- Kategoria: Wokół boiska
- gawin76
Radomiak - Legia 1-1: Kopanina na kartoflisku
Legia nie przegrała kolejnego ligowego meczu, ale punkt przywieziony z Radomia nie jest zdobyczą, która mogłaby wywołać zadowolenie. W piątkowy wieczór oglądaliśmy słabe widowisko, w którym obie bramki padły przed upływem dziesiątej minuty gry. Trafienie dla Legii zanotował Pankov.
Skład Legii wyglądał następująco: Hindrich – Piątkowski, Augustyniak, Pankov – Chodyna, W. Urbański, Biczachczjan, Elitim, Kun – Adamski, Rajović. Gospodarze rozpoczęli w składzie: Majchrowicz – Ouattara, Kingue, Diéguez, Wilson-Esbrand – Grzesik, Camará, Wolski, Baró, Luquinhas – Maurides.
Legia nie zdążyła jeszcze dotknąć piłki, a już było 1:0 dla Radomiaka. Gospodarze szybko wywalczyli rzut wolny, po którym strzał oddał Luquinhas. Uderzenie Brazylijczyka zostało zablokowane i piłka wyszła na rzut rożny. Wolski dośrodkował na głowę Mauridesa, który umieścił piłkę w bramce. Legia ruszyła do odrabiania strat i w 7. minucie było 1:1. Pankov wykorzystał dośrodkowanie Elitima z rzutu rożnego i nie dał szans Majchrowiczowi. W 11. minucie szybki atak Legii mocnym strzałem zakończył Rajović. Majchrowicz odbił piłkę. W 27. minucie na bramkę gospodarzy uderzył Adamski. Strzał był soczysty, ale trafił wprost w Majchrowicza. W 41. minucie mocny strzał Biczachczjana poszybował nad bramką Radomiaka. W 43. minucie kolejny celny strzał na bramkę gospodarzy posłał Adamski i znów górą był Majchrowicz. W 45. minucie minimalnie z dystansu pomylił się Elitim.
Do przerwy było 1:1. Legia grała w bezpośredni sposób i stworzyła znacznie więcej sytuacji niż Radomiak, ale wynik meczu pozostawał sprawą otwartą.
Początek drugiej połowy przebiegał pod znakiem chaosu z obu stron. Żadna z drużyn nie była w stanie poprawnie panować nad piłką na fatalnej murawie w Radomiu. W 65. minucie na boisku pojawił się Nsame, który zastąpił Rajovicia. W 73. minucie Wolski uderzył niecelnie z wolnego. Po tym stałym fragmencie Szymański i Krasniqi zastąpili Urbańskiego i Biczachczjana. W 80. minucie Wszołek i Reca zmienili Chodynę i Kuna. W 83. minucie po krótkim rozegraniu rzutu rożnego zmiennik Baldé trafił w słupek. W 86. minucie dobrą okazję miał Nsame, ale Majchrowicz obronił uderzenie naszego napastnika. W 88. minucie żółtą kartkę ujrzał Elitim. Wynik nie uległ już zmianie.
Druga połowa piątkowego meczu była bardzo słaba w wykonaniu Legii i to musi dać Markowi Papszunowi do myślenia. W przerwie trener Ramírez zareagował na boiskowe wydarzenia, Radomiak całkowicie zniwelował atuty naszej drużyny, a kolejne zmiany w drużynie gospodarzy korzystnie wpływały na grę zespołu z Radomia. Tego nie da się powiedzieć o Legii, która kontynuowała grę w jednostajnym tempie, nie potrafiąc przejąć kontroli nad meczem, a jednym zmiennikiem, który w jakikolwiek sposób zaznaczył swoją obecność na boisku, był Nsame.
Legia nie wygrała wyjazdowego meczu w lidze od lipca zeszłego roku i jeżeli mamy pozostać w Ekstraklasie to i ta passa musi zostać jak najszybciej przerwana. Kolejny ligowy mecz czeka nas w przyszłą niedzielę, kiedy do Warszawy przyjedzie Raków.


