- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Zawisza - Legia 3-1: Harakiri Legii
Dużym rozczarowaniem zakończyła się wyprawa Legii do Bydgoszczy. Nasz zespół rozegrał najsłabszy mecz w tym sezonie, w pełni zasłużenie przegrywając z Zawiszą 1:3. Duży udział w zwyciestwie gospodarzy mieli Jakub Rzeźniczak i Wojciech Skaba, którym przytrafiły się fatalne błędy. Mimo porażki Legia nadal prowadzi w tabeli ekstraklasy, ale nasza przewaga punktowa przeszła już do historii.
Na temat przebiegu meczu w Bydgoszczy nie ma się specjalnie co rozwodzić. Przy takiej kumulacji błędów defensywnych, dwóch prezentach dla przeciwnika, bramkach, które równie dobrze mogłyby być golami samobójczymi, o korzystny wynik zawsze jest trudno.
Kuba Rzeźniczak kilka dni temu zaliczył nieudany mecz w Poznaniu, ale błąd popełniony w Bydgoszczy nie przypominał przegranego pojedynku z Lovrencsicsem, był raczej kopią nierozważnego zachowania z meczu z Jagiellonią w Białymstoku. Wtedy Kuba również miał kontrolę nad piłką w bocznym sektorze boiska, ale zaczął 'kombinować' i tym samym doprowadził do niebezpiecznej sytuacji pod naszą bramką. Co by nie mówić - od tak doświadczonego zawodnika należy wymagać, żeby grając na pozycji środkowego obrońcy nie pomagał przeciwnikom w zdobywaniu bramek. Podobną uwagę można wygłosić w kierunku Wojciecha Skaby. Jeżeli bramkarz Legii musi popełniać błędy szkolne, juniorskie, to postawmy na prawdziwego juniora zamiast na 29-letniego mężczyznę, przynajmniej sprawy będą prezentować się w sposób bardziej spójny, logiczny, a może i wyniknie z tego jakaś przyszła korzyść w postaci przygotowania młodego człowieka do gry na ligowym poziomie.
Mimo ewidentnych przewin wyżej wymienionych, dużym uproszczeniem byłoby jednak obciążenie ich wyłączną i całkowitą winą za porażkę Legii, tak jak błędem byłoby twierdzenie, że doznaliśmy porażki frajerskiej i przypadkowej. Zawisza był zespołem od nas lepszym, szybszym, odważniejszym, bardziej zdecydowanym, lepiej zorganizowanym. Rozegraliśmy nieudany mecz, w którym mnóstwo było niefrasobliwości w grze defensywnej, a pod bramką przeciwnika dotkliwie brakowało nam siły ognia.
Martwi, że Bartek Bereszyński zupełnie nie w swoim stylu przegrał kilka pojedynków z Luisem Carlosem, dwa z nich kluczowe. W jednej z ostatnich akcji pierwszej połowy gładko pozwolił Brazylijczykowi na dośrodkowanie, po którym Masłowski nie wiedzieć czemu nie trafił do bramki, lecz w Dossę Juniora (choć w tej sytuacji wina rozkładała się na jeszcze kilku zawodników, przede wszystkim niezrozumiała była swoboda, z jaką Goulon wyprowadzał akcję ze środka pola), w drugiej połowie spuścił Carlosa z oka w polu karnym, co pozwoliło gospodarzom na zdobycie trzeciego gola. O ile Bartka można jeszcze rozgrzeszyć brakiem ogrania po długiej przerwie, o tyle trudno powiedzieć, co dzieje się z Dominikiem Furmanem, który wystawiony na swojej ulubionej pozycji 'ósemki' rozegrał katastrofalny wręcz mecz. Najlepszym zagraniem Dominika było odpuszczenie rzutu wolnego ustawionego raczej na prawą niż na lewą nogę, dzięki czemu zdobyliśmy w Bydgoszczy jedyną bramkę po strzale Helio Pinto, i nie jest to niestety tylko łatwa złośliwość z mojej strony. Apatyczny, rozkojarzony, bezproduktywny - taki był w Bydgoszczy Furman. Jeszcze inna historia to Lado Dwaliszwili, pozornie robiący wyraźne postępy pod względem szybkości i dynamiki, a jednak nadal nie będący w stanie wygrać indywidualnego pojedynku z obrońcą, ustawiający się do rozegrania na 'ścianę', tylko po to, żeby po prawidłowym przyjęciu piłki, nie odegrać jej pomocnikowi, lecz wikłać się w bezsensowną próbę dryblingu. Gorzkie uwagi można mnożyć, podobnie jak ich adresatów.
