- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Euro 2016: Złoto dla Portugalii
Portugalia mistrzem Europy! Przed pierwszym gwizdkiem faworytem finałowego meczu była reprezentacja Francji, a kiedy w pierwszej połowie boisko opuścić musiał Ronaldo, wydawało się, że szanse Portugalczyków jeszcze zmalały. A jednak doszło do dogrywki, w której rezerwowy Éder zdobył gola przesądzającego o triumfie Portugalii.
Kolejny raz potwierdziło się, że mistrzostwa Europy to turniej, który lubi niespodziewane rozstrzygnięcia. Oczywiście trudno porównywać Portugalię z Grecją z 2004 roku czy Danią z 1992 roku, wszak trener Santos miał teraz do dyspozycji wielu solidnych zawodników grających w mocnych europejskich klubach oraz gwiazdę największego formatu w osobie Ronaldo, jednak mimo wszystko w Portugalczykach trudno było dostrzegać kandydatów do złota tak przed turniejem, jak i po słabej w ich wykonaniu fazie grupowej, czy wreszcie tuż przed finałowym starciem z gospodarzami mistrzostw.
Końcowe rozstrzygnięcie przypomniało o kilku oklepanych futbolowych oczywistościach. Po pierwsze istnieje coś takiego jak piłkarskie szczęście czy może wręcz przypadek – czynnik niechętnie poddający się fachowym analizom i będący zawalidrogą w produkowaniu elaboratów na temat wagi zawiłości taktycznych lub przygotowania fizycznego. Francja grała bardzo przeciętny mecz, ale jednak w regulaminowym czasie gry to Francuzi dwukrotnie byli o włos od zdobycia decydującego gola. Najpierw kiedy pomylił się Griezmann, potem gdy w doliczonym czasie gry w słupek trafił Gignac. Na boisku trwa batalia, w przygotowaniu i prowadzeniu której uczestniczą całe sztaby ludzi dbających o najmniejszy detal, ale o zwycięstwie lub porażce wciąż potrafi przesądzić, dosłownie, podmuch wiatru.
Po drugie nie jest prawdą, że są drużyny, które mogłaby poprowadzić nawet ‘teściowa’ - rola szkoleniowca jest niebywale istotna. Trener Deschamps z pewnością nie jest ‘teściową’, ale jednak wyraźnie przegrał bezpośrednie starcie z trenerem Santosem. Jego drużyna, przecież o zdecydowanie wyższej sumie indywidualnych umiejętności, była w gorszej dyspozycji fizycznej od przeciwnika w najważniejszym meczu i była gorzej prowadzona w trakcie tego meczu. Santos kompletnie zaskoczył wprowadzeniem Édera w 79. minucie meczu, jego zespół nagle zaczął częściej gościć pod francuską bramką i groźniej nacierać. Zrobienie ofensywnej zmiany w meczu z Francją dziesięć minut przed końcem, przy stanie 0:0, to decyzja wymagająca nie lada odwagi. Dla odmiany spanikowany Deschamps po stracie gola wpuścił na boisko Martiala, z którego zrobił w tym turnieju turystę i który w finale w istocie zaprezentował się jak turysta.
Po trzecie przygotowanie mentalne jest równie istotne jak fizyczne czy taktyczne. Portugalczycy cała czas grali o najwyższy cel i głośno o tym mówili, nawet kiedy spotykało się z reakcją w postaci dyskretnego pukania się w głowę. W żadnym momencie turnieju nie było w nich widać mentalnego zmęczenia czy zadowolenia z tego co udało się już osiągnąć. Kto wie czy to właśnie nie ten czynnik zrobił największą różnicę w ćwierćfinałowym starciu z Polską. Przyznam, że bardzo mocno wierzę w siłę takiego podejścia do sportu i, przenosząc te rozważania na nasz lokalny grunt, uważam, że w Legii nie powinno być miejsca na asekurację – tu zawsze powinno grać się o mistrzostwo Polski i cały czas głośno mówić o Lidze Mistrzów. Przegramy raz, drugi, piąty? Trudno, zbieramy zęby z podłogi i od jutra gramy od nowa. O to samo.
