej królem strzelców nie zostanie
Wczoraj Papszun od strefy 2/3 do 3/3 polecił na zmianę odcinać od piłki Klicha przez Kapustkę i Elitima, który od tej "opieki" uwolnić się nie potrafił,więc jego rolę próbował przejąć b. zawodnik Legii Praszelik,ale dowiódł ,że jego pozbycie się nie było błędem.
Przed drugą połową zastanawialiśmy się : czy zagramy na utrzymanie wyniku czy też będziemy dążyli do powiększania przewagi bramkowej ?.
Początek II połowy to przejęcie inicjatywy przez Cracovię, więc Papszun zareagował dokonując 3 zmian na pozycjach ofensywnych i przechodząc na system 3-5-2, a o stabilizację pionową mieli dbać Augustyniak, Szymański i Elitim. Jak to widzieliśmy na końcowe 30' Papszun wybrał wariant obrony wyniku , przez przenoszenie ciężaru gry jak najbliżej pola karnego Cracovii - co się sprawdziło.
Zespół Cracovii jest jednym z kilku w naszej lidze, który ma skład i taktykę przewidywalną , głównie z uwagi na ubóstwo kadrowe , gdyż na dość wysokim poziomie trener dysponuje góra 14 zawodnikami , więc miesza pozycjami twierdząc,że tak ma być i że to żaden problem,mimo ,że Cracovia ma duże problemy z wygrywaniem meczów.
Od czasu kontuzji Hasicza ( początek grudnia 2025) Cracovia gra 4-1-4-1 na wyjeździe i 4-2-3-1 u siebie , a przy Hasiczu grała 3-4-2-1 . Bez Hasicza, który wczoraj wszedł na kilka minut organizacja gry zależy z przodu od Klicha i częściowo Perkovicza ( zależy jak dobry jest obrońca przeciwko, któremu gra na skrzydle) ,a z tyłu od Al-Amariego.
Zespół Cracovii wczoraj wyszedł na plac z zamiarem zaskoczenia Legii atakiem i szybkiego zdobycia bramki co by bronić tej przewagi i kontratakować . Niezależnie od tego ,że nie przepadam za grą fizyczną, siłową to muszę przyznać ,że zawodnicy Cracovii jej arkana mają dobrze opanowane, bo nie pozwalają na skuteczne dryblingi , na obiegnięcia z piłką, na wygrywanie dostępu do "drugich " piłek, a ich lekkie popchnięcia uniemożliwiają precyzyjne rozegranie piłki i wymianę celnych podań. Wczoraj popełnili tylko jeden poważny błąd, kiedy po głębokim ataku Perkovicza lewy obrońca asekurował go tak daleko ,że w lukę pomiędzy nimi wpasował się Chodyna i razem z Biczachczjanem rozrobili obronę Cracovii. Po stracie bramki Cracovia straciła do końca I połowy cały koncept gry,a po przerwie tylko przez ok. 10' miała inicjatywę,ale ją straciła i trener Elsner także dokonał zmian wzmacniając ofensywę, w tym zmieniając ustawienie na 4-4-2. Te zmiany , w grze, ani w wyniku niczego nie zmieniły .
Swoim zachowaniem w 11' sędzia Patryk Gryckiewicz zapewnił sobie kontrolę nad zachowaniem zawodników, kiedy to Perkovicz domagał się podyktowania rzutu karnego lub wolnego po "skasowaniu " go przez bramkarza Legii. Będący blisko akcji Gryckiewicz widział ,że Hindrich pierwszy wybił piłkę głową i presji wyrażonej gestami nie uległ.
Takie zdecydowane zachowanie arbitra zawsze korzystnie wpływa na jego postrzeganie przez zawodników, którzy widząc,że symulacjami , okrzykami bólu nic nie osiągną to z nich rezygnują.