Patrząc na mecz z Zawiszą w oderwaniu od poprzednich występów Legii, rzekłbym, że naszym futbolistom należy się za grę w Bydgoszczy klasyczna 'suszarka Fergusona'. Był to występ nie licujący z godnością mistrzów Polski, a przekonującym usprawiedliwieniem takiej gry nie może być ani dobra ostatnio dyspozycja Zawiszy, ani kontuzje Radovicia czy Koseckiego. Był to pierwszy od dawna mecz, w którym nie ma na kogo i na co zwalić winy za stracone punkty, nie ma sensu szukać żadnych okoliczności łagodzących.
Spoglądając na pojedynek w Bydgoszczy w szerszej perspektywie, trzeba natomiast wyrazić zaniepokojenie faktem, że Legia po meczu ze Śląskiem sprzed miesiąca, rozegrała sześć spotkań, spośród których tylko jedno zakończyło się naszym zwycięstwem. Mamy do czynienia z passą, którą trudno sprowadzić już tylko do feralnych 'asyst drugiego stopnia' Michała Żyro, czy zmarnowanych w Trabzonie i Poznaniu sytuacji Dwaliszwilego. Trzeba skorzystać z przychylnego nam w kolejnych tygodniach terminarza i za wszelką cenę tę passę odwrócić. Tylko zwycięstwa pomogą drużynie odzyskać pewność siebie, a kibicom - spokój.


Widać teraz, że część naszych uniesień z początku rundy i wypowiedzi B. Leśnodorskiego to były ułuda i propaganda sukcesu / totalny brak rozeznania (jak kto woli). Ta szeroka ławka, którą tak się szczyciliśmy, nie starcza nawet na ligę.
Osób typu Skaba (znowu zgoda z Gawinem – jeśli Wientaczek będzie słabszy, w co trudno uwierzyć, to przynajmniej będzie się wdrażać), Ojamaa, Furman, Kucharczyk, a ostatnio Rzeźniczak możemy nie liczyć – nie wnoszą nic, tyle że przebywają na boisku, tworząc quorum do rozegrania meczu. Kilku kontuzjowanych i z czym do ludzi? Reszta, oględnie mówiąc, miewa momenty lepsze (rzadziej) i słabsze (częściej). Na fali wznoszącej wydają się tylko Jodłowiec, Junior i Brzyski (chyba kulminację dobrej gry ma jednak już za sobą).
Wychodzą nam bokiem puchary. Myślę głównie o rewanżu ze Steuą i stracie Kuciaka. Rytm 2 mecze / tydzień zdecydowanie jest ponad nasze możliwości, kadrowe i sportowe, oraz ponad to, co do zaoferowania ma Urban i jego sztab. Z tego punktu widzenia, wydłużona wskutek reformy ligi jesień też nam nie służy. Jeszcze będziemy przegrywali w kraju w 2013. A wiadomo, jak wyglądają urbanowe początki wiosny (2008 - 0-1, 2009 - 0-0, 2010 - superfartowne 2-1, 2013 - 2-3).
Schodzimy na psy bardzo wyraźnie. I to, moim zdaniem, jest trend trwalszy niż chwilowy. W pucharach – punktów do rankingu nie zarobimy, pieniędzy też nie zarobimy, przez grę w LE dużo trudniej nam w lidze. Żeby choć jeden dobry mecz. Ale nie: od Wrexham do Trabzonu – niemal sama mizeria.
