- Kategoria: Trybuna komentatorów
- Monrooe
Pogromcy mitów
Runda jesienna zakończyła się z przytupem, niestety, dla kibiców stołecznej Legii niezbyt przyjemnym. Niemniej jednak, ostatni w tym roku kalendarzowym mecz nie powinien przesłaniać nam obrazu, jaki powstał w trakcie minionego półrocza. Dlatego też zapominając na chwilę o wydarzeniach w Łęcznej pochylmy nad tym, co zakończony właśnie okres nam przyniósł.
A faktem jest, że mamy nad czym się pochylić. W tej rundzie stołeczna ekipa przypomniała nam stare (ponoć dobre) czasy, kiedy pewne rzeczy były wręcz oczywiste, a awans polskiego zespołu do europejskich pucharów nie był marzeniem ściętej głowy. Co ważne zespół prowadzony przez sztab Henninga Berga nie tylko dominując w lidze, ale przede wszystkim rozgrywając doskonałą „partię” w Europie udowodnił, że kilka zapomnianych futbolowych prawd wciąż ma swoje zastosowanie. Okazało się, że pewne dogmaty, które zakurzył czas i nowoczesne, komercyjne spojrzenie na piłkę nożną wciąż obowiązują w tym nowym, modernistycznym futbolu. Nowa era wyparła zupełnie stare myślenie zastępując go prostymi, jak się wydaje, szalenie prostymi metodami, mającymi przynieść upragniony sukces. Jednak warszawska Legia prowadzona przez norweski sztab szkoleniowy obaliła kilka z tych nowopowstałych mitów. Legend, powtarzanych jak mantra przez obecnych, domorosłych ekspertów, mających w prostej linii wieść naszą piłkę do sukcesów.
Gdy trener nie wygrywa, należy go zwolnić– mit.
Zapomnijmy wreszcie o tym. Trener nie przychodzi do klubu, aby wygrywać. Wygrane prowadzonego przez szkoleniowca zespołu powinny być efektem włożonej przez niego pracy a nie celem samym w sobie. Trener przychodzi do drużyny, aby wdrożyć swój plan, przekazać swoją filozofię, ale by móc to zrealizować potrzebuje czasu i wsparcia. Tylko wtedy można oczekiwać, że prowadzony przez niego zespół rozwinie się w kierunku, jaki założył prowadzący drużynę fachowiec. Natomiast wygrane powinny być wypadkową włożonej pracy i rozwoju prowadzonej przez niego ekipy.
Niestety w naszym, pięknym poniekąd kraju, od czasów, kiedy to trener rozliczny był jedynie z ilości telefonów, jakie posiadał w notatniku, wiedza szkoleniowa nikomu w zasadzie nie jest potrzebna. Od nowego opiekuna drużyny oczekuje się cudu, a efekt w postaci szybko rosnącego konta punktowego jest jedynym kryterium oceny. Nic bardziej błędnego, owszem, można „na krótko” poprawić pewne elementy w każdym zespole, co faktycznie może zaowocować doraźną poprawą wyników, ale w dłuższej perspektywie każda w ten sposób „przestrajana” ekipa wróci do punktu pierwotnego. Czyli… potrzeby zatrudnienia kolejnego z „synów’ Anatolija Kaszpirowskiego. I tok to u nas działa. Idealnym, wręcz modelowym przykładem było zwolnienie jednego z najlepszych fachowców w naszej Ekstraklasie, Jana Kociana. Szybkie roszady w wykonaniu Waldemara Fornalika coś tam „eRkowcom” przyniosły, ale czy można mówić o poprawie gry zespołu, jako całości? Ja szczerze wątpię. Czy na wiosnę, wypoczęta już drużyna Ruchu Chorzów zacznie przypominać tę Kocjanową? Wątpię po raz kolejny. Karuzela się jednak kręci, tylko piłkarze „Niebieskich” zamiast się rozwijać, wciąż stoją w miejscu.