Mieliśmy swoje okazje na zwycięskiego gola, Nsame nie wykorzystał "piłki meczowej", ale i Radomiak zaliczył słupek a po straconej bramce raczej byśmy się już nie podnieśli.
Nie byliśmy w stanie przejąć kontroli nad wydarzeniami boiskowymi, co gorsze, odnosiłem w drugiej połowie wrażenie bezsilności, nieporadności i niestety akceptacji takiego stanu rzeczy. Nie wyglądało jakbyśmy grali z nożem na gardle, a przecież tak właśnie jest i to mnie dziwi najbardziej. Bez determinacji, grając tak jak wczoraj, to my z tej ligi faktycznie spadniemy. Po meczu spostrzegłem uśmiechy u niektórych graczy, tak jakby ten mecz o niczym nie ważył, nie przesądzał, ot kolejna ligowa proza życia, no i pozornie faktycznie tak jest, tragedii nie ma, jak nie można meczu wygrać to trzeba go zremisować i tak się przecież stało, ale ... ale grając tak jak wczoraj możemy obudzić się z ręką w nocniku, a zaklecia w rodzaju, że Legia nie może spaść z ligi mogą okazać się psu na budę warte.
Jeżeli naszym najlepszym zawodnikiem, najbardziej aktywnym i odważnym w grze jest piłkarz sprowadzony "za frytki" z rozgrywek o szczebel niżej, piłkarz który nie dawno odbił się od Ekstraklasy w Warcie Poznań, to chwała i uznanie dla niego, ale niezbyt to dobrze świadczy o pozostałych jego kolegach. Takiej intensywności gry i zaangażowania oczekiwałbym od wszystkich.
Po tym co było wczoraj nie wyobrażam sobie żeby Rajović nie usiadł na ławce, wypada się modlić o jak najszybszy powrót Wszołka do formy ponieważ Chodyna powrócił do "dyskretnych występów". W pierwszej chwili myślałem że to Rafał Augustyniak zawalił bramkę, ale w powtórkach okazało się że to jednak Wojtek Urbański dał się oszukać i został wyprowadzony w pole. Niech sobie wszyscy pomstują na Kapustkę, ale bez niego gra Legii nie wygląda lepiej, wręcz przeciwnie.
Piłkarze mówią że teraz każdy mecz to "finał", ale tego nie widać, jeżeli w każdym spotkaniu nie zaczniemy grać jak o życie, z świadomością noża na gardle to spotka nas to co niewyobrażalne.
Pankov ma tę fajną zdolność zdobycia głową gola stojąc tyłem do bramki przeciwnika. Z Broendby to samo zrobił. To trudne zagranie.
Potwierdziło się, że Majchrowicz na linii jest dobry. Strzały Legia oddawała bez zarzutu, ale jednak nie wystarczyły. Może gorszy na linii bramkarz by chociaż raz puścił.
Po dwóch dosyć niewyraźnych meczach, tym razem Rafał Adamski całkiem fajnie pod bramką rywala. Duża siła i dynamika.
Kacper Chodyna znikł w grze do przodu. Może to chodzi o to, co sygnalizował Dalkub po Jagiellonia - Legia: ma być bardziej efektywny w bronieniu. Był, ale kosztem atakowania.
Niech ludzie mówią, co chcą o Kapustce, ale ja uważam, że to poważna strata, że wypadł ze składu. Mi on dawał poczucie większej stabilności w grze. Przynamniej głupot takich, żebyśmy stracili gola, na boisku nie popełniał.
Łatwiej już nie będzie. Do końca sezonu.
Teraz Raków. Oby musieli rozegrać wyczerpujący mecz w czwartek w LKE i przyjechali, odczuwając trudy.
Dziwna liga - rok temu Legia przegrała w Radomiu 1-3 po jednym z najgorszych meczów w sezonie i popisach Barcii i Kovacevicia. Ale wtedy to my byliśmy wyżej w tabeli. Teraz gra nie taka najgorsza, a widmo spadku wciąż realnie stoi przed nami.