W lidze: 4 porażki w 14 meczach to bardzo dużo. 17 straconych goli. To ile będzie na koniec: 43, 47? Wystarczyłoby dawniej na prawie 3 sezony.
Niech się już ta jesień skończy. W tej chwili to już tylko męka. Legia od 3-1 nie była w stanie zrobić nic. Owszem, Zawisza grał porządnie, ale to przede wszystkim u nas nie było umiejętności, pomysłu, dokładności, wiary.
Czemu z Kucharczykiem przedłużyli, tego naprawdę nie rozumiem.
Ogólnie panowie szlachta błąd Skaby załatwił mecz, początek drugiej połowy a tu łup po łbie i to od własnego. Martwi fakt braku sytuacji d zdobycia bramki, to już w Pyrlandii było ich dużo więcej. Zgadzam się też z wsześniejszymi sugestiami dzynka jak i pomeczowymi Olivera.
To sytuacja z lekka analogiczna jak z Kamińskim i Ojamą, tylko że Estończyk nie faulował, jednak zachowanie obu defensorów należy zaliczyć do karygodnych.
W każdej drużynie są piłkarze wiodący i uzupełniający, nie może być jedenastu liderów, lub wirtuozów nadających ton orkiestrze, z naszych pierwszych skrzypiec: Kuciak - kontuzjowany, kapitan zespołu Rzeźnik – tańczący z „wielbłądami”, Rado - pechowy poza placem, a mający go zastępować Pinto okazuje się, że lepiej się spełnia jako piłkarz uzupełniający aniżeli wiodący, w tej mniej eksponowanej roli potrafi nawet strzelać bramki, ale wziąć ciężar gry na siebie, nadać ton gry drużynie to już na obecnym etapie wydaje się Portugalczyka przerastać. Egzekutor Dwaliszwili jakoś miejsca na boisku znaleźć sobie nie może, to jak ta drużyna ma się prezentować, skoro na jej „kluczowych” piłkarzy wyrastają Brzyski z Jodłowcem z całym szacunkiem dla nich, mimo wszystko aktorzy drugiego planu.
W przedsezonowych kalkulacjach dopuszczałem jesienią ewentualność kilku punktów straty do lidera, (o mistrzostwie i tak decydować będzie wiosenny finisz) zatem dramatyzować nie mam zamiaru, jakichś nerwowych ruchów również nie jestem zwolennikiem, tym bardziej wcześniej krytykując niecierpliwego, w gorącej wodzie kąpanego Józia W., jemu być podobnym nawet w kibicowskich spekulacjach nie zamierzam, ale tworzący się jesienią materiał do analiz póki co (choć przewodnictwo na własnym podwórku utrzymywane) nie nastraja jakoś super optymistycznie, jest jeszcze 12 meczów do rozegrania może optyka się zmieni.
Żeby nie było jednak tak dziwnie wesoło to muszę się odnieść do jednej sprawy. Przed meczem z Lechem pisałem gawinowi, że marzy mi się wywalenie Ivicy i wstawienie Furmana. Wczoraj linia pomocy wyglądała tak jak ją chciałem widzieć. Niestety już się "wyleczyłem" z takiego ustawienia. Wczorajsza gra Furmana to był dramat. W środku pola była totalna dziura, przez którą piłkarze Zawiszy szybciutko sobie przebiegali. To oczywiście nie tylko wina Furmana, ale brak Vrdoljaka był widoczny. O ile w ofensywie obaj nie dają praktycznie nic i obaj notują kompromitujące straty, to Chorwat trzyma lepiej defensywę w tej formacji. Potrafi przynajmniej sfaulować tak, że skasuje akcję rywala zanim ten się porządnie rozpędzi.