Przypis: Cieszy fakt, że wbrew temu, co próbowali narzucić nam niektórzy komentatorzy, zarządzający Legią nie skopiowali wyczynu włodarzy Ruchu i nie rozstali się z norweskim sztabem po wpadkach, jakich byliśmy świadkami na początku tego sezonu. Pozwalając w ten sposób rozwinąć się myśli szkoleniowej Henninga Berga i spółki.
Aby się rozwijać potrzebujemy transferów– mit.
W zasadzie jest to kontynuacja poprzedniego mitu. Od jakiegoś czasu, być może zbiegającego się z pojawieniem się na rynku profesji – menager piłkarski, panuje przeświadczenie, że progres zespołu można zanotować jedynie poprzez zakup nowych, coraz lepszych zawodników. Nowy gatunek szkoleniowca zamiast mieć kajet pełen numerów chętnych do „pomocy” osób „postronnych”, posiada notatniki pełne namiarów na „znajomych” menagerów, mogących „za półdarmo” wzmocnić aspiracje danego klubu. W efekcie czego, każda przerwa pomiędzy sezonami to okres nie tyle wzmożonej pracy treningowej, co czas poszukiwań. Niemal wszyscy, od kibiców począwszy, na dziennikarzach kończąc wypatrują kolejnych twarzy mających zapewnić oczekiwaną jakość zespołu. Nastały czasy, w których pre-sezon już nie określają udane i ciekawe sparingi, a ilość nowych numerów na szafkach w szatni zespołu.
Jednocześnie, co zrozumiałe zresztą, zanika sztuka treningu, jakby pojęcie szkolenia schodziło do głębokiego podziemia, lub było zarezerwowane tylko dla ćwiczących w klubowych szkółkach juniorów. A przecież nikt mi nie wmówi, że obecny gwiazdor Bayernu Monachium, niejaki Robert Lewandowski na podobnym do obecnego poziomie grał w barwach Lecha Poznań. Szkoła, jaką odebrał w pierwszym roku „gry” w barwach Borussii Dortmund przydaje się mu do dziś. Przy czym warto sobie przypominać jakież to przydomki odziedziczył Lewy po swoim debiutanckim sezonie w zespole trenera Kloppa. Na szczęście szkoleniowiec Dortmundu nic sobie z tego nie robił, On doskonale wiedział, co chce i co ważne, co może z Robertem osiągnąć.
Na szczęście Henning Berga zdaje się wyznawać filozofię starej szkoły, jakże podobną do tej, jaką w Dortmundzie preferuje wspomniany Jurgen Klopp. Indywidualizacja treningów, analiza, programy wyrównawcze, to wszystko jest podporządkowane wzrostowi umiejętności u posiadanych w zespole piłkarzy. Postęp, jaki zanotowali Radović, Vrdoljak, Żyro, Kucharczyk, Broź, czy Jodłowiec jest wręcz niesamowity, a przecież nie tylko Oni rozwinęli swoje piłkarskie kwalifikacje. W zasadzie progres można dostrzec u prawie każdego członka ekipy Norwega. W dodatku, na początku tego sezonu spółka Paco & Sokołowski zabrali się za szlifowanie naszych młodych talentów, rozszerzając jakby zakres szkolenia legijnych kadr. W tej chwili nie trzeba nikogo przekonywać, że za takich zawodników, jakimi są obecnie wymienieni przeze mnie piłkarze, mielibyśmy zapłacić ogromne pieniądze. A wystarczyło poświęcić im nieco uwagi, uczulić na błędy, jednocześnie kładąc nacisk na zalety. Praca wykonana przez sztab szkoleniowy okazała się lepsza niż fura kasy, jaką musielibyśmy zainwestować (nie mówiąc już o tym, skąd ową kasę byśmy wzięli). Dziś bez większego ryzyka można powiedzieć, że bez wielkich zakupów staliśmy się zespołem o wiele lepszym niż dajmy na to, rok temu. Okazało się, że naszym największym wzmocnieniem było utrzymanie zeszłorocznego składu.