Dobrym przykładem i wyznacznikiem gry Legii jest wcześniej wspomniany Adamski. Chłopak przychodzi z zaplecza ekstraklasy i ambicją na boisku może obdzielić pół drużyny. O co tu chodzi? On może biegać, gryźć trawę, a gdzie jest reszta tych piłkarzy? To jest z małymi wyjątkami bezjajeczna zbieranina hobby players, którzy wychodzą na boisko odwalić pańszczyznę i nic więcej.Niektórzy po meczu byli uśmiechnięci, żadnej sportowej złości, dramat.
W poprzednim meczu bramkę strzelił ten na którego nie liczyłem, a w tym nie strzelił ten, na którego liczyłem - Nsame, choć on daję nadzieję na lepszą grę, w przeciwieństwie do Rajovica.Sytuacja stała się jeszcze bardziej trudna i to na własne życzenie.
Papszun kraje jak mu materii staje. Ustabilizował obronę, wkomponował nowego bramkarza, odkurzył Kuna, wykorzystuje entuzjazm i wybieganie Adamskiego. Ale to w jaki sposób my gramy, jakie osiągamy wyniki, z jak ogromnym trudem zdobywamy jakiekolwiek punkty, to wszystko pokazuje jak źle jest w Legii i jak głęboko wrośnięty jest ten problem. To jest wręcz niepojęte, że za takie pieniądze można było zbudować tak ograniczony piłkarsko zespół, z tyloma zawodnikami, którzy są pod każdym względem do bólu przeciętni. A kolejne problemy potencjalnie na horyzoncie. Obrona co prawda ustabilizowana, ale trudno będzie uniknąć urazów i zawieszeń, tymczasem w odwodzie tylko weteran Jędza i młokos Leszczyński, bo Kapuadiego przecież trzeba było sprzedać, żeby ratować fantazyjnie rozdęty budżet. Ciężar gry w środku pola miał spoczywać na Kapustce i Elitimie, Papszun jest kolejnym trenerem, który nie widział innego wyjścia, przecież to nasi najlepsi piłkarsko pomocnicy. Tylko że, z całym szacunkiem dla Bartka, opieranie na nim czegokolwiek długofalowo to nic więcej niż życzeniowe myślenie, nie dlatego, żeby brakowało mu umiejętności, inteligencji, ambicji czy charakteru, tylko dlatego, że zwyczajnie brakuje mu zdrowia. A co jeżeli wypadnie też Elitim?
Tutaj trzeba ze wszystkich sił walczyć dosłownie o każdy punkt, nie ma mowy o tym, żebyśmy szybko przeskoczyli gdzieś w górę tabeli, to jest zupełnie inna sytuacja niż za Vuko, inna liga, inna Legia. Jeżeli się utrzymamy, to wtedy może przyszły sezon stworzy nowe opcje, może nastąpią roszady personalne spójne z wizją Papszuna, może Legia zdecydowanie się odbije. Ale póki co trzeba mocno trzymać kciuki, żeby ten statek jednak jakoś utrzymał się na powierzchni, bo tam wszystko nadal kurde trzeszczy i przecieka.
Niemniej ślad jego działalności w postaci postępującej Portugalizacji Radomiaka pozostał. Był bowiem trzecim trenerem po kolei po Bruno Baltazarze i Joao Henriquesie, który był Portugalczykiem. Dodajmy ,że Dyrektorem Sportowym Radomiaka jest także Portugalczyk Antonio Ribeiro. Kibice średniego pokolenia pamiętają jak w 2002 roku Jose Mourinho objął zespół FC Porto ogłosił ,że go sportugalizuje , bowiem w I drużynie grało tylko 2 graczy z Portugalii, a kiedy w 2004 roku wygrywał LM to z Portugalii byli : bramkarz ( Victor Baia) , cała obrona ( Ferreira, Costa, Carvalho,Valente) , pomoc ( Coutinho, Mendes, Maniche) ,a w reprezentacji Portugalii grał urodzony w Brazylii ofensywny pomocnik Deco. Tylko dwaj napastnicy ( Carlos Alberto i Derei) byli Brazylijczykami.