Ogólnie gra naszych "młodych wychowanków z akademii" jest w tym sezonie słaba. Łukasik bez formy, Furman coraz gorzej, Kosecki słabszy niż w poprzednim sezonie, Żyro niezłe mecze przeplata katastrofalnymi, Mikita z przebłyskami ale nic ponad to, często nie łapiąc się nawet do kadry meczowej, Cichocki po niezłym początku, szybko obniżył loty i od dwóch miesięcy siedzi na ławce. Kopczyński pojawił się ostatnio na ławce ale chyba tak bardziej na siłę. O reszcie nie słychać, a o naszej akademii mówi się od paru lat tylko dobrze albo bardzo dobrze....
Druga sprawa- to w każdym normalnym klubie najlepsi zawodnicy rezerw trenują i najlepsi juniorzy trenują po 2 razy w tygodniu z pierwszą drużyną. To daje im motywacje do cięższej pracy, impuls do rozwoju i stanowi pewną nagrodę za osiągnięcia. W Legii tego nie ma, a kiedyś to było u nas standardem, zwłaszcza za pierwszej kadencji Janka.
U Furmana problemem jest że jest już zajechany fizycznie, po nim to widać jest, nie ma już tej samej szybkości, skąd się bierze słabsza gra i błędy.
Mimo wszystko nie robił bym póki co dramatu. W prasie pojawiło się oczywiście pełno złowieszczych artykułów, a i coraz więcej jest wpisów dotyczących zwolnienia Urbana i rewolucji w sztabie, ale to że przytrafi nam się dołek formy, było pewne. Trzeba go przejść z jak najmniejszymi stratami punktowymi i liczyć że szybko z niego wyjdziemy. Teraz trzeba "dojechać" do przerwy na reprezentację z minimum 4 pkt. i po przerwie jak wróci kilku zawodników, znowu "depnąć".
Rzeźniczak już raz podał do przeciwnika, o czym zresztą wspomina Gawin, więc nie jest to jego pierwszy taki babol. No ale przynajmniej zamknął się na jakiś czas i nie zaśmieca Twittera swoim gwiazdorstwem. I na Facebooku go jakoś nie widać z tą jego ukochaną.
Ale te przypadki świadczą o pewnym bardzo złym sposobie myślenia na boisku. O nonszalancji i lekceważeniu przeciwnika. Taki np. Choto nawet jak grał przeciwko najsłabszym ogórkom nigdy nie wahał się aby wywalić piłkę w aut. Na szczęście Dossa gra podobnie jak Dixie - ma przeciwnika na plecach, piłka w aut jak każdy normalny obrońca.
Kubie po prostu odbija palma. Od kiedy Żyleta zaczęła skandować jego nazwisko zaczął uważać się za polskiego Beckhama.
Wczorajszy mecz był kumulacją wszystkich błędów czynionych przez drużynę od początku rozgrywek. To był pełen przegląd rzeczy, których nie należy zrobić, bo skończy się porażką. Albo patrząc inaczej: jeśli chcesz przegrać zagraj tak jak Legia.
Jeśli słyszeliśmy po każdej porażce o nauce na przyszłość, o wyciąganiu wniosków, o wpadkach przy pracy, o braku szczęścia to wczoraj naocznie przekonaliśmy się, że zostaliśmy oszukani. Perfidnie oszukani. Przeciwnik wykorzystał mankamenty, którymi razimy od dawna. Te same mankamenty, które miały być poprawione.
Stracone bramki.
Pierwszą sprezentował Rzeźniczak. Co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Pod naciskiem napastnika nie trafił czysto w piłkę. Popełnił najprostszy juniorski błąd, za który powinien spalić się ze wstydu. Spokojnie mógł go uniknąć. Poszła piłka na wolne pole. Rzeźniczak wyprzedził napastnika i był przed nim przy piłce. Czując nacisk musi wybrać najbezpieczniejsze zagranie. Normalnie powinien zbiec z nią do linii i ekspediować do przodu. Nawet jakby doszło do straty to piłka byłaby daleko od pola karnego i byłby czas na powrót pozostałych zawodników do obrony. Wybrał najgorzej jak mógł. Skaba zrobił wszystko co się dało w tej sytuacji. A co reszta robiła? Junior nawet nie spodziewał się straty i stał daleko od akcji. Bereszyński truchtem dreptał w środku boiska nie myśląc o wsparciu kolegi, który go zaasekurował. A najlepsze było, że pierwsze pod naszym polem karnym pojawiły się niebieskie koszulki, a dopiero za nimi nasi zawodnicy. Nawet nie byli przygotowani do sytuacji, gdyby jakimś cudem Junior odbił piłkę przed pole karne.