Wzmocnieniem zespołu mogą być tylko uznane gwiazdy– mit.
Poprawianie, jakości zespołu poprzez zatrudnianie zawodników z uznanym nazwiskiem stało się jedyną w zasadzie, obowiązującą na rynku metodą. Na palcach jednaj ręki można policzyć liczące się w Europie drużyny, które planując zakupy patrzą na własne potrzeby i specyficzne umiejętności danego gracza a nie jego wartość marketingową. Zresztą kibice też zdają się być pewni, że „uznane nazwisko” jest lekiem na wszelkie bolączki dręczące daną ekipę. Nic bardziej mylnego, oczywiście, nie ma niż zdrożnego w kupowaniu piłkarza o uznanej renomie i wyrobionym nazwisku, którego umiejętności odpowiadają brakom, jakie posiada zespół, do którego ów zawodnik jest sprowadzany. Z tym, że na takie operacje mogą pozwolić sobie tylko i wyłącznie najbogatsi. Z tym, że wbrew pozorom tych „bogaczy” nie ma aż tak wielu a i tak większość z nich kupuje nazwisko, a nie zawodnika. Cała reszta futbolowej rodziny musi sobie radzić w bardziej przyziemny sposób. Mianowicie wyszukując piłkarzy zdolnych, mających predyspozycje, oraz zalążki danych umiejętności i liczyć na to, że wynaleziony zawodnik owe predyspozycje rozwinie. Niestety Legia warszawa nie znajduje się, o czym doskonale wiemy, ani w tej drugiej, ani tym bardziej w pierwszej wspomnianej wyżej grupie. Dlatego też chcąc wzmocnić zespół, nasz pion sportowy, musi doskonale zdawać sobie sprawę, jakich piłkarzy i z jakimi umiejętnościami szukamy. Lepiej kupić zawodnika, którego nikt nie zna, ale który będzie nam gwarantował pewien poziom, niż rozkapryszoną gwiazdę, której nastroje ciężko będzie przewidzieć. Świetnym przykładem wzmocnienia naszego zespołu, przez piłkarzy, w zasadzie można powiedzieć niechcianych przez szeroko pojętą opinię publiczną, są nazwiska Tomasz Jodłowiec, Tomasz Brzyski, Łukasz Broź. Czy nawet niewzbudzający niczyjego entuzjazmu Dusan Kuciak, czy Dossa Junior. Dziś bez tych zawodników ciężko wyobrazić sobie jedenastkę zespołu z Łazienkowskiej. I nawet, jeśli, kupowany „z tego samego klucza” Arkadiusz Piech okaże się niewypałem to proszę zwrócić uwagę na procent sprawdzonych tego typu transferów. O tym jak to wygląda w stosunku do tych, którzy mieli zostać w Warszawie gwiazdami nikomu przypominać nie muszę.