Mecz był generalnie czysty, nie było z obu stron ani brutalności , ani złośliwości . Oczywiście były starcia, zwarcia , a także faule , w tym niedozwolone zatrzymywanie korzystnie zapowiadających się akcji - karanych żółtymi kartkami,ale są to zachowania mieszczące się w normie. Dla oceny pracy arbitra ważne jest czy reaguje szybko, właściwie i nie dopuszcza ani do wymierzania sprawiedliwości przez samych zawodników, ani do kwestionowania swoich decyzji ani do zbiorowego zamieszania.
Młody Gryckiewicz ( 30 lat) sędziował jak "stary rep" co jest dużym i zasłużonym komplementem.
Postęp w grze Legii wreszcie przekłada się na korzystne wyniki. Oby tak dalej !.
@ Iocosus:
Kurz opadł, można chyba w miarę spokojnie pogadać. Zacznijmy może od kwestii bieżących:
Czy Legia taka dobra w defensywie, czy Cracovia tak słaba w ofensywie
Odpowiedź B. Znaczy nie wiem, A może też, się okaże, ale B na pewno. Myśmy, Iocosusie, w pięciu, a teraz już sześciu meczach w bieżącym roku strzelili tylko cztery bramki, z czego zaledwie jedną z gry. Pozostałe to:
• rzut karny (po innym stałym fragmencie i błędzie rywala, to nie była jakaś płynna akcja, którą koniecznie należało zatrzymywać faulem);
• niezbyt ceniony przez trenera Elsnera (o nim jeszcze będzie) długi wrzut z autu;
• fartownie wykończony rzut wolny (i kolejny błąd, a nawet wielbłąd rywala).
Zresztą, problem pojawił się znacznie wcześniej, niż z początkiem Anno Domini 2026, dlatego…
to był mecz, w którym jedna drużyna gramoli się z mozołem z dołka, a druga sprawiała wrażenie jakby do niego wpadała
Otóż nie. Wygląda to raczej tak, że jedna z drużyn być może, mozolnie i powoli, wyłazi z ciemnej dupy. Druga zaś do tej ciemnej dupy wpadła dawno temu i nie tylko nie wyłazi, lecz nawet zamówiła już komplet nowych mebli kuchennych i planuje remont łazienki. Żeby Ci to lepiej unaocznić: w pierwszych jedenastu spotkaniach bieżącego sezonu Cracovia zdobyła 21 punktów i z bardzo przyzwoitym bilansem bramek 20:12 zajmowała trzecie miejsce w tabeli. Owszem, po srogim laniu w Białymstoku i porażce w meczu przyjaźni w Gdyni na rozpalone głowy poleciało trochę zimnej wody i przebąkiwania o mistrzostwie (tak, były takie!) niemal kompletnie ucichły. Wciąż jednak zapowiadana jako przedsezonowy cel europejska kwalifikacja wydawała się jak najbardziej realna.
25. października 2025, w ramach 13.* serii spotkań mierzyliśmy się w Szczecinie z Pogonią. Do przerwy wszystko szło jak należy. Graliśmy nieźle, prowadziliśmy 1:0 po golu Stojilkovicza, generalnie nic nie zapowiadało problemów. Niestety, po zmianie stron gospodarze zwarli szyki, cofnęli linię obrony, wybili nam z rąk wszelkie ofensywne atuty i odwrócili losy meczu. Od tamtej pory, licząc wzmiankowane starcie z Portowcami, rozegraliśmy trzynaście spotkań, w których zdobyliśmy zaledwie dwanaście punktów. W tabeli za ten okres daje nam to znów trzecie miejsce, tyle że tym razem od końca. To jest po prostu forma na spadek. I trudno tu mówić o jakimś pechu, czy innych niesprzyjających okolicznościach. Jeśli już, to ten wynik jest lepszy, niż gra. Gdyby nie Seba Madejski, który niepostrzeżenie i niespodziewanie wyrósł nam na bohatera, tych oczek byłoby jeszcze mniej. Fatalnie wygląda to zwłaszcza z przodu. Dziewięć trafień w trzynastu spotkaniach to bilans wprost kompromitujący, ale niestety dobrze odzwierciedlający naszą ofensywną nieporadność. Grasz z Cracovią? Cofnij obronę, nie zostawiaj hektarów przestrzeni przed swoim bramkarzem, zablokuj środek. Od momentu, gdy cała liga to zrozumiała, nie mamy żadnego, ale to żadnego pomysłu na konstruowanie ataków.
