- Kategoria: Trybuna komentatorów
- gawin76
Racą w budżet?
Nie milkną echa niechlubnych wydarzeń, do których doszło na Łazienkowskiej w miniony piątek. Do obserwatorów legijnej rzeczywistości zaczyna z wolna docierać, że zamęt powstały wokół klubu będzie być może miał dla nas wszystkich dalece poważniejsze skutki niż konieczność znoszenia widoku otworu ziejącego po legendarnym już pisuarze, wyrwanym gdzieś z trybuny północnej naszego stadionu.
Temat zwietrzył już Przegląd Sportowy (tutaj i tutaj), w tyle nie pozostają dziennikarze Agory (tutaj). Kwestia jest bez wątpienia godna odnotowania, wydaje się jednak, że obejmuje ona jeszcze kilka płaszczyzn, o których w emocjach nie zawsze się pamięta. Ze swojej strony chciałbym zatem dorzucić trzy uwagi.
Po pierwsze uważam, że akurat w kontekście tego co stało się na Legii w zeszłym tygodniu, niebezpieczne i szkodliwe jest bezrefleksyjne mieszanie spraw kibicowskich oraz finansowych.
W zwykłych okolicznościach są to co prawda aspekty przenikające się w sposób dość oczywisty, jednak w omawianym przypadku mamy tak naprawdę do czynienia z dyskusją nie o pieniądzach - lecz o wartościach. Deklarowana walka z przypadkami naruszeń prawa na polskich stadionach w sposób forsowany przez policję i wojewodów zawsze niosła ze sobą jasny, jednoznaczny i elementarnie prosty do zrozumienia komunikat, że kwestie bezpieczeństwa i stosowania prawa muszą być egzekwowane bez względu na doraźne straty finansowe ponoszone przez kluby. Nagłe mieszanie topniejącego stosu złotówek w klubowej kasie do dyskusji o tym, czy wolno odpalać race czy nie i czy stanie na przejściach ewakuacyjnych jest dopuszczalne czy nie, zakrawa na hipokryzję, brak logiki post factum i przede wszystkim instytucjonalizację argumentacji grup kibicowskich, które właśnie z czynników finansowych uczyniły jeden z filarów swojego stanowiska.
Można oczywiście zżymać się, że obiektywnie na rzecz patrząc, część kibiców działa wbrew interesowi ekonomicznemu swojego klubu. Można było - jak czyniłem to na stronach czarnej-eLki - wskazywać na potencjalny finansowy problem związany z bezpardonowym egzekwowaniem przepisów prawa i wyrażać nadzieję na zachowanie umiaru i rozsądku w podejmowanych działaniach. Ale dziś nie ma to już sensu, mleko się rozlało, trzeba przystosować się do nowych realiów. Wyliczanie strat i czynienie z nich antykibicowskiego oręża jest bronią obosieczną, tymczasem nie o kolejne czcze przepychanki przecież w tym wszystkim chodzi. Zwłaszcza, że rozsądni klubowi planiści powinni już dawno być przygotowani na dokładnie taki rozwój wydarzeń jak ten, z którym mamy obecnie do czynienia.
Ale właśnie, czy na pewno mogli być przygotowani, czy mieli realną możliwość zapewnienia środków zaradczych, czy może raczej mieli związane ręce, a finansowy pistolet przystawiony do głów już od dawna. Tutaj dochodzimy do kwestii drugiej, czyli do słabości rekordowego rzekomo legijnego budżetu, która powinna być znana najpóźniej od chwili opublikowania powszechnie dostępnego raportu firmy Deloitte, paradoksalnie bardzo nam przychylnego, omawianego i komentowanego stosunkowo niedawno na czarnej-eLce (64 miliony).
Przyczyną kłopotów finansowych Legii są w największej mierze kolosalnie rozdęte wydatki, obejmujące między innymi koszty utrzymania stadionu, spłatę odsetek od kredytu udzielonego Legii przez ITI, wreszcie budżet płacowy, plasujący się na poziomie blisko 40 milionów złotych, jeżeli wierzyć informacjom, jakie Legia przekazała firmie Deloitte.
Nie ukrywam, tak niebotyczne jak na polskie warunki koszty to w moim przekonaniu stryczek nieubłaganie zaciskający się na szyi Legii, gdyż wszelkie rachuby zakładające regularne pokrywanie tego budżetu przychodem generowanym z bieżącej działalności klubu, były rachubami szaleńczo wręcz optymistycznymi.