Rotacja na dużą skalę jest zła– mit
Sytuacji finansowej polskich klubów nie muszę nikomu przypominać. Nie od dziś wiadomo, że polska piłka jest po prostu biedna, jednak wielu obserwatorów zupełnie ignoruje ten fakt. Wymagania odnośnie naszych drużyn zupełnie nie przystają do ich pozycji na europejskim rynku. Raz na jakiś czas udaje się któremuś z naszych klubów zaistnieć na pucharowych arenach, by znów zniknąć na długie lata. Powód jest prosty, w tej chili żaden z klubów Ekstraklasy nie ma na tyle licznej i silnej kadry by skutecznie rywalizować na dwóch frontach (wspomniany wyżej przykład Ruchu Chorzów jest tego najlepszym przykładem). Nie ma jej ani Legia, ani Lech, ani tym bardziej Ruch, czy Zawisza, żaden z tych klubów nie ma też tylu środków, aby taką kadrę nabyć drogą kupna. Dlatego też jedynym rozwiązaniem jest wychowanie zawodników, którzy już w klubie są. W tym sezonie tą drogą zdaje się iść Legia Warszawa i Lech Poznań. Oba kluby stosują dość szeroką rotację, której zadaniem jest wprowadzenie na jak najwyższy poziom, jak najszerszej rzeszy posiadanych w kadrze zawodników. Co ciekawe, za tę właśnie drogę, oba kluby zbierają cięgi od rodzimych komentatorów. A wszystko, dlatego, że jak to przy nauce bywa, całemu procesowi przyświeca hasło; „jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”. No i przewraca się raz jeden, raz drugi, wykorzystując system rozgrywek ligowych do swoistych eksperymentów, które w dalszym rozrachunku mają przynieść wymierne korzyści. Niestety, w kraju, w którym liczy się tylko „tu i teraz”, takie postępowanie zamiast pochwał, ściąga na oba kluby niesamowitą falę krytyki. I to zarówno od swoich fanów (co w sumie jest zrozumiałe, bo który kibic nie lubi wygrywać), ale co gorsza przygany słychać też od renomowanych, zdawałoby się ekspertów. A przecież innej drogi nie ma, czasem, aby zrobić krok do przodu, trzeba najpierw cofnąć się krok w tył. Szczególnie, że Ekstraklasa stworzyła do tego warunki, ustalając taki, a nie inny regulamin rozgrywek.
Przypis: Powyższy tekst, w znacznej większości, powstał po dwumeczu z Celtami z Glasgow. W zasadzie, gotów był do opublikowania nazajutrz po meczu w Edynburgu. Niestety wydarzenia, jakie przyniósł piątkowy poranek odwiodły mnie od publikacji, nie było na to, że tak się wyrażę, ani miejsca, ani dobrego czasu. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że chciałbym podkreślić radość spowodowaną faktem, iż kolejne miesiące tylko potwierdziły tamte, wczesne jeszcze, spostrzeżenia a droga, którą obrał Henning Berg okazała nad wyraz słuszna.


Gdyby Berg w tamtym momencie wyleciał, najprawdopodobniej oznaczałoby to, że został klasycznie poświęcony - bo ktoś musiał zapłacić za kompromitację jaką byłoby odpadnięcie w dwumeczu z St. Partick's Athletic. I na szczęście nie dowiemy się już, czy byłaby to reakcja wynikająca ze szczerego przeświadczenia osób decyzyjnych w klubie, czy zasłonięcie się Bergiem jak tarczą przed nieuniknioną medialną furią.
W kwestii pozostałych mitów, nie do końca zgadzam się, że zostały tej jesieni ostatecznie obalone. Drużyna rozwija się jako całość, w efekcie zawodnicy podnoszą indywidualną jakość, to niepodważalny fakt, ale trzeba zachować czujność i mieć dobre wyczucie co do tego kiedy odjąć, a kiedy dodać, bo za chwilę może okazać się, że stawianie na trening kosztem transferów i stabilizacja jako najlepsza droga do sukcesów to... również mit. Podobnie niebezpieczne byłyby zero-jedynkowe wnioski co do rotacji czy sprowadzania gwiazd. Każda decyzja Berga broni się, bo bronią jej wyniki, ale to nie znaczy jeszcze, że każda z tych decyzji przyczyniła się do osiągnięcia takich wyników.
Mit II – ten mit faktycznie chyba w tej chwili obala najlepiej do spółki i Lechia Gdańsk i Zawisza Bydgoszcz, aczkolwiek jeszcze rok temu Radosław Osuch starał się mit potwierdzić, niestety Abramowiczem lub szejkiem Mansur ibn Zajed an-Nahajanem się nie okazał, nie ta półka.