Druga bramka to ciąg błędów kilku zawodników. Nie tyle w sferze technicznego wykonania ile w całym procesie myślowym. Decyzje, jakie podjęto w tej sytuacji były najgorsze z możliwych. Nawet gracze z Bydgoszczy się tego nie spodziewali. Miałem wrażenie, że ścigali się, który którego bardziej załatwi, który kolegę wepchnie do większego bagna. Skaba był tylko bombą, której ląd został odpalony dużo wcześniej.
Piłkę ma Junior w pobliżu środkowego koła. Stoi przodem do bramki przeciwnika, ma możliwość zagrania praktycznie w każde miejsce, bo nie jest naciskany pressingiem. Od niego zależy jaki wariant rozegrania wybrać. Tylko kopnąć do przodu. Ale nie. Wycofuje się, bo będący w pobliżu Furman biegnie do piłki, żeby ją rozegrać. Już głupotą było zabieranie piłki Juniorowi zamiast pokazać mu się do podania za pierwszą linią pressingu. Zabiera piłkę Juniorowi i kieruje się z nią do boku. Już tym pierwszym zagraniem zabił całą akcję ofensywną. Jak wcześniej można było z piłką wszystko zrobić tak teraz została mu tylko jedna możliwość: zagrać w bok do Wawrzyniaka. Chłopaki z Zawiszy moment połapali się, że mogą obu nacisnąć i zabrać piłkę. Furman swoim ruchem pokazał, co zrobi z piłką. Wawrzyniak będąc już naciskanym zrobił ten sam błąd co Rzeźniczak. Nie przełożył piłki do linii tylko ratując się posłał ja do Skaby. Ten mógł lepiej wybić, tyle, że można się spodziewać wszystkiego, kiedy bramkarz dostaje piłkę do wybicia będąc naciskanym przez napastnika. Problem w tym, że nasz bramkarz zbyt często dostaje takie piłki. Ale o tym w inny miejscu. Furman w największym stopniu zawalił tego gola.
Trzecia bramka to już popis bezmyślności Brzyskiego i Wawrzyniaka. Pierwszy dostaje piłkę na ścianę i zamiast zagrać z pierwszej piłki do stojącego obok Jodłowca to zagrywa do Wawrzyniaka, pokazującego się do podania między dwoma graczami Zawiszy na wysokości Brzyskiego. Jest tak ciasno, że podanie zostaje bardzo łatwo rozczytane i przejęte. Akcja rusza przez opuszczoną strefę przez Wawrzyniaka. Bydgoszczanie łatwo penetrują przestrzeń, bo Wawrzyniak nie ruszył sprintem na swoją pozycję, a Brzyski szybko zrezygnował z walki o powstrzymanie przeciwnika. Problem zepchnięto na Juniora i asekurującego Rzeźniczaka. Tyle, że nie podjęto próby odbioru piłki ani nawet sfaulowania rywala. Gevorgian zwolnił akcję, zrobił kółeczko, Junior i Rzeźniczak wycofali się z nacisku i ten nie niepokojony podał do Lewczuka. Obrońca Zawiszy na sprincie pięknie wykorzystał lukę i pokazał się do podania. Nie było przy nim ani Wawrzyniaka (dostojnie zbliżającego się do Lewczuka, lecz zupełnie mu nie przeszkadzając dośrodkować) ani Brzyskiego. A Bereszyński tylko mógł patrzeć jak mu z za pleców wybiega zawodnik. Piękna lawina złych decyzji.