Winę za to niewątpliwie ponosi trener. Zapowiadany jako szkoleniowiec sponad naszego poziomu, opromieniony doświadczeniami w Belgii i Francji Luka Elsner okazał się siwiejącym bajerantem. Paulo Sousą Mk2. Facet wygląda jak z żurnala i bardzo składnie się wypowiada, ale na tym lista jego zalet się kończy. A niestety, ani za aparycję, ani za nienaganną składnię punktów w tabeli Ekstraklasy nie przyznają. Od końcówki października (cztery i pół miesiąca!) gostek szuka (podobno?) jakiegoś planu B i nijak go znaleźć nie może. Uśmiałem się szczerze, gdy Zbyszek swoim zwyczajem zaczął się rozpisywać jakichś – pożal się, Boże – „systemach”. System gry Cracovii pod wodzą Elsnera wygląda tak, że mamy na boisku 4-5 stoperów i 5-6 środkowych pomocników. No, ewentualnie jeszcze Dominika Piłę.
Owszem, kontuzja Otara Kakabadzego raczej nie jest winą szkoleniowca. Ale już kompletna marginalizacja, a w konsekwencji wypchnięcie z klubu takich postaci, jak David Olafsson i Bartosz Biedrzycki już jak najbardziej jest. Oczywiście, nie żeby ten duet to byli jacyś arcywymiatacze. Sęk w tym, że bez nich nasz zasób zawodników umiejących grać przy linii ogranicza się do w/w Piły. Podbijać Ekstraklasę Dominikiem Piłą? Eee… yyy… nooo…
Co gorsza, Elsner nie umie też w rezerwowych. Trudno się oprzeć wrażeniu, że – podobnie zresztą, jak Sousa – obecny trener Pasów robi zmiany z generatora. Chociaż… generator mógłby lepiej trafiać. Bo Elsner wpuszcza zawodników ofensywnych wtedy, gdy przydaliby się raczej defensywni i na odwrót.
Generalnie facet jest do wywalenia. Tu się nie ma co rozczulać nad ciągłością pracy, dawaniem drugiej szansy, etc., bo jego praca nie przynosi efektów, a kolejne szanse są marnowane. Elsner to żaden trener, a jednak profesjonalny klub piłkarski trenera posiadać powinien. Pokazują to dość dobitnie świeże przykłady Legii i Widzewa. Szkopuł w tym, że – echhh… – niespecjalnie wiadomo… kto w zasadzie miałby go zwolnić i zatrudnić następcę. I tu możemy sobie gładko przejść do kwestii właścicielskich.