Nie da się co roku osiągać sukcesu w europejskich pucharach, nie da się co roku podpisywać intratnych umów z nowymi reklamodawcami, nie można było - miedzy innymi w kontekście sytuacji na 'froncie' kibicowskim - beztrosko liczyć na proste podtrzymanie czy wręcz podniesienie przychodu z dni meczowych w stosunku do poprzednich rozgrywek. Legia własnymi siłami w pewnym momencie po prostu nie 'dogoni' swoich wydatków, co stanowi problem systemowy, związany najprawdopodobniej z nagłym porzuceniem Legii przez ITI.
W tym miejscu pojawia się kwestia trzecia. Otóż z pewnym zdziwieniem zaczynam podejrzewać, że kwestia kibicowska staje się swego rodzaju płaszczykiem, za którym, być może w sposób nieintencjonalny, próbuje się ukryć rzeczywisty stan klubowej kasy. Dziennikarze wyliczają na przykład: milion za kary, dwa miliony za organizację meczów jako imprez podwyższonego ryzyka, kolejne dwa miliony za prawdopodobne zamknięcie trybuny północnej. To pięć milionów złotych. W najlepsze ruszają kalkulacje, ilu Dwaliszwilich moglibyśmy mieć za te pieniądze. Moim zdaniem żadnego, budżet transferowy był już wcześniej ustalony na minimalnym poziomie, ta kasa zapewne i tak miała pójść na coś zupełnie innego. Ekstra pięć milionów, jakkolwiek niepotrzebna i dotkliwa nie byłaby to strata, to nie takie pieniądze, które mogłyby 'położyć' rozsądnie zarządzaną firmę, mającą do swojej dyspozycji przychód przekraczający dziesiątki milionów złotych, 'kładzie' ją w tym momencie raczej coś zupełnie innego - mianowicie konstrukcja jej własnego budżetu.
Doskonale ten mechanizm 'płaszczyka' obrazują zresztą słowa prezesa Piotra Zygo, który zapowiada, że w przypadku zamknięcia trybuny północnej, klub będzie musiał, uwaga, sprzedawać zawodników. Być może bylibyśmy tym faktem zaskoczeni, gdyby nie to, że w zeszłym roku Legia, której mecze oglądała rekordowa liczba widzów, która awansowała do fazy grupowej Ligi Europy, która sprzedała prawa do nazwy stadionu firmie Pepsi i która nie miała aż tak medialnie głośnych problemów z kibicami, musiała ratować swoją kasę sprzedażą trzech zawodników podstawowego składu. Na co innego można było liczyć w tym sezonie? Jeżeli prezes Zygo ma teraz nadzieję, że uwierzę, że ewentualna sprzedaż Żyry, Wolskiego czy Radovicia to pokłosie derbów z Polonią, jest w grubym błędzie. Sądzę, że Legia i tak musiałaby sprzedawać, co więcej, było to jasne już od chwili przegranej ze Śląskiem Wrocław walki o mistrzostwo Polski. Awans do Ligi Mistrzów to bowiem jedyny czynnik, który mógłby trwale uratować nasz budżet. Faktem jest, że Legia znalazła się w finansowej pułapce. Ale tkwiłaby w niej równie mocno, gdyby publiczność zachowywała się podczas meczu z Polonią w sposób wzorowy. To co prawdopodobnie stanie się już wkrótce, może tylko przyspieszyć nieuniknione - czyli gigantyczne cięcia wydatków w Legii.
A chamstwo, nieszczęsny pisuar oraz gaz na północnej to zupełnie inna para kaloszy.


Jeżeli zaczną się "przepychanki spadkowe" jak po śmierci Wejcherta to zwyczajnie nikt się nie będzie się cackał i Legia zostanie "odstrzelona".
Zostajemy teraz już tylko na swoim więc wszystkie działania nazwijmy je niewskazane biją w klub nie w ITI.
Najpierw jednak uwaga ogólna: Legia nie ma najgorzej w lidze skonstruowanego budżetu i nie jest najbiedniejsza. Jest to solidny klub z przyzwoitym zapleczem finansowym. Nie chcę pokazywać absurdalnych pseudo budżetów innych, bo nie w tym rzecz. Chodzi o proporcje i o pewną zgodność z regułami finansowymi.
Zacząć należy od stwierdzenia, ze budżet spółki akcyjnej Legia Warszawa od lat konstruowany jest wadliwie. Wiemy, ze w Legii pracują finansiści zarówno na poziomie Rady Nadzorczej jak i Zarządu tak więc taka budowa budżetu jest świadoma i ma swój cel. Niestety nie znamy szczegółowych danych, więc jesteśmy skazani na domysły co klub ukrywa i dlaczego. A, ze tak jest to świadczy próba 'sprzedaży' klubu wiosną ubiegłego roku. Znależli się chętni /dwóch/ i kwota odkupu ich nie odstraszyła. Chcieli audytu na co się nie zgodzono. Przypomnijmy,że "Pol-Mot" sprzedając Legię grupie ITI taki audyt przeprowadził.