Po czwarte żaden piłkarz nie jest większy niż jego drużyna. Portugalia po stracie Ronaldo wcale nie grała gorzej niż z nim w składzie. Ba, może nawet lepiej, bo odpowiedzialność, którą on zwykł brać na siebie, musiała siłą rzeczy rozkładać się na kilku piłkarzy. Najbardziej skorzystał na tym sensacyjny bohater finału, Éder. Za każdym razem kiedy Éder był wprowadzany na boisko w Portugalii, zastanawiałem się… właściwie po co. Trudno było ocenić umiejętności tego piłkarza, bo praktycznie nie bywał przy piłce, gra toczyła się obok niego, był odcięty od piłek w ataku i zagubiony, kiedy wycofywał się do linii pomocy. I nagle, pozbawiony konkurencji w pierwszej linii, Éder pokazał, że potrafi osłonić piłkę ciałem, jest w stanie utrzymać się przy niej, że umie podjąć ryzyko. Prosta taktyka oparta na podaniach do wysokiego środkowego napastnika dobrze grającego tyłem do bramki to było coś, czego Portugalia nie prezentowała od niepamiętnych czasów. Bo nie miała takiego napastnika, tak się przynajmniej wydawało. A potem na boisko wszedł Éder i wygrał mecz.
To nie był wielki turniej. Od początku kontrowersje budził format, zgodnie z oczekiwaniami wiele meczów było mało atrakcyjnych i zdominowanych przez defensywę. Zawiodło kilku faworytów (Anglia, Belgia), kilka mocnych drużyn odpadło przedwcześnie, bo tak chciała turniejowa drabinka (Hiszpania, Chorwacja, Włochy). Ale końcowy triumf Portugalii to znakomita wiadomość dla piłki, bo dopóki będzie ona grą tak złożoną i tak nieprzewidywalną jak okazało się to we Francji, dopóty będzie fascynować miliony.


- "kilka mocnych drużyn odpadło przedwcześnie, bo tak chciała turniejowa drabinka"
o rany, ale potworka wyprodukowałeś
Mnie zastanawia jedno, mistrzostwa dobiegły końca, a ja nie widziałem ani jednaj analizy dlaczego wyglądały tak, a nie inaczej.
Ale to nie jest tendencja tylko tego EURO, ale w ogóle mamy do czynienia z przerostem taktyczności nad samą grą.Ten nadmiar taktyki powoli zabija piękno futbolu. Dla młodych kibiców, którzy piłkarzy typu Deyna, Brychczy, Pele, Cruyff czy Beckenbauer nie widzieli i grających z polotem reprezentacji RFN, Holandii, Brazylii czy Polski także opowiadanie o tym czym jest piękno futbolu nic nie da. Oni za futbol uznają tę miąchaninę na 1/6 boiska, w której lepszy jest nie ten który lepiej i celniej kopie piłkę, ale który skuteczniej kopie rywala i w każdy możliwy sposób uniemożliwia mu grę. Jest to parodia tej niegdyś pięknej gry. O degrengoladzie tak pojmowanego futbolu świadczą awanse takich drużyn jak Islandia czy Walia mających w zdecydowanej większości zawodników grających na peryferiach i o których poza Ramseyem i Balem nikt nie słyszał i nie będzie słyszał i których nikt nie ogląda i nie będzie oglądał.
Za to musi oglądać ich na EURO i jeszcze za to jak ja idiota zapłacić 99 zł
I to jest clou tego programu. Bo tu nie chodzi o futbol. Tu chodzi o szmal i o wygranie wyborów na szefa UEFA czy FIFA. Jako wskaźnik podano, że na EURO 2016 na czysto UEFA zarobiła 930 mln EURO, podczas gdy w 2012 roku było tego nieco ponad 530 mln. Pewno i więcej widzów było na stadionach, bo było więcej meczów. a było więcej meczów bo do EURO awansowało prawie 50% reprezentacji, a nie około 33%. Słabsze federacje dostały szanse na awanse to i okrzyknęły triumfalnie, że grają w finałach.
No, jest postęp? Jest. Że w postaci cofania się w rozwoju? A kogo to obchodzi.
Na szczęście badania oglądalności we Francji pokazały, że jak zaczął się Tour de France to ogląda go codziennie blisko 20 mln Francuzów, o czym EURO mogło pomarzyć.Tam też zachodzą procesy niekorzystne, ale przynajmniej jest co i kogo oglądać. A tak to TdF relacjonuje 98 stacji telewizyjnych do 180 krajów. Ciekaw jestem jak była oglądalność EURO 2016?
Natomiast mam małą nadzieję na poprawę sytuacji w bliżej określonej przyszłości. Piłka nożna jako sport będzie ulegała jeszcze przez czas jakiś skarleniu na rzecz jego biznesowej odmiany i ludzie żądni jej oglądania w wykonaniu najlepszych w pewnym momencie nie wytrzymają. Dopóki publika nie odwróci się od tego oszustwa i nie powie, że król jest nagi na korzystne zmiany liczyć nie można. Bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą głosić pochwałę wygranej Islandczyków nad Angolami, aż Angole się wdiablą i przestaną to robienie z nich durniów oglądać, a za nimi Belgowie, Hiszpanie, Niemcy, Francuzi, Włosi i inni.