Wyprowadzenie piłki.
Taką anemię ostatni raz widziałem za schyłkowego Skorży. Można śmiało powiedzieć, że w ten sposób nie mieliśmy prawa w żaden sposób skonstruować akcji ofensywnej. Piłka najczęściej krążyła między obrońcami. Skaba do Rzeźniczaka ten do Juniora, ten do Wawrzyniaka, a ten z powrotem. Drugi schemat leciał w drugą stronę.
Każdy musi przyjąć, poprawić. Wszystko wolno, wszystko trwa, wszystko w miejscu. Wszystko obserwują piłkarze z Bydgoszczy i ani myślą przeszkadzać. Oglądają teatr, w którym obrońcy ani myślą zaryzykować kopnąć do przodu lub podejść z piłką, choć nikt ich nie atakuje i do tego zostawia mnóstwo miejsca na podejście. A oni swoje. Ani nie pomyślą tylko jak automaty jeden do drugiego. Rzeźniczakowi najczęsciej puszczała blokada i kiedy tylko zdecydował się na rajd z piłką od razu zdobywał przestrzeń do gry. Mógł uruchomić skrzydła, innego pomocnika, mógł coś wykreować.
Rozegranie.
Czasem nasz obrońca podawał do środkowego pomocnika, który i tak z powrotem mu oddawał. To i tak lepiej niż strata, kiedy na plecach dyszy przeciwnik. Właściwie nie powinien dostać podania albo powinien od razu zagrać z pierwszej. Jednak najczęściej uznawał, że lepiej przyjąć i poszarpać się z przeciwnikiem. Znowu teatr. Wszyscy stoją i patrzą. Zawisza za podwójną gardą już nieco znudzony, bo mięśnie zaczynały stygnąć. Pomocnicy ze sporadycznym ruchem. Rzadko który pokazuje się do gry. Nawet jak bilard między obrońcami zmęczy Bydgoszczan i uda się tą piłkę wprowadzić w strefę pomocy to następuje kolejny pokaz dziadowania. Znowu przyjęcie, poprawka, rozglądanie się, dziubnięcie i ...najczęściej niecelne podanie. To przetrzymywanie piłki i dziubanie jej o kilka centymetrów było najbardziej irytujące. (Tuż przed niewymuszonymi niecelnymi podaniami). Gdyby to przypominało próbę dryblingu to by chociaż przeciwnik się nabrał i ruszył do odbioru rozrzedzając krycie. Nic z tych rzeczy. Wszyscy widzieli, że gracz z piłką desperacko próbuje się jej pozbyć i za chwilę ją gdzieś kopnie. Gdziekolwiek, byle nie parzyła. Nie ma gry bez piłki. Większość graczy stoi kryta i nawet nie robi ruchu na wolną przestrzeń czy też nie wybiega do podania. Na stojąco. Żadnej gry w biegu, żadnych podań w tempo.
Oni nie wiedzą co grać w ataku. Ma się wrażenie, że najwięcej czasu zajmuje im myślenie, co zrobić z piłką. Myślą, myślą i najczęściej wybierają najgorsze rozwiązanie. Doświadczenie dostało w mordę. Widzieliście udane podanie za linię obrony? Widzieliście celną prostopadłą piłkę? Widzieliście celny strzał z dystansu? Widzieliście grę z pierwszej piłki? Ja nie. Mam nadzieję, że to tylko pierwsze oznaki zaćmy. Ale to nie pierwszy raz. Co mecz podstawy nie funkcjonują.
Poza wolnym Pinto stałe fragmenty poniżej krytyki. Żaden rożny nie zakończył się oddaniem strzału. Kontratak lub szybki atak po stracie nie ruszył ani razu. Dryblingi sporadyczne i z dala od atakowanej bramki.