Wieloletni związek Janusza Filipiaka (świeć, Panie, nad jego duszą) z Cracovią to było małżeństwo z rozsądku. Owszem, po stronie Profesora istniał niewątpliwie jakiś, z czasem pewnie nawet rosnący, sentyment do klubu. Niemniej… miłość? Jakieś wodotryski, płomienie, motyle w brzuchu? No nieee, o niczym takim nie było mowy. Profesorowi Cracovia była potrzebna jako element prestiżowo-dekoracyjny. Ot, po prostu: gdy jechał do jakiegoś Davos (czy gdzie tam indziej) spotykać się z podobnymi sobie bogolami, to miał wszelkie potrzebne atrybuty bogolstwa. Obuwie za moją roczną pensję (albo i lepiej)? Si. Rolls-Royce? Yes, sir. Odrzutowiec? Check. Klub piłkarski? Mhmmm. Oczywiście, byłoby jeszcze galanciej, gdyby rzeczony klub mógł się pochwalić jakimiś sukcesami. Filipiak jednak szybko doszedł do wniosku (a może wiedział to od początku?), że na jego nadzianych znajomkach przewagi Pasów z krajowego podwórka nie zrobią żadnego wrażenia, bo przecież poza Polską polską piłką nikt się nie interesuje. A żeby dokazywać w Europie, to już Profesorowi nie starczało majątku. Kontentował się więc samą obecnością Cracovii w Ekstraklasie. I płacił akurat tyle, by tę obecność przedłużać. Głębiej do kieszeni sięgał tylko wtedy, gdy widmo degradacji stawało się naprawdę wyraźne. A i to nie zawsze.
Jak się łatwo domyślić, w światku pasiastych kibiców taka postawa wywoływała pewien resentyment. Pretensje nawet nie o to, kim Profesor był, a o to, kim nie był. No bo bądźmy szczerzy, te dwadzieścia parę lat temu istniały silne nadzieje na to, że Janusz Filipiak będzie naszą odpowiedzią na Bogusława Cupiała. Że nasypie nam kasy pod korek, ściągnie rewelacyjnych piłkarzy i fenomenalnych trenerów, pomoże zdetronizować (he, he) serdeczną przyjaciółkę z drugiej strony błoń i przywróci klubowi należną mu chwałę. Niestety, w miarę szybko okazało się, że te nadzieje spełzną na niczym. A po paru sezonach pojawiło się znane tu i ówdzie powiedzonko o tym, że w Cracovii po staremu: chujowo, ale stabilnie. Mimo swej wulgarności, dość dobrze oddaje ono istotę rzeczy. Bo też bądźmy szczerzy, przez długie lata była Cracovia w Ekstraklasie klubem chujowym. Niezainteresowanym niczym poza prolongatą ligowego bytu na kolejny sezon. Niewzbudzającym (poza krótkimi wyjątkami) żadnych pozytywnych uczuć jeśli chodzi o estetykę gry. Oj, wręcz przeciwnie.
I ta chujowość mocno wielu kibiców Pasów uwierała. Wielu domagało się odejścia Profesora. Wiele razy zdarzały mi się dysputy, polemiki, a nawet kłótnie, zawsze bowiem wychodziłem z założenia, że lepiej być chujowym klubem w Ekstraklasie, niż wybitnym w okręgówce. Albo nie istnieć w ogóle, co niedługo przed przyjściem Comarchu stanowiło zupełnie realny scenariusz. A Filipiak, jaki by nie był, pozostawi po sobie bardzo ładny, funkcjonalny, dostosowany rozmiarem do potrzeb stadion oraz
ośrodek treningowy. Ergo, bez względu na zmiany reżimu, podstawowa przyszłość klubu będzie zagwarantowana. No bo przecież z tą zmianą reżimu to też różnie może być.
(cdn)
Jeszcze za życia J.F. pojawiały się niby jakieś przewidywania dotyczące sukcesji, generalnie jednak istniały dwa konsensusy:
1) wszystko zostanie w rodzinie. Jako potencjalna następczyni Profesora dość często przewijała się jego najmłodsza córka, Maria, którą wielu pasiastych kibiców (w tym sługa uniżony
2) nawet jeśli nie zostanie w rodzinie, to przecież ktoś nas weźmie. W domyśle: ktoś zamożniejszy, ambitniejszy i odważniejszy od Filipiaka. Bogatych ludzi wszak w Krakowie nie brak, a po degrengoladzie Wisły jesteśmy najpoważniejszym klubem w mieście. Znaczy, rzecz oczywista, zawsze byliśmy, aczkolwiek teraz to już nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości, prawda? Prawda…? Jak się łatwo domyślić, tego typu teoriom sprzyjali raczej kibice niechętni Comarchowi.