Marzenia są za darmo i dlatego tak dobrze smakują
Mnie tych analiz tak nie brakuje, może dlatego, że przed turniejem natknąłem się na kilka tekstów dość precyzyjnie (niestety) zapowiadających to co będzie się na nim działo. Nie jestem w stanie tego wszystkiego teraz wyszperać, ale rzucam pierwszy z pamięci - Michael Cox dla ESPNFC. Chyba to nawet Garm go linkował na TT.
o rany, ale potworka wyprodukowałeś
Nie wiesz jak często tak sam do siebie mówię po lekturze własnych tekstów
Ja tam brak analiz na zachodzie nieco rozumiem. To Euro pokazało zmiany w futbolu, które niekoniecznie muszą się podobać, a takich Anglików na ten przykład wręcz szokować.Nie zmienia to faktu istnienia tych zmian. Manie natomiast zastanawia brak analiz rodzimych, bo przecież ten "wiatr odnowy" to wręcz huragan w nasze żagle. Adam Nawałka wraz ze swoją ekipą pokazał, że spokojnie można rywalizować z najlepszymi i co ważne pokazał, że można to robić skutecznie. Z tym, że szykując laurki dla naszej reprezentacji i sposobu jej gry trzeba by zacząć temat bardzo niewygodny, czyli zacząć chwalić rodzimą Ekstraklasę, a na ten ruch nikt w tym kraju nie jest gotowy. I nie zmienia tego nawet fakt gry Mączyńskimi, Pazdanami, Jędzrzejczykami, czy choćby Peszką.
Wybrane fragmenty: „Na francuskich boiskach oglądaliśmy 108 goli w 51 meczach, co daje średnią 2,12 na każde spotkanie. To najniższy wskaźnik od 1996 – wówczas również poszerzano format z ośmiu do szesnastu drużyn. Wówczas jednak zwiększono tylko liczbę grup, a teraz nie tylko dodano dwie kolejne, ale umożliwiono awans czterem najlepszym zespołom z trzecich miejsc. – Tak niski wynik to właśnie efekt nowego formatu – ocenia Cox. – Prawie wszystkie niżej notowane drużyny starały się przede wszystkim bronić. Wyjątkiem są Węgry i może Turcja, choć w jej przypadku to nie przyniosło efektów. Ogólnie rzecz biorąc, mecze "otwarte", na wymianę ciosów zawsze będą faworyzowały drużynę lepszą, dlatego nieuniknione było to, że debiutanci i drużyny słabsze będą się chować – dodaje. Na to narzekali m.in. Niemcy, którzy po odpadnięciu krytykowali 24-zespołowy format.(…) Dominował futbol pragmatyczny, ostrożny.(…) To był turniej trenerów, którzy opracowali dobre plany gry. Niekoniecznie widowiskowe, ale skuteczne. Cox, podobnie jak wielu innych ekspertów, twierdzi, że rozszerzenie mistrzostw Europy do 24 drużyn przyniosło więcej wyrachowania. Bez tego być może nie byłoby takich historii jak Islandia czy Walia, jednak ucierpiał na tym poziom. Często mówi się, że w europejskim futbolu już nie ma słabych drużyn i różnice się zacierają. Jak pokazały mistrzostwa Europy, słabsi wciąż jednak wolą grać zachowawczo, skoro nawet trzecie miejsce w grupie może dać awans.”
Czyli perspektywa dosyć minorowa, gdyby trend się utrwalił na kolejnym turnieju dominowałaby nuda zamiast ekscytacji. To zdanie koresponduje z nastrojem Zbyszka, w mediach podobnie zdegustowany wydaje się być Maciej Szczęsny. Michał Pol jako kontrapunkt przywołuje bardzo udany Mundial w Brazylii. Ja się zastanawiam w którą to stronę pójdzie, to znaczy od skracania pola gry nie uciekniemy, czyli to co Zbyszka irytuje – 'gra podwórkowa', wszyscy blisko piłki na małej przestrzeni, od tego według mnie ucieczki nie ma, tylko że to obowiązywało już i dwa lata temu na turnieju który jest za ilość ciekawych, interesujących meczów chwalony.
Najgorszy turniej dla mnie który oglądałem i na którym według mnie zachowawczość i minimalizm w grze dominował w sposób absolutny to Mundial we Włoszech z 1990 roku. To był dla mnie przygnębiający obraz futbolu, ale jak się okazuje później nastały lepsze i ciekawsze czasy, zatem i teraz nie jestem pewien czy obecny trend z Euro się utrzyma.