Podobny proces zaszedł w Radomiaku , bowiem przed zatrudnieniem Feio w zespole było 3 graczy wywodzących się z klubów portugalskich ( Quatara, Capita i Balde) ,a Dyrektor Sportowy sprowadził jeszcze : Depu, Camarę, Mauridesa, Baso, Blasco i Lopesa oraz ulubieńca Feio Luquinhasa.Tym samym w zespole może grać 9 "Portugalczyków "oraz dwóch Polaków : Majchrowicz w bramce i Rafał Wolski jako rozgrywający.
Przed 24 laty objęcie Porto przez Mourinho , jak i reprezentacji Portugalii przez trenera Scolariego sprawiło ,że jak to ujął Brazylijczyk "Dni joga bonita - pięknej gry się skończyły". Zaczęła dominować dyscyplina taktyczna , a zespoły grały defensywnie.Miejsce urody zajęły efektywność i skuteczność. Nie przeszkodziło to we wprowadzeniu do zespołu Portugalii tej klasy napastników co Ronaldo, Rivaldo i Ronaldinho. Obaj i Scolari i Mourinho potrafili zjednoczyć zespoły , tak , aby indywidualności grały dla drużyny i dzięki temu błyszczały. Jest to jedna w kilku cech charakteryzujących trenerów szkoły portugalskiej, że zawodnicy darzą ich szacunkiem i radują się atmosferą panującą w zespole wytworzoną przez trenera.
Mourinho od początku swej pracy trenerskiej , jeszcze jako asystent Robsona w Barcelonie , nie miał dobrej prasy, gdyż zachowywał się agresywnie wobec działaczy, sędziów, rywali oraz dziennikarzy . Jeden z dziennikarzy pisał o tym tak :"Mourinho irytował ludzi od początku. Jak jesteś Cruyffem możesz być arogancki i wyniosły , co innego, gdy jesteś nikim. Robsonowi wyszłoby na dobre , gdyby jego zastępca potrafił zręczniej obchodzić się z ludźmi.". W Barcelonie Robson koncentrował się na ataku,a Mourinho jak sam mówił :" Nie podważając prymatu ofensywnej piłki próbowałem lepiej poukładać drużynę, a lepsza organizacja gry musiała mieć swe źródło bezpośrednio w grze obronnej".
Trener Feio identycznie postrzegał pracę z zespołami Motoru, Legii i Radomiaka, przy czym z tym ostatnim wyraźnej poprawy gry obronnej nie zanotował.
Kolejną cechą charakterystyczną dla trenerów "portugalskich " jest dbałość o strukturę zespołu co potwierdza stale powtarzane wyrażenie :" Doskonale systematyczny i automatyczny model gry" . W Portugalii od 90 lat , od wydania przez wybitnego trenera Candido de Oliveiry książki " Piłka nożna. Techniki i taktyki" oraz poszerzenia jej tematyki w 1949 roku w książce "Ewolucja taktyki piłkarskiej" struktura gry była stałym przedmiotem nauki. Oliveira od dziennikarzy sportowych wymagał , aby nie tylko dostarczali czytelnikom informacji i rozrywki ,ale także ich edukowali .
Kontynuatorem myśli Oliveiry był Bela Gutman, który wylansował prymat systemu nad indywidualnościową błyskotliwością , co równolegle w Interze krzewił Helenio Herrera.
Z tych idei wyrosła szkoła portugalska , której kolejny etap Mourinho skwitował tak :" Dla mnie najistotniejszym aspektem przy prowadzeniu drużyny jest posiadanie modelu gry zbioru zasad, które gwarantuje organizację ".
Portugalczycy ,a konkretnie prof. Uniwersytetu w Porto Victor Frade są autorami tego co nazywa się periodyzacją taktyczną wedle której każda jednostka treningowa ma zawierać trening fizyczny, techniczny, taktyczny i mentalny . Lecz samo takie założenie nie przyniesie postępu w grze zespołu ani w rozwoju zawodnika. Chodzi o to ,aby trener wprowadzał stale nowe elementy, na tyle złożone , aby mieć pewność ,że piłkarze będą ciągle skoncentrowani . Wielu trenerów ma tak ubogi warsztat,że nie są w stanie doskonalić procesu treningowego, a kto stoi ten się cofa
Praca na treningach powinna przypominać sytuacje meczowe ,a trener jest po to ,aby pomagać zawodnikom rozwiązywać je w sposób korzystny dla zespołu .