A teraz słów kilka o nieprawidłowościach w budowaniu budżetu Legii. Jest on konstruowany tak jak budżet Państwa mimo, ze różnice w budżecie państwowym, a Firmy czy zwykłego obywatela są znaczne. Każdy z grubsza wie na czym polega istota budżetu domowego czyli planowanie wydatków na poziomie dochodów. Budżet Państwa budowany jest od określenia wydatków /w bilansie strona winien/. Liczone są wydatki sztywne oraz zgłaszane przez różne podmioty. Na szczęście w Polsce mamy konstytucyjny próg ogólnego deficytu i tzw. progi oszczędnościowe budżetów rocznych więc nie generujemy deficytu wyższego niż te progi. Następnie obliczamy dochody i jeżeli brakuje to się zadłużamy wobec banków /kredyt/ i wobec obywateli /obligacje/. W Firmie i w gospodarstwie domowym budżet musi najpierw zakładać realny przychód /w bilansie strona ma/. Powtórzyć trzeba realny czyli osiągalny przychód. Nie gruszki na wierzbie, nie mrzonki, ale rzeczywiste wpływy. Do tego dostosowujemy wydatki. Oczywiście może się zdarzyć,ze wydatki sztywne czyli opłaty są wyższe niż przychody. Jeżeli to ma charakter incydentalny to uzupełniamy brakujące środki poprzez: kredyt bankowy ewentualnie pożyczkę, możemy sprzedawać część majątku, możemy też niejako kredytować się u dostawców nie płacąc im za faktury lub wobec własnych pracowników nie płacąc im wynagrodzeń albo też obniżać wydatki w tym ciąć koszty. Bowiem o ile Państwo nie może zbankrutować czyli upaść to Firma jeśli w sposób trwały generuje straty i wielkość tych strat przekroczy jej wartość to upada /nie rozwijając tego wątku/.
Najlepszym wyjściem, aby skończyć z niedomykaniem się budżetu jest obniżenie wydatków do poziomu przychodów. Pozostałe przynoszą tylko krótkotrwałą poprawę nie lecząc przyczyn minimalizując tylko ich skutki. W Legii jak widzę zwycięża opcja na przeczekanie czyli zadłużenie wewnętrzne /niepłacenie pensji/ oraz sprzedaż mienia czyli zawodników. Sens tego jest żaden. A bierze się to stąd, ze wydatki rozdęto ponad realne przychody. I pomimo,ze potoczna wiedza /jak moja/ racjonalizuje przyczyny to władze klubu od lat nie chcą czynić tego co konieczne. Nie wiemy dlaczego. Możemy się tylko domyślać.
Natomiast bagatelizowanie wpływu zachować części kibiców na finanse klubu nie uważam za rozsądne. Zwłaszcza kiedy klub traci płynność finansową i każdą wydawaną złotówkę powinno się oglądać.
Ten negatywny wpływ to:
1. Marka Legia Warszawa przestaje być szlagierem, a staje się obciachem. Reklamodawcy, sponsorzy czy inwestorzy wola wiązać się z Firmą pozytywnie kojarzoną na rynku. Legia od roku nie jest produktem o wysokiej jakości. Można wręcz mówić, że staje się wybrakiem. Faktem zacznie stawać się nie pozyskiwanie nowych finansjerów, a raczej tracenie tych co jeszcze są. Gwoli prawdy dodać trzeba,ze rynek ogólnie mówiąc reklamodawców w Polsce się kurczy co odczuwają np. telewizje. Ale też nie upadł. Tych strat ewentualnych wpływów nie da się policzyć, można je tylko oszacować. Ale policzyć można:
2. Podwyższone o 30% koszty zapewnienia bezpieczeństwa z uwagi na to, ze wszystkie mecze zostały uznane za mecze podwyższonego ryzyka.
3.Brak wpływów z jednego meczu w przypadku zamknięcia trybuny północnej na poziomie 250 tys. zł.
4.Kary w wysokości 800 tys.zł.
Oczywiście w papierowym bilansie są to pozycje znaczące,ale nie decydujące. Nie mniej ja uważam,że bandyci mieniący się być kibicami Legii czynią jej znacznie więcej szkody niż niezbilansowany budżet.