Co do formuły z 24 zespołami, to przyznam ze jako małolat strasznie się na nią wkurzałem, nawet to że w 1986 skorzystaliśmy na niej mojego negatywnego nastawienia nie zmieniało. Awans z trzeciego miejsca w rywalizacji pośredniej po prostu uważałem za sportową niesprawiedliwość, nie można zrównywać punktów i bramek z meczów z różnymi zespołami. Przy tym jeśli trzecia drużyna z grupy się kwalifikuje to ranga meczów grupowych automatycznie musi zostać obniżona. To powodowało mój szczawikowy sprzeciw. Te zarzuty już u starego pryka też pozostają, ale człowiek też staje się z czasem bardziej … pragmatyczny, lub wyrachowany jak kto woli.
Za optymalną formułę dla mundialu uważałem obecnie obowiązujacą czyli tą z 32 zespołami, ośmioma grupami i z fazą pucharową od 1/8. W odniesieniu do Euro 16 drużyn wydawało się formatem satysfakcjonującym, przy tym przejrzystym, sprawiedliwym. Jest tylko jedno ale … większa ilość uczestników, to wzrost zainteresowania, zaangażowania w poszczególnych krajach również co za tym idzie większy dopływ gotówki. Biznes się kręci. Nie wydaje mi się żeby UEFA powróciła do 16-zespołowej formuły, czy na kolejnych turniejach większa ilość kopciuszków spowoduje stałe obniżanie poziomu, tego pewny jednak nie jestem.
Rozszerzenie Euro do 32 zespołów, to obniżenie rangi eliminacji dramatyczne, dla mnie kuriozum, do 16 zakładam powrotu nie ma, pozostaje ta 24 tylko że formuła z wychodzeniem z grupy z trzeciego miejsca jest idiotyczna. Z dwojga złego już bym chyba wolał początkowych osiem grup trzyzespołowych.
A kto niby miałby te rodzime analizy wypisywać? Perły polskiego dziennikarstwa piłkarskiego? Czyżby te same, które jeszcze chwilę temu z pełnym przekonaniem głosiły, że piłkarze prowadzeni na co dzień przez Kloppów, Guardiolów, Enerych i resztę nie będą w stanie zaakceptować autorytetu trenera rodem z RP?
@ Zbyszek:
Muszę Cię zmartwić. Publika się nie odwróci, bo ci nowi królowie wyraźnie jej się podobają. I to bez względu na Twoją opinię o jakości ich ciuchów.
A wiesz dlaczego się podobają? Bo stanowią powiew świeżości po latach faktycznej degrengolady w postaci zapasów wiecznie tych samych kilku ekip. Że ten powiew nie zadowala Twego koneserskiego poczucia estetyki? Cóż, trudno. Chciałbym tylko nieśmiało zauważyć, że najładniejsze bramki na tych Mistrzostwach strzelili Szwajcar z prowincjonalnego Stoke i bezrobotny Walijczyk, zaś zwycięską bramkę - też przedniej urody - w finale zdobył Portugalczyk z Lille. Czy ktoś, pardon, bronił gwiazdom Reali, Barcelon, Manchesterów i Bayernów pobić ich osiągnięcia? Czy ktoś siłą, bądź karalną groźbą powstrzymywał chłopców z reklamówek, tych wszystkich Hazardów, Rooneyów, Pogbów, Silvów et consortes przed lepszą grą? Aaa... nie powstrzymywał? No to o co chodzi?
Piłka gwiazdorska umiera, w jej miejsce odradza się piłka zespołowa. Ja, rzecz jasna, ani Ciebie, ani nikogo innego nie zmuszam, by się z tego cieszył, albo udawał, że mu się to podoba. Wiadomo: ogórki, córki, te rzeczy. Po prostu stwierdzam fakt. Fakt doskonale uwidoczniony choćby przez francuskich gwiazdorów, którzy po stracie gola w finale mieli bite dziesięć minut na odrobienie strat. A z doliczonym czasem to i kilkanaście. Spytam ponownie: czy ktoś im bronił zacząć wykorzystywać wolne przestrzenie boiska, zrobić użytek ze swych niewątpliwie niebagatelnych umiejętności technicznych i w ciągu tych dziesięciu minut stworzyć trzy-cztery groźne akcje zaczepne, potencjalnie zakończone przynajmniej bramką wyrównującą? No przecież, że nikt. A mimo to Les Bleus uciekli się do, ekhem, taktyki dobrze znanej z boisk okręgówki - laga wpieriod i a nuż coś się uda.