Dla szkoleniowców portugalskich niezwykle ważne było ,aby trenerzy przygotowania fizycznego przygotowywali zawodników do realizacji założeń taktycznych , a nie aby prowadzili je sobie i muzom. W Legii na tym tle doszło do konfliktu Feio z postawionym na czele działu motoryczno-medycznego przez prezesa Mioduskiego Bartoszem Bibrowiczem. Trener domagał się aby zawodnicy byli w stanie przemieszczać się dynamicznie na dużej szybkości ,na krótkich odcinkach , zaś Bibrowicz stosował metodę równomiernego rozłożenia akcentów motorycznych na wytrzymałość, szybkość wytrzymałościową oraz szybkość lokomocyjną . O różnicach w metodyce treningu motorycznego napisałem w eseju " W zdrowym ciele zdrowy duch". Prezes Mioduski , który zakolegował się z Bibrowiczem. mimo,że Feio miał całkowitą rację stanął po stronie kolesia. Nie tylko taktyka Feio przy takim przygotowaniu do maratonów ,a nie sprintów nie mogła wybrzmieć,ale i taktyka oparta na intensywności Iordanescu nie miała podbudowy w procesie treningu fizycznego. To kolesiostwo zamiast profesjonalizmu gubi naszą piłkę ,a w tym wypadku Legię. Podobnie prezes Mioduski obraził się na Vukovicza i mimo,że to on powinien zastąpić Iordanescu ze szkodą dla klubu na ten krok się nie zdobył. Piszę o tym , mimo,że cenię trenera Marka Papszuna,ale jego koncepcja gry nie pasuje do Legii jako wielkiego klubu ,ale też stawia poza nawias wielu sprowadzonych do klubu zawodników z niezłym CV.
Trener Papszun wobec Bibrowicza zrobił unik w ten deseń,że trenerzy przygotowania fizycznego Michał Garnys i Sebastian Lopes są jemu podporządkowani a "szef " tylko opiniuje ich plany.
Podobnie Feio miał słuszne pretensje do sztabu medycznego ,że dopuszcza do zakupu piłkarzy wyeksploatowanych, zaniedbanych fizycznie, z nadwagą i ukrytym potencjałem urazowym np. w postaci milimetrowej grubości ścięgna Achillesa o którym wiadomo,że przy dużym wysiłku musi się zerwać.
Następnym elementem szkoły portugalskiej były znakomicie przygotowane materiały analityczne przy czym trenerzy byli na tyle dobrze przygotowani do wnioskowania ,że obiektywizowali dane wybierając np. schematy rozegrania , udział poszczególnych graczy w strukturze sieciowej , ilość sekwencji , zagospodarowanie faz przejściowych oraz przestrzeni itp.Trener Feio zaczynał jako analityk w Legi i będąc samodzielnym trenerem doceniał role analiz w przygotowaniu zawodników do meczu , a głównie szło o to ,aby zawodnicy nie byli zaskoczeni tym jak gra przeciwny zespół i jak zachowują się zawodnicy rywala.
To co powyżej napisałem pozwala stwierdzić ,że Mourinho był profesjonalistą , natomiast Feio poszedł o dwa kroki za daleko stając się perfekcjonistą. Nasz obecny trener stara się być profesjonalny . To rozróżnienie jest ważne , gdyż z góry można było założyć ,że zatrudnienie Feio w takim Radomiaku to był wiel-błąd , bowiem tam nic nie działa na wysokim poziomie , bo w Radomiaku zasadą jest "jakoś to będzie ", "jeszcze nigdy tak nie było ,żeby jakoś tam nie było". Mnie zadziwiło ,że kierownictwo Radomiaka nie zdawało sobie sprawy ,że tej klasy trener, z tak silną osobowością nie będzie tolerował chaosu i tumiwisizmu. Lecz Feio też powinien wreszcie uświadomić sobie ,że ze swoim spaczonym charakterem nie nadaje się do firmy w której nic do niczego nie pasuje.