Indywidualnie jest źle. Rzeczywiście wygląda na to, że większość jest przemęczonych. Tylko ,ze nie da się na to wszystko zwalić. Furman jest cieniem samego siebie. W teorii najbardziej kreatywny piłkarz podaje wyłącznie do boku i do tyłu. Kompletnie nic nie tworzy, nie napędza akcji drużyny. Pinto podaje wyłącznie na krótkie odległości i w większości przypadków w lewą stronę boiska. Zupełnie nie szuka podania do Dwaliszwilego. W destrukcji kompletnie grać nie potrafi. Kucharczyk nie istnieje w rozegraniu. Braki techniczne nie pozwalają mu nawet przygotować sobie piłki do strzału, a co dopiero mówić o wykreowaniu koledze sytuacji strzeleckiej. Tylko liczy na dołożenie nogi na pustaka. Najbardziej bezproduktywny skrzydłowy w lidze. Ojamaa chaotyczny, ale jak zszedł do środka boiska to zagrał najlepsze akcje odkąd pojawił się na Łazienkowskiej. Wawrzyniak jak zwykle za daleko. Od przeciwnika, od własnej bramki, od odpowiedzialności za bronienie. No i ostatnia gwiazda Skaba. Facet cofnął się w umiejętnościach przez wieloletnie grzanie ławy. Gra bardzo nerwowo i niepewnie. Słabo komunikuje się z obrońcami. Gra nogami katastrofalna. Rzadko kiedy łapie piłkę. Bardzo często podejmuje złe decyzje co do wyjścia po piłkę. I te niewymuszone błędy. Zagrał wystarczająco dużo spotkań, żeby złapać pewność zachowań. Życzyłem mu jak najlepiej lecz trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie spełnia oczekiwań. Klubu jak i swoich. Czas na Wienczatka.
Jeszcze dużo można pisać. Niestety to to tylko kawałek nędznego obrazu gry Legii. I wygląda na to, że możemy niżej upaść. Choroba kiepskiej gry drużyny trwa od dawna i wydaje się pogłębiać. Nie ważne, że zajmujemy pierwsze miejsce w tabeli i są szanse na wyjście z grupy LE. Pozycja jaką zajmujemy nie jest adekwatna do prezentowanego poziomu gry i szybko ulegnie zmianie. Jest głównie wypadkową wielu czynników niezwykle korzystnych dla naszej drużyny. Jednak gdy okoliczności nie sprzyjają, a przeciwnik nie popełnia błędów to momentalnie dostajemy łomot. Aparycję mamy jak dzik, a w rzeczywistości jesteśmy taką Pawlakową pomalowaną świnią.
Zagraliśmy bardzo słaby mecz ale pierwszy mecz w lidze w którym liczba stwarzanych sytuacji była znikoma. We wszystkich poprzednich meczach nawet średnia skuteczność spokojnie dawała Legii zwycięstwo. Biorąc dodatkowo pod uwagę kontuzje wielu zawodników to nie widze powodu do paniki. Do zadowolenia jest co prawda także daleko ale nie histeryzujmy. Dwaliszwili jest jaki jest, kombinacyjnie cięzko z nim zagrać, Ojamaa robi dużo wiatru ale bardziej nastawiony jest na uderzenie na bramke niż na dogranie do partnera, Wawrzyniak po kontuzji ne może dojść do siebie. Bo co by o Wawrzyniaku nie mówic do do przodu potrafi grac zdecydowanie lepiej niż ostatnio. Na dobrym poziomie gra Jodła i Brzyski, pomimo kiksów także Rzeźnik. Przy zdrowych zawodnikach na dzień dzisiejszy nie ma miejsca w składzie dla Ojamy, Dwaliszwiliego, Bereszyńskiego, Furmana, Kucharczyka, Wawrzyniaka. Grają bo muszą. Natomiast coraz bardziej martwi mnie liczba kontuzji mięśniowych, skala tego zjawiska jest niespotykana chyba w całej Europie. Z tym zjawiskiem także należy sobie poradzić. A martwić zacznijmy się wtedy kiedy takie mecze będziemy rozgrywać przy pełnej dostępnej kadrze. ..