Jeszcze jedno: piszesz, Zbyszku, że o grających w peryferyjnych klubach Islandczykach, Walijczykach i reszty nikt nie słyszał i słyszeć nie będzie. Błąd. Już usłyszał i słyszeć będzie przez długie lata. O takich Grekach A.D. 2004 mówi się nadal po 12 latach i przypuszczalnie będzie się mówić do końca futbolowej historii. Podobnie o Walijczykach i Islandczykach. Zwłaszcza że - jak mniemam - czas sukcesów podobnych drużyn dopiero się rozpoczyna. Powiedz sam, tak szczerze: umiesz wymienić medalistów wszystkich wielkich imprez reprezentacyjnych? A - tylko bez góglania! - zwycięzców LM, LE i całą resztę tych pięciominutowych bohaterów kreowanych na potrzeby spotów reklamowych? No właśnie.
pees.
Anglicy się wdiablą? Ależ na zdrowie! Może wreszcie zrobią coś sensownego ze swym futbolem i - marne szanse, ale co tam - po 50+ latach coś (good heavens!) wygrają?
Co do formatu: on jest głupi. No po prostu. Głupi jak lewy trampek. Zwyczajnie nie da się w żaden racjonalny sposób obronić porównywania punktów zdobytych w meczach z różnymi rywalami. Tyle tylko, że:
1) Może i głupi, ale taki sam dla wszystkich. I wszyscy wiedzieli, na co się piszą, toteż jakieś karmelowe smarki po fakcie wydają mi się co najmniej niestosowne;
2) Poszukiwań powodów dobrych występów mniej okrzyczanych reprezentacji, czy też w ogóle ich obecności na Euro właśnie w formacie również nie da się racjonalnie obronić. Islandia, Walia, Irlandia Płn, Albania - wszystkie te drużyny zajęły co najmniej drugie miejsca w swych grupach eliminacyjnych, zatem na szesnastozespołowe ME też by przyjechały. Dodatkowo pierwsze dwie z w/w reprezentacji również "po bożemu" wyszły ze swych grup już na samym Euro;
3) Na formacie najbardziej skorzystał ostateczny Mistrz, który do 1/8 wśliznął się kuchennymi drzwiami. Prawda. Ale - spytam ponownie - czy ktoś komuś bronił działać w ten sam sposób, co Portugalia? Nikt. Każdemu wolno było rozsądnie gospodarować siłami, grać ekonomicznie i popełniać - zwłaszcza w fazie pucharowej - jak najmniej błędów. Niemcom format nie pasi, powiadasz? I to format kazał im sprezentować dwie bramki chaotycznym Francuzom, a wcześniej męczyć się z przeciętnymi Włochami, ja?
Ja z poszerzaniem turnieju i głupotą 'lewego trampka'
Wiecie które mistrzostwa wspominam najgorzej? Te z 2002 roku - z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że były trudno dostępne w telewizji, wielu meczów nie mogłem obejrzeć i miałem poczucie, że coś mnie omija. Po drugie dlatego, że sędziowie ordynarnie przepychali skośnookich gospodarzy przez kolejne rundy turnieju, co ci przyjmowali z odrażającą, bezmyślną euforią. Uroda meczów nie miała tu najzupełniej nic do rzeczy. A Iocosus pisze wyżej o Italii 1990. No fakt, pamiętam te remisy 0:0 i pozorowanie gry w wielu meczach. Ale i tak to są fantastyczne kibicowskie wspomnienia, człowiek był młody, chłonął wszystko jak gąbka, do dziś w pamięci mają swoje zasłużone miejsce gole Baggio z Czechosłowacją, Platta z Belgią, błąd Higuity z Kamerunem, piłkarze tacy jak Milla, Caniggia czy Lacatus.
Poziom, piękno? Pewnie, wolałbym, żeby były bramki, dramaty, dogrywki jak w turniejach z lat osiemdziesiątych. Ale nie będę udawał, że brak tego wszystkiego (coraz łatwiejszy do przewidzenia) jakoś obniża przyjemność, którą czerpię z futbolu i apetyt na kolejne wielkie turnieje reprezentacyjne. Otóż nie obniża, nie obniża nawet o promil.