Jeszcze 30 lat temu w Słowniku Psychologicznym Roberta Silamy ( Francuz) pod hasłem perfekcjonizm można było znaleźć taką definicję :" Dążenie do doskonałości. Ta tendencja do osiągnięcia nieosiągalnego może przerodzić się w obsesję, osoba nigdy nie jest zadowolona z tego co robi , co sprawia ,że wątpi w swoją wartość, wykazuje skłonności do wycofania się z wszelkich poczynać , gdzie w grę wchodzi konkurencja . Według prof. Hornego perfekcjonizm jako oznaka nieprzystosowania do rzeczywistości pozostaje w związku z nadmierną miłością do samego siebie ( narcyzm)".
Bardziej współczesna definicja zawarta jest w The Gale Encyclopedia of Psychology i wskazuje na związki pomiędzy perfekcjonizmem a ADHD oraz zaburzeniami obsesyjno- kompulsacyjnymi (OCD) i osobowością pedantyczną.
Obecnie perfekcjonizm określa się jako tendencję do wyznaczania sobie ( lub/ i innym ) nierealistycznie wysokich standardów funkcjonowania , łącznie z niemożnością zaakceptowania błędów czy niedoskonałości . Perfekcjonizm uwzględnia dwa elementy : niezwykle wygórowane standardy oraz zachowania dążące do ich spełnienia bez błędów. Jednak wysokie standardy kłócą się z możliwością ich realizacji : "tak bardzo się staram ,że ciągle jestem w stresie' co staje się przeszkodą na drodze do jego osiągnięcia.
W związku z obsesyjnymi wysiłkami i bardzo wysokimi standardami , perfekcjoniści , jeżeli posiadają dodatkowo pewne talenty mogą zostać wybitnymi sportowcami czy muzykami. Równie często mogą wypadać poniżej możliwości. Jedną z ich wad jest myślenie zero-jedynkowe , uważanie ,że istnieje tylko jeden właściwy wybór ,a wszystkie inne są błędne.
W tzw. opinii społecznej perfekcjonizm to cecha , która jest postrzegana jako pozytywna.
Jest to pogląd powierzchowny, gdyż po pierwsze : perfekcjonista jest stale z czegoś niezadowolony, kontroluje otoczenie ,aby robiło to co on chce , nie jest w stanie dzielić się obowiązkami z obawy,że ktoś inny wszystko zepsuje.
Po wtóre : stale porównuje się do innych uważając,że są lepsi ,ale w kontaktach zachowując pozory równości ukrywając,że tych innych uważa za ignorantów. Po trzecie : odczuwa paraliżujący strach przed porażką . Woli bierność, wycofanie się niż przyznanie się do błędu , do porażki. Po czwarte : koncentruje się nadmiernie na detalach co przejawia się np. na sporządzaniu drobiazgowych list, rzeczy do zrobienia oraz chorobliwej skrupulatności i punktualności.Po piąte ; wykazuje nadmierną skłonność do samokrytyki co często prowadzi do uzależnienia od pochwał, na które reaguje bardzo emocjonalnie ,a krytykę uznaje za naruszenie jego godności .
Wiele osób o skłonnościach perfekcjonistycznych dotykają różnego rodzaju zaburzenia od bólu głowy po depresję.
W moim przekonaniu jedynym klubem, w którym Feio mógłby funkcjonować jest Legia,ale chyba najpierw musiałby podać się przynajmniej psychoterapii.
Trener Papszun lawiruje pomiędzy ustawieniami 3-4-2-1 a 3-5-2 z uwagi na to ,że brakuje w zespole Legii rozgrywającego , a właściwie dogrywającego prostopadłe piłki ze środka pola i zmuszony jest wykorzystywać z wahadłowych jako skrzydłowych a właściwie dogrywających z bocznych sektorów boiska.