Mit III – był przerabiany we wszystkie strony na podstawie przypadków piłkarza Ljuboji. Mythbusters tylu samo co wyznawców idei. Ostatnio można dywagować na przykładzie porównania Oscara Cardozo z Orlando Sa, choć OSa chciałby robić za gwiazdę pokroju Cardozo, ale co to za gwiazda sprowadzona z ligi cypryjskiej i jeszcze przesiadująca na rezerwie, zatem „pospolity szarak” za to jaki efektywny.
Mit IV – o ile Legii rotacja służy wynikami w pucharach, to w przywołanym Lechu jest to zda się „sztuka dla sztuki”. Coś mi się zdaje, że wiosną Skorża będzie zmierzał do gry wykrystalizowanym „żelaznym składem”. Rotacja vs stabilizacja – w Legii połączyliśmy wodę z ogniem, dwa w jednym!
Ale niech On skłania si się do takiej gry.
Zupełnie nie składa się do Legii, chyba , ze coś mijam?
Lech to bardzo ładna droga
Trchę nie rozumiem
Mity mają to do siebie, że żyją tak długo jak o nich pamiętamy oraz jak niepostrzeżenie stają się własnością ogółu i dostawcą archetypów. Ja nadal uważam,że na rzeczywistą ocenę trenera Berga jest za wcześnie. Dla mnie on nadal świeci światłem odbitym. Niestety na razie widzę w nim tylko, albo aż, naśladowcę Sir Alexa Fergusona. Jest to świetny wzór i w imitatorstwie nie ma nic zdrożnego, tyle że to co na naszym podwórku wystarcza, może być za krótkie na awans w LE i na LM. Lecz nie przesądzam, może Trener Berg ujawni własne ja i będzie ono jeszcze bardziej sukcesonośne niż poprzednika. Jak znajdę trochę czasu to postaram się pokazać te inspiracje i naśladownictwa sposobu pracy i jej metod u obu trenerów. Niezależnie od powyższego to trener Solskjaer może sobie pluć w brodę, że nie wybrał Legii. Dziś byłby kimś, a nie tym co sobie w II lidze angielskiej nie poradził. Lecz to także nakazuje ostrożność w hurra optymizmie co do trenera Berga, był on bowiem niżej niż Ole Gunnar oceniany.
I refleksja druga bardziej ogólna. Na stronie C-L może ukazać się poważny tekst o piłce. Autorstwa bardziej amatora niż zawodowca w tej dziedzinie. Ale gdzie indziej, ani w prasie, ani w rozmowach w TV czegoś takiego nie uświadczamy. Owszem w Canale byli zawodnicy usiłują zgłębić temat, ale robią to wyjątkowo nieudolnie. Na ogół ich wypowiedzi mają charakter poprawiania trenerów na zasadzie "jako on durny, a jaki ja mądry", tylko że nikt im takich posad nie proponuje, i pokazują w animacji komputerowej, że jakiś zawodnik powinien gdzieś być, a gdzieś go nie ma, albo powinien gdzieś indziej zagrać niż zagrał lub też znęcają się nad sędziami także na tej samej zasadzie. Nie wpadną na pomysł, że trener ma takich zawodników jakich ma i może im stawiać tylko takie zadania jakie oni są w stanie wykonać i że nie mogą być w dwóch miejscach na raz. Ale lepsze to niż zupełny brak jakiejkolwiek klasy. Dziś bowiem na tzw. rynku mediów piłkarskich w naszym kraju królują ci, którzy o piłce nie potrafią nic sensownego napisać czy powiedzieć i dla nich futbol jest pretekstem do opowiadania o sobie, a właściwie o swoim przechlanym życiu. Ktoś wydaje te wypociny Iwanów, Sypniewskich, Kowalczyków czy ostatnio "Wójta" i jacyś zboczeńcy to kupują. Ukazują one naszą piłkę kopaną jako coś zupełnie nieważnego, o czym nawet wspomnieć nie wypada. Ważne to, aby się uchlać i w takiej atmosferze chcemy aby młodzi, zdolni w naszym kraju zostawali i tu grali? Wolne żarty. Drzewiej inaczej bywało. Książki Pana Górskiego wydawane w dużych nakładach trudno było kupić, a już taka "Alchemia futbolu" Gmocha wydana w nakładzie 100tys. egzemplarzy rozeszła się w kilka dni i konieczny był dodruk, a to co się działo po wydaniu "Raportu z Mundialu" Piechniczka trudno opisać. A były to pozycje co się zowie fachowe. Dziś pewnikiem nikt by się na ich wydanie nie zdecydował. Iocosus wspomniał przy okazji śmierci Pana Zbyszka Korola o książce "Historia piłkarstwa Warszawskiego". Jest tam 240 stron tekstu. Niedawno byłem w księgarni i jest tam coś w rodzaju historii piłki polskiej. Jest kilkadziesiąt zdjęć, tekstu nie uświadczymy. Ja już nie wiem czy to my tak stępieliśmy czy tylko nas jak głąbów traktują. Dlatego cieszę się, że jest takie miejsce jak C-L gdzie takie teksty jak Monrooe mogą zaistnieć.