Pewnie że odnośnie futbolowych wielkich wydarzeń wrażenia kibicowskie w kwestiach nazwijmy to estetyczno-emocjonalnych będą subiektywne, zakładam że Koreańczyków z Południa i tak nikt nie przekona że turniej z 2002 roku nie był wspaniały. Subiektywnie to nigdy wcześniej, ani nigdy później tak mocno nie kibicowałem Turkom i właśnie im życzyłem wygranej w meczu o trzecie miejsce. W własnym subiektywnym odbiorze to również stwierdzę że mistrz z 2002 roku był godny, mógł porwać, oczarować zagraniami, indywidualnościami, improwizacją, kreatywnością, posiadał mistrzowski potencjał taki który spełniał moje kibicowskie oczekiwania, a ten z 1990, no cóż był „maszyną” skuteczną do bólu, za to uznanie, ale zauroczyć to mnie nie zauroczył, jakże odmienne wrażenie od tego które miałem wobec mistrza z 2014 roku. Czołgający się do finału wicemistrz z 1990 to przykre zestawienie z mistrzem z 1986, niby to samo a jednak nie to samo, później w 1994 w fazie grupowej byłem pod dużym wrażeniem odmiany i jak fajnie grają, czar prysł jednak wiadomo w którym momencie. W subiektywnej hierarchii to jeszcze dodam że tego mistrza z 2002 cenię i poważam dużo bardziej od tego z 1994, ten późniejszy był bardziej zgodny z ‘genotypem’, ten z amerykańskiego turnieju tak jakby mu się trochę sprzeniewierzał. (Dunga w grze zespołu okazywał się ważniejszy od Romario z Bebeto)
Gawin: „Poziom, piękno? Pewnie, wolałbym, żeby były bramki, dramaty, dogrywki jak w turniejach z lat osiemdziesiątych.” – mhm, ja naprawdę byłem usatysfakcjonowany ostatnim Mundialem, pod względem ilości ciekawych meczów uznaję go za jeden z najlepszych jakie dane było mi śledzić. To był dowód że dzisiejszy futbol mimo Zbyszka zastrzeżeń może być również ciekawy, ekscytujący. To że teraz po Euro trochę kręci się nosem na taktyczną zachowawczość nie oznacza moim zdaniem że koniecznie znaleźliśmy się na „stałej krzywej opadającej”.
To jest nawet na swój sposób fajne, gdy po ofensywnej Francji mistrzem zostaje defensywna Grecja której największą gwiazdą i indywidualnością był „król Otto”, a następnie sukcesorem ‘helleńskich hoplitów w szyku obronnym’ zostają hiszpańscy dominatorzy z tikitaką rozmontowujący każdy mur i to na przestrzeni dwóch turniejów. Teraz mamy Portugalczyków Fernando Santosa, no i właśnie, przed czempionatem wydawało się ze jeżeli Portugalczycy mają triumfować to pod patronatem opatrzonym przydomkiem CR7, a tu surpriza, mimo że ten bardzo się starał wchodzić i w rolę trenera, motywacyjnego znaczenia mu nie odbieram, na boisku z Węgrami i z Walią też piłkarską klasę potwierdził, ale … ale Mistrz Europy 2016 to będzie według mnie Portugalia Fernando Santosa. Można się zastanawiać i dywagować czy na podobnym pułapie jak onegdaj Króla Otto Rehhagela? Ponownie subiektywnie wolę mistrza z 2016 od tego z 2004, mimo pewnych przypisywanych wspólnych taktycznych proweniencji.
Albiceleste, mnie na wątrobie nie leży ilość drużyn w finałach Euro. Za anomalię uważałem gdy było ich 4 lub 8 i na Euro było się dostać dużo trudniej niż na Mundial. Przy tym na przestrzeni lat Europa nam się ‘rozrosła’ to tez trzeba brać pod uwagę, zatem wzrost z 16 do 24 jest dla mnie do przyjęcia, ale ten „lewy trampek” w odróżnieniu od Gawina mnie jednak uwiera. Bynajmniej nie dlatego że na tym skorzystała Portugalia, Albiceleste wspomnij ja taki scenariusz prorokowałem dla Polski, zawodzimy i czołgamy się w grupie, awansujemy z trzeciego miejsca, a później mamy dwa super mecze i jesteśmy w półfinale.To wieszczyłem Polakom, ale Portugalczycy to zrealizowali. W grupie z Węgrami wyciągnęła ich za uszy z opresji Krystyna, za to później zakładam że Fernando Santos wbrew powszechnym negatywnym opiniom uznaje mecz z Chorwacją za najlepszy w wykonaniu swoich podopiecznych na Euro. W następnym nie mogli tego powtórzyć bo musieli prawie od pierwszej minuty gonić wynik z ekipą doskonale zorganizowaną w defensywie, która wcześniej mistrzom świata pozwoliła na oddanie jednego groźnego strzału, a na dodatek posiadała indywidualności w ataku, co na początku spotkania się potwierdziło. Portugalczycy w ćwierćfinale znaleźli się pod ścianą, byli w bardzo niekorzystnej sytuacji ale potrafili z niej wyjść, czyli drugi mecz na duży plus. Półfinał bez Aarona Ramseya w szeregach rywali to był miły podwieczorek w zestawieniu z dwoma poprzedzającymi go meczami. Portugalia zrealizowała „moje proroctwo” dla Polski i nie mam akurat do niej pretensji o awans z trzeciego miejsca tak jakbym nie miał i do naszej repry, ale … „trampek” mnie uwiera. To jest jednak w zasadach sportowa skaza, wolałbym już jak napisałem 8 grup z trzema drużynami, choć to też niesie ze sobą problemy i to wielkie, czyli tak źle i tak niedobrze. W tym grymaszeniu zwrócę uwagę że dodatkowa runda pucharowa w Euro to według mnie pozytyw, osiem dodatkowych meczów z gatunku unforgiven, mam zgrzyt z dochodzeniem do tej fazy.