Nie pora na narzekanie ,ale w Legii brakuje myślenia strategicznego , co przynosi opłakane ale i kosztowne defekty, kiedy to sprowadza się niezłych zawodników, sowicie się ich opłaca i sadza się na ławie , bo nie pasują do koncepcji. Normalność na tym polega ,że trener pasuje do zawodników ,a zawodnicy do trenera,a w Legii jeden od Sasa,a drudzy od Lasa.
Zmiana trenera odpowiedzialnego za obronę przeciw stałym fragmentom gry nie przynosi efektów, a ja swym amatorskim rozumkiem nie mogę pojąć , jak można powierzyć niższemu o kilka cm Augustyniakowi krycie w polu bramkowym wyższego Mauridesa i nie ustawić od piłki przed polem bramkowym wysokiego ( 196 cm) Rajovicza - przynajmniej by się do czegoś nadał
Natomiast w I połowie można było dostrzec w naszym zespole zarys sieciowej kontroli przestrzeni , na razie na podstawie niskiej i średniej strefy ,ale od czegoś trzeba zacząć. Lecz w II połowie znowu dotknął nas analfabetyzm taktyczny. Chyba jakiś czart miesza
We współczesnej piłce dojrzałe zespoły nie tracą energii na pressingi , lecz przeszkadzają i opóźniają rozpoczęcie akcji zaczepnych rywalom, czekając,aby dobrym ustawieniem ( sieć) , asekuracją przechwycić niecelne podania czy źle przyjęte piłki i dość często taki zamysł dawał efekt , ale co z tego ,jak nawet przemyślnie rozpoczynaliśmy konstruowanie akcji zaczepnej, jak im bliżej było bramki Radomiaka tym było z tym gorzej , głównie z tego powodu,że pomocnicy nie nadążali za skrzydłowymi i napastnikiem Adamskim.Dobrze,że chociaż staraliśmy się kończyć akcje strzałami,ale też były one oddawane kilka razy z nieprzygotowanych pozycji i z obawy przed utratą piłki , jako ,że próby ataków kombinacyjnych zupełnie nam nie wychodziły.
Ze sporadycznego rzutu kamery na nasz boks można było dostrzec niezadowolenie Papszuna ,że nasi zawodnicy zamiast grać piłką i przemieszczać się w kierunku bramki Radomiaka cofali się, grali do tyłu , lub do boku.Coś szwankuje dyscyplina taktyczna.
Obrona Radomiaka do szczelnych nie należy ,ale aby to wykorzystać to trzeba stale ponawiać ataki, "siedzieć na nich " i nie dać im oddychać. Generalnie w naszą grę wkradło się za dużo wyrachowania ,a za mało w niej spontaniczności.
Początek II połowy nie był dla nas obiecujący , bo owszem potrafiliśmy wymienić kilka podań,ale za wolno zdobywaliśmy teren , tak jak byśmy bali się przegrać zamiast chcieć wygrać. Rozumiem ,że trener Papszun nie chciał zmianami niczego zepsuć,ale chyba widział niemoc i bezradność i powinien wcześniej sięgnąć do rezerw,aby chociaż z czystym sumieniem powiedzieć ,że się próbowało ,ale się nie udało.
Dokonane zmiany nie tylko nie dokonały przełomu ,ale jeszcze bardziej sprowadziły nasze poczynania do defensywy , gdyż przed piłką było najwyżej 2 naszych zawodników,a reszta była za piłką.
Więc nie tylko nasz zespół nie bił głową w mur , ale w ogóle nie bił się o wygraną.
Trener Ramirez dotychczasowy asystent Feio niczego w składzie , ani systemie gry Radomiaka nie zmienił , bo po prawdzie to za dużo przestrzeni do tych zmian nie ma.
Mogliśmy na własne oczy stwierdzić ,że Feio oskarżający działacza o doprowadzenie murawy do katastrofalnego stanu miał rację i nie zmieni tego faktu opowiadanie ,że obie drużyny miały takie same warunki , bo warunki powinny być do grania ,a nie do unikania połamania nóg.