Żeby zakwalifikować się do fazy grupowej Ligi Europy, jedenastka o to walcząca powinna być w miarę ustabilizowana, tym samym ze sobą zgrana. Sądzę że taki cel w Lechu Skorża będzie chciał osiągnąć i ja mu tego życzę, to znaczy wiosną mrzonki o mistrzostwie Leszkom wybijmy z głowy, ale już jesienią niech w pucharach zajdą jak najwyżej. Wówczas w lidze rotować już będą musieli. Tak czy siak, powinni się na Legii Berga wzorować!
@ Zbyszek
Mhm, o ile mity służą do prób opisu rzeczywistości baśniami, przypowieściami, archetypom należy już przypisać naukową domenę. Czyli to pierwsze funkcjonuje na poziomie ogólnym, to drugie wysublimowanym. Na poziomie ogólnego zrozumienia być może adekwatniej posługiwać się mitami, je potwierdzać lub obalać. Ale to dygresyjna myśl przylatująca do głowy.
„Jak znajdę trochę czasu to postaram się pokazać te inspiracje i naśladownictwa sposobu pracy i jej metod u obu. (Berga i SAF-a)” - a to poważna myśl i moja poważna prośba. Zbyszku uczyń co zadeklarowałeś, ale w formie autonomicznego tekstu na c-L, a nie w komentarzach. Proszę! Wyślij spostrzeżenia i analityczne refleksje do nijakiego Gawina, to w gruncie rzeczy porządny facet, posiada wady jak my wszyscy, jak każdy, ale warto mu zaufać! Zapewniam.
Nie chcąc jednak wchodzić w polemikę, (wziąłem urlop) zwrócę uwagę na jedną.
Autor pisze:
"Aby się rozwijać potrzebujemy transferów– mit."
Swą tezę próbuje udowodnić pisząc:
"Na szczęście Henning Berg zdaje się wyznawać filozofię starej szkoły. Indywidualizacja treningów, analiza, programy wyrównawcze. Postęp, jaki zanotowali Radović, Vrdoljak, Żyro, Kucharczyk, Broź, czy Jodłowiec jest wręcz niesamowity"
Pełna zgoda, gdyby autor nie napisał:
"Świetnym przykładem wzmocnienia naszego zespołu, są nazwiska Tomasz Jodłowiec, Tomasz Brzyski, Łukasz Broź. Czy nawet niewzbudzający niczyjego entuzjazmu Dusan Kuciak, czy Dossa Junior"
Dla mnie to się kupy nie trzyma.
90% kadry naszego zespołu stanowiącej o klasie drużyny są piłkarze pozyskani poprzez transfery, więc to nie jest "mit", a przykład Dudy, Guilherme czy Orlando jest wręcz książkowy.
Pozdrawiam