Na koniec dygresja związana z „rozrostem” Europy. Otóż jak patrzyłem na Hiszpanów, to przemknęła mi przez głowę myśl, że może by i nie było źle na czempionacie zobaczyć reprezentacje i Katalończyków i Basków. Nie graliby zapewne gorzej od Walijczyków.
To nie Francja czy Włosi pobili serca ludzi ( celowo nie piszę kibiców ) a Islandia i to jest piękne.
Te turnieje są dla ludzi a nie dla fachowców typu pan Zbyszek i mam nadzieję że tak zostanie.
We Francji doskonale było widać różnicę. "Kibice " napierdalali się pod stadionami a kibice fajnie bawili się na.
I już na koniec jak czytam wszelkiej maści fachowców znawców itp itd którzy piszą że Portugalia to najsłabszy zespół, nie zasłużył to mnie krew zalewa i walnął bym takiego znawcę prosto w ryja.
w ogóle cała ta dyskusja nad estetyką mistrzostw wywołuje we mnie poważne zdziwienie.
We mnie nie, ale to chyba tylko dlatego, że już się przyzwyczaiłem. Generalnie co dwa lata rozlewa się pokaźnych rozmiarów fala jojczenia o tym, jaki to ten futbol reprezentacyjny bezguściasty, nudny, nie-to-co-kiedyś i w ogóle do rzyci, no i generalnie dawać nam tu znowu Lygę Myszczów i Ligę-Którą-Wszyscy-Kochamy! Mam nawet swoją teorię odnośnie źródeł tej fali
Otóż po pierwsze, działa zawsze modny "paniedzieizm". Wiadomo: drzewiej trawa była zieleńsza, słonko mocniej świeciło, a za biust Haliny spod ósemki człek byłby gotów zabijać. A dzisiaj? Paaanie dzieeeju! Nie chcę nikogo obrażać (a już najmniej kol. Zbyszka), niemniej taki właśnie ton bardzo mocno mi pobrzmiewa w opiniach wszystkich narzekaczy.
Po drugie, co faktycznie jest dziś, a czego kiedyś nie było, to przesyt piłki. Kiedyś taki Mundial, czy Euro to było święto. Futbolowe bachanalia. Człowiek po kilka godzin dziennie siedział przed telepudłem i obżerał się tą kopaną do porzygania. A przynajmniej mógł. Dziś takie bachanalia można sobie zafundować 24/7 przez okrągły rok. Kawior, chochla, wiadro, te rzeczy.
Po trzecie wreszcie, a ściśle z drugim związane, taki przesyt wykreował wielu "znawców", których medialne istnienie jest nierozłącznie powiązane z piłką ligową. Oglądają chłopaki (i dziewczyny) setki meczów tygodniowo i przerabiają je na cyferki. Tyle to, a tyle podań takich, tyle siakich. Tyle to, a tyle wślizgów, tyle odbiorów, tyle procent posiadania, tyle ataków lewą, tyle prawą, a tyle środkową. Tyle euro/funtów wydanych przez ten klub, tyle zarobionych przez tamten, tyle straconych przez siamten. Etc., etc., etc. Rozrzucają potem te cyferki przed zbaraniałym widzem/czytelnikiem i w oparciu o nie budują iluzję swej mądrości. I dopiero na takim Euro widać, jak bardzo ta ich "mądrość" jest bezużyteczna. Nic dziwnego, że średnio im się to podoba.