Oba te konsensusy okazały się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Sama Maria wyrażała podobno zainteresowanie działalnością w klubie, jednakże jej (nieliczne i dość enigmatyczne) wypowiedzi w tym temacie datowane są na ładnych kilka lat przed śmiercią ojca. Czy jej się później odwidziało, czy została wypchnięta poza nawias – tego nie wiemy, ale tak naprawdę nie ma to jakiegoś przesadnego znaczenia. Co zaś się tyczy naiwnie, jak widać, oczekiwanego powszechnego zainteresowania przejęciem KSC przez (około)krakowskich i nie tylko nababów… Cóż, oficjalnie nikt nic nie powie, z cichych i półgębkiem przekazywanych wiadomości od pracowników klubu wynika, że praktycznie go nie było. Większość fruwających po mediach doniesień zostało podobnież wyssanych z palca. Niektóre wręcz z tego dwudziestego pierwszego.
I tak oto zostaliśmy z Platkiem, który wziął się trochę znikąd i jest… trochę nigdzie. O ile Profesor bywał ojcem skąpym, surowym, czasem wręcz – wybacz, Profesorze – zramolałym, tak do pana Roberta idealnie pasuje określenie absent father. Niby kupił klub, niby jakoś tam go dokapitalizował, ale od tamtej pory rzadko daje jakiekolwiek oznaki życia. Teorie są dwie, niekoniecznie ze sobą sprzeczne:
a) doniesienia o nagłych, poważnych problemach rodzinnych nowego pasiastego capo di tutti capi opierają się na prawdzie. Rzekomo ktoś z jego bliskich ciężko się rozchorował. Jeśli tak faktycznie jest, to – współczując, rzecz jasna, tej osobie – można by mieć nadzieję, że wraz z poprawą jej stanu zdrowia, aktywność Platka wzrośnie;
b) Platek kompletnie przestrzelił jeśli chodzi o możliwość realizacji swych zamiarów. Chciał kupić klub, wypromować go przez europejskie puchary, a następnie zyskownie sprzedać. W samym takim zamyśle nie byłoby, co jasne, nic zdrożnego, bądź niemożliwego. Sęk w tym, że pan R.P. wyobrażał sobie siebie samego jako zbawcę, który przyjedzie na piłkarski dziki wschód, sypnie kilka baksów i cyk-fik-pach wszystko powygrywa. A tu się szybko okazało, że choć Ekstraklasa jest w oczywisty sposób tańsza od Serie A, to nadal osiąganie w niej sukcesów wymaga pokaźnych nakładów tak finansowych, jak i wysiłkowych.
Jak by nie było, wylądowaliśmy w stanie zawieszenia. Pańskie oko nie patrzy, więc koń chudnie. Kota nie ma, przez co myszy harcują. Niedawna, na szczęście już chyba wyciszona, chryja o Cichy Kącik to potężna żenówa, która nigdy nie powinna była się wydarzyć, a po której zarówno pani profesorowa, jak i obaj obecni klubowi wiceprezesi, mają mocno urąbane papcie. Wizerunkowo nie zyskał na tym nikt, finansowo to się jeszcze okaże, a najbardziej dostał po dupie sam klub. Trenera, jako się rzekło, na chwilę obecną de facto nie ma. Nie ma też sponsora głównego na następny sezon, bo po dekadach współpracy z pasiastych koszulek zniknąć ma Comarch. Nie ma planu (przynajmniej nic o tym nie wiadomo), nie ma kursu, nie ma jasnych perspektyw na przyszłość.
Słowem, nadal jest chujowo. Ale już nie jest stabilnie.