W zespole Radomiaka jest bardzo dobry rozgrywający Rafał Wolski i to on stara się trzymać piłkę na połowie rywali, usiłując wykorzystać popełniane przez przeciwnika błędy w defensywie.Nie był to ze strony Wolskiego zbyt duży wysiłek , gdyż Legia broniła w średniej i niskiej strefie , więc ponad połowa placu gry leżała odłogiem.Jeszcze większym bohaterem Radomiaka był wczoraj bramkarza Majchrowicz , który 3 razy obronił to co wydawało się nie do obrony.Więc bohaterami nie byli sprowadzeni chyba na wagę Portugalczycy ,ale jedyni Polacy w składzie .
Ponieważ zespół Legii dobrze bronił to kilku graczy Radomiaka usiłowało indywidualnymi akcjami, dryblingami osiągnąć to co się zespołowo nie udawało, a kiedy i to zawodziło dość niebezpiecznie zaostrzyli grę , na co sędzia Lasyk zareagował ,ale zbyt opieszale.
W drugiej połowie zespół Radomiaka , pewno z zaskoczeniem, miał jak to się mówi więcej z gry. Bo to oni chcieli zejść niżej, wciągać legionistów na własną połowę co by Legię napastować szybkimi kontrami.
Z wejścia graczy Radomiaka do gry w II połowie widać było ,że z remisu to oni szczęśliwi nie są,ale na nasze szczęście do poziomu gry Wolskiego się nie dostroili.
Po wczorajszym spotkaniu którego arbitrem był Piotr Lasyk można się było przekonać jak duży wpływ na poziom przestrzegania przepisów, zasad gry ma postawa sędziego jaką prezentuje od samego początku spotkania. Już w 4' Adamski upadł w polu karnym sygnalizując ,że był faulowany przed linią przez Diegueza , na co Lasyk nie zareagował, mimo ,że obrońca Radomiaka nadepnął na czubek stopy Legionisty powodując jego upadek. Dla bytu faulu , wbrew temu , co mówili komentatorzy nie ma znaczenia siła i intencja z jaką dokonano faulu , te czynniki mają wpływ na ewentualny rodzaj kary indywidualnej np za użycie nadmiernej siły czy brutalność. Mecz się toczył ,a Lasyk brnął w kompletnie niezrozumiałe tolerowanie coraz brutalniejszych ataków zawodników obu drużyn na siebie i np. w 15 ' nie ukarał nawet żółtą kartką Piątkowskiego za brutalny faul na Luquinhasie ( atak wyprostowaną nogą z góry na staw skokowy prawej nogi).Podobnie w 28 ' doszło do zderzenia głowami Kuna z Quatarą, i Lasyk nawet nie odgwizdał faulu , mimo ,że Kun był spóźniony i zaatakował głową rywala już po odbiciu przez niego piłki. Do końca I połowy trup słał się gęsto ,a za mściciela , za pozwoleniem Lasyka robił Luquinhas , który potrafił po kolei skosić Augustyniaka i Elitima - oczywiście bez reakcji arbitra.
W II połowie Lasyk nadal sędziował jak by zapomniał wziąć okularów z szatni i dopiero w 52 ' po raz pierwszy sięgnął po żółty kartonik, po chwili po drugi i jak makiem zasiał brutalność gdzieś zniknęła, a walka toczyła się ramach i granicach przepisów. Rozumiejąc ,że piłka nożna jest grą kontaktową to jednocześnie trzeba sobie uświadomić,że przepisy po to są, by ich przestrzegać ,a w pierwszej kolejności do tego zadania wyznaczony jest arbiter.Wczoraj w poczynaniach Lasyka było za dużo woluntaryzmu , za dużo tolerancji dla nadmiernego używania siły ,a za mało szacunku dla kości zawodników.
Wczorajszy mecz to kolejny z cyklu potwierdzających ,że w piłce nożnej czynnik szczęścia kształtuje wynik w około połowie przypadków.O większej roli szczęścia nad zdrowiem zaświadcza przykład Titanica, kiedy to wszyscy byli zdrowi co nie przeszkodziło im w utonięciu. Musimy jako Legia mieć dużo szczęścia , abyśmy się nie utopili.