@ Iocosus:
Co do formatu jeszcze: mnie się 16 zespołów podobało. To akurat tyle, żeby nadać sens grom eliminacyjnym, a jednocześnie umożliwić maluczkim powalczenie o awans. Zresztą, a propos tych ostatnich, wydaje mi się, że maluczcy sami wyprzedzili reformatorów i postanowili pohasać nie pytając ich o zgodę ani pomoc. No i przy 16 zespołach system rozgrywek był bajecznie klarowny.
Przy 32óch zespołach eliminaceje tracą sens. Przy 24ech mamy lewy trampek. * grup po 3 zespoły? No niby bardziej sensownie, ale w tym wypadku "bardziej" nie oznacza "bardzo". Chociażby diametralnie różny czas odpoczynku dla poszczególnych drużyn zdecydowanie mi się nie podoba.
@ Senator:
Nie wiem dlaczego "o dziwo". Ja tam byłem pewien, że na tym polu świetnie się dogadamy
To faktycznie był turniej dla ludzi. Ludzi, którzy chcą oglądać sport i się nim cieszyć, a nie rozbierać go na czynniki pierwsze. I oby takich więcej.
Nie chcę powtarzać argumentów redaktora naczelnego PS, który we wczorajszym numerze zamieścił artykuł zatytułowany : "Ratujmy EURO" kończący się słowami "ktoś powinien zatrzymać to szaleństwo".
To nie jest tęsknota za przeszłością,ale też nie ma w tym niczego z chwalenia każdej głupoty i każdego badziewia. Każdy widział,że najlepsi piłkarze globu byli przemęczeni i za przeproszeniem w dupie mieli granie na takiej dętej imprezie. Nic a nic ich nie martwiło,że odpadali i przegrywali ze słabeuszami.
Media nam wmawiały,że to sól życia, a to fetor . Bo impreza zdycha i wydziela taki smrodliwy zapach.
W tym kontekście odczuwam po występach naszej drużyny niedosyt. Przed imprezą to co ugrali wziąłbym w ciemno,ale po niej już nie. Ale trzeba było wyciągnąć wnioski,że najlepiej prezentowali się ci, którzy najmniej grali/ Błaszczykowski, Pazdan, Mączyński/, a najgorzej ci, którzy grali najwiecej/ Lewandowski. Piszczek/ i postawić na tych pierwszych. Tylko czy w tym o to chodzi. Ja w każdym razie obrońcą rozkładającego się truposza nie będę.
Nie chcę powtarzać argumentów redaktora naczelnego PS
Nawet gdybyś chciał, nie bardzo miałbyś co. Lubię Michała jako człowieka i cenię go jako dziennikarza, niestety w tym jego ostatnim kawałku argumentacji to akurat było jak na lekarstwo.
Ot, powtórzone jęki przegranych Niemców, którzy - sw. dr. zupełnie nie w swoim stylu - przyczyn porażki szukają w jakimś tam formacie, a nie w tym, że z (również sobie niezwyczajną) hojnością podarowali w półfinale dwa gole Francuzom. Albo utyskiwania, że nie da się wybrać piłkarza Euro. Mnie to się akurat bardzo podoba. Znaczy że grano w piłkę, sport zespołowy, a nie uprawiano jakieś indywidualne popisy.
Każdy widział,że najlepsi piłkarze globu byli przemęczeni i za przeproszeniem w dupie mieli granie na takiej dętej imprezie. Nic a nic ich nie martwiło,że odpadali i przegrywali ze słabeuszami.
1) Hmmm... W dupie mieli granie na Euro? To wiesz co? Ja też - i mam wrażenie, że absolutnie nie tylko ja - w dupie mam takich najlepszych piłkarzy. Nie podoba się? Fora ze dwora. Zabierać grabki i łopatki i wracać do tych swoich Barcelonek i Manchesterków, na zdrowie.
2) O niejakim Cristiano Ronaldo da się wiele rzeczy powiedzieć, ale trudno zaprzeczyć, że jest to jeden z najlepszych piłkarzy globu. Nie tylko obecnie, w całej historii kopanej. Co więcej, krążyły ongiś o nim pogłoski, że gdy kolega z drużyny strzeli gola, to on się nie cieszy, tylko wścieka, że mu nie podał. Wypadałoby przypuszczać, że taka gwiaździocha odniósłszy kontuzję w finale dopiero będzie miała w dupie. Niechybnie zejdzie od razu do szatni i nawet się nie pożegna, tylko zabierze rzyć w troki i od razu poleci na wakacje. A tu popatrz, CR został z drużyną i bardzo emocjonalnie przeżywał rozgrywkę...