Oczywiście, do tragedii nadal, na szczęście, sporo brakuje (ptfu, ptfu…). Platek nie po to przecież kupował klub, by na nim tracić. Jeśli zatem główna myśl jego wywiadu dla Gabriela Rogaczewskiego („my tu tylko na chwilkę”) jest prawdziwa, jemu samemu powinno bardzo zależeć, by Cracovię doprowadzić do porządku. Niemniej, w chwili obecnej bardzo trudno byłoby logicznie obronić tezę, że w porównaniu z erą Filipiaka nastąpił jakikolwiek progres. Regres udowadnia się sam.
Co zaś się tyczy Cyber Jarka, to już nawet nie o to chodzi, że on w swej wypowiedzi o Elżbiecie Filipiak jakoś strasznie szeroko minął się z prawdą. Ba, stwierdzić by można, że jak na niego, pocelował wyjątkowo blisko rozsądku (czyli wciąż daleko, ale). Tyle tylko, że jeśli rozmawiamy o zmianach właścicielskich w klubach oraz oczekiwaniach i wokół tychże, to Jaruś w swych (licznych i idiotycznych) medialnych erupcjach kreuje się z jednej strony na nowoczesnego, nawijającego korposlangiem menedżera, z drugiej zaś na człowieka prawego, silnie przywiązanego do etyki i tradycyjnych wartości. Śmiechu warte. Przecież on jest pacynką kumatych. Może ciut mniej obciachową (za to brzydszą), niż Sarapata, wciąż jednak pacynką. Tańczy tak, jak mu zagrają. A jak im się przestaną podobać jego pląsy, to sobie zainstalują inną pacynkę.
Pisałeś Na Aucie, że Wojciech Kwiecień się z nim (i z Błaszczykowskim) nie dogadał. Moim zdaniem to nie tak. W.K. dysponuje wystarczającym majątkiem, by w razie chęci po prostu kupić sobie Wisłę i czniać przy tym wszystkich Jarusiów i Kubusiów tego świata. Najwyraźniej natomiast nie ma ochoty być pacynką. Ani nawet na którymś tam etapie usłyszeć od kumatych, że ma wypierdalać, bo klub to oni, nie on.
Zauważ, Iocosusie, że w ostatnich latach zamożni Polacy wkładający pieniądze w piłkę nożną celowali raczej w kluby drugiego, trzeciego, a nawet ósmego rzędu. Czym był Raków przed Świerczewskim? No niby coś tam grywał w Ekstraklasie, ale dawno temu i bez zauważalnych sukcesów. Motor przed Jakubasem? To samo. Pierwszy sezon po powrocie do elity wystarczył im do wykręcenia najlepszego wyniku w historii, czyli siódmej lokaty. To o czymś świadczy. Kwiecień, a przed nim Witkowscy poszli jeszcze dalej i praktycznie stworzyli sobie kluby od zera. Ani Wieczysta, ani BBT bez swoich obecnych właścicieli nie mają racji bytu. Dobrzycki poszedł w Widzew, który niby kiedyś był wielki, ale od tamtej pory parokrotnie zdążył się rozpaść, upaść i mozolnie wygrzebać z bagna, więc jego fani raczej nie prezentują postawy typu „wyżej sramy, niż dupę mamy!”. Tymczasem:
• magistrackie molochy (Górnik, Śląsk, etc.) niby szukają nowych właścicieli, niby co i rusz są o krok od prywatyzacji, tylko jakoś za każdym razem nic z tego nie wychodzi;
• w Krakowie Wisła nie może znaleźć poważnego zastępstwa dla Cupiała, zaś Cracovia, wygląda na to, będzie się długo zbierać po odejściu Filipiaka;
• w Szczecinie kanadyjsko-irański hochsztapler wydaje się ciągnąć Pogoń na dno.
Jak to wszystko wróży Legii? Uhmmm… Ahmmm…
* zaplanowany na 8. kolejkę mecz w Płocku został przełożony na grudzień.
Super, wielkie dzięki. Duży asumpt do ciekawej dalszej dyskusji.
c.d.n. niechybnie, choc nieco później!