- Kategoria: Trybuna komentatorów
- gawin76
Raport Deloitte czyli laurka dla Legii
Firma Deloitte opublikowała kolejną edycję raportu 'Piłkarska Liga Finansowa', analizującego przychody uzyskiwane przez kluby Ekstraklasy. Z raportu wynika, że Legia w roku 2012 uzyskała przychód w wysokości ponad 66 milionów złotych, zdecydowanie dystansując krajową konkurencję. Drugie w raporcie Zagłębie Lubin może pochwalić się przychodem o ponad 26 milionów złotych niższym.
Z pełnym raportem w formacie PDF można zapoznać się w tym miejscu. Wynika z niego, że prawidłowości i kierunki obserwowane w tym momencie w polskiej piłce nie nastrajają niestety, przynajmniej w wymiarze ogólnokrajowym, zbyt optymistycznie. Przychody naszych klubów nie rosną tak dynamicznie jak w poprzednich latach, rośnie za to poziom wynagrodzeń, którego uśredniony wskaźnik wynosi obecnie w przypadku polskich klubów 76% i wyraźnie przekracza 'stan ostrzegawczy'.
Autorzy raportu, dostrzegając problemy wynikające z zahamowania wzrostu przychodów, nadal zachowują jednak ostrożny optymizm w kwestii możliwości powrotu na pożądaną ścieżkę, wskazując między innymi na poprawiającą się infrastrukturę stadionową, korzystniejszy w kolejnym sezonie kontrakt telewizyjny (o około 10%) oraz zwiększoną na skutek reformy liczbę meczów w toku rozgrywek Ekstraklasy.
Z tym optymizmem nie do końca się zgadzam, nie zgadzałem się z nim zresztą już w zeszłym roku, omawiając poprzedni raport Deloitte, pisałem wówczas tak: "Sądzę, że rzut oka na przyjęty podział struktury przychodu (dni meczowe, transmisje telewizyjne oraz przychody komercyjne) prowadzi do wniosku, że w obszarze dni meczowych i transmisji telewizyjnych jesteśmy niepokojąco blisko wartości w danym momencie maksymalnych.". Dziś mogę te słowa powtórzyć, dodając, że dziwię się nieco analitykom Deloitte, którzy za dobrą monetę biorą planowany minimalny wzrost wartości kontraktu telewizyjnego, gładko przechodząc do porządku dziennego nad szerszym tematem oferowanych obecnie w Polsce kwot za prawa telewizyjne (temat poruszany zresztą niedawno na stronach czarnej-eLki). Wzrost, o którym mowa w perspektywie kolejnego sezonu, absolutnie nie przysłuży się zasypaniu gigantycznej dziury w przychodach nie tylko między Ekstraklasą a tzw. wielką piątką (Anglia, Francja, Hiszpania, Niemcy, Włochy), ale też między nami a Belgami, Holendrami czy Austriakami. Przeciętna liga austriacka, której nośność medialna wydaje się dyskusyjna, inkasuje za prawa telewizyjne 119 milionów euro, w porównaniu do 46 milionów euro trafiających do polskich klubów, należy przy tym pamiętać, że w Austrii jest mniej drużyn w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jeżeli chodzi o kolejny element, którym jest większa ilość meczów zaplanowanych w sezonie ligowym, niestety nie musi on automatycznie oznaczać zwiększonego przychodu z dni meczowych, zwłaszcza że nie da się w tym momencie przewidzieć, czy osłabienie wartości i znaczenia meczów rozegranych w ramach zasadniczej fazy rozgrywek, nie znajdzie przełożenia na obniżoną frekwencję na stadionach w jej trakcie.
Autorzy słusznie zwracają uwagę na fakt, że spadek przychodów polskich klubów wiąże się także z brakiem sukcesów w europejskich pucharach (minimum faza grupowa). W 2012 nie było 'koni pociągowych', które zwielokrotnionym na skutek gry w Europie przychodem z dni meczowych i kontraktów telewizyjnych podniosłyby słupki dla całej ligi. Doskonale ilustruje to jeden z większych problemów w kontekście pogoni za mocniejszymi finansowo ligami Europy, to problem rankingu, rozstawienia, regularnie potwierdzanej piłkarskiej siły czołowych klubów reprezentujących daną ligę w pucharach. W Polsce nie ma Celtiku, PSV ani Anderlechtu.
Jednocześnie ogromne kontrowersje budzi kwestia zarządzania przychodem w klubach Ekstraklasy. W wielu przypadkach mamy do czynienia z rozpaczliwą pogonią za uratowaniem bytu, bez możliwości prowadzenia rozsądnej polityki opartej na długofalowym planowaniu, bez brania poprawki na fakt, że droga z piłkarskiego szczytu, jakim jest w naszych warunkach gra w Ekstraklasie, na piłkarskie dno, jest obecnie krótsza i bardziej bolesna niż mogłoby się wydawać. Walka o utrzymanie zespołu w Ekstraklasie jest w wielu przypadkach prowadzona po linii najmniejszego oporu, oparta w znacznej mierze na kontraktowaniu przepłacanych zawodników, przy braku inwestycji w młodzież i infrastrukturę. A przecież o tym, że w wyrównanej polskiej lidze niekoniecznie wprost przez pieniądze musi wieść droga do sportowego szczęścia, przekonuje przykład Piasta Gliwice, który zajął czwarte miejsce w sezonie 2012/13, dysponując najniższym budżetem płacowym.
Jak na tym tle wypada, co dla nas najistotniejsze, Legia?
Bez wątpienia w wielu obszarach wskaźniki wyprowadzone przez Deloitte wyglądają bardzo przyzwoicie, wskazując na cenną przewidywalność w strukturze klubowych finansów. Mimo braku awansu do fazy grupowej europejskich pucharów, mimo wyraźnego obniżenia frekwencji jesienią 2012 (na skutek wiadomych czynników związanych z sytuacją na trybunach), udało się uniknąć załamania przychodu z dnia meczowego, spadek o zaledwie 1,9 miliona złotych to w tych okolicznościach bardzo korzystna wiadomość. Ponadto wyliczenia Deloitte wskazują na dobrze opracowaną politykę wysokości cen biletów i karnetów, mimo frekwencji niższej niż w Poznaniu, od Lecha zarobiliśmy na dniach meczowych ponad 4 miliony złotych więcej.
Spadek w obszarze pieniędzy z praw telewizyjnych był oczywisty w momencie wyeliminowania nas z europejskich pucharów przez Rosenborg Trondheim, tego rodzaju wiadomość rzecz jasna nie może cieszyć, ale pokazuje przynajmniej, gdzie stosunkowo najszybciej można zwiększyć przychód i na skok jakiego rzędu liczyć w przypadku powodzenia. Analitycy Deloitte szacują, że w przypadku awansu do Ligi Mistrzów, Legia byłaby prawdopodobnie pierwszym polskich klubem generującym przychód przekraczający 100 milionów złotych. Taka wizja brzmi doprawdy imponująco, jednak jej realizacja, o czym zresztą wielokrotnie dyskutowaliśmy ostatnio na stronach czarnej-eLki, nie może stać się naszą idée fixe, podążając za którą sprowadzilibyśmy na siebie zagrożenie znacznie większe niż zanotowany miedzy latami 2011 a 2012 spadek przychodu z tytułu praw telewizyjnych o 10 milionów złotych.
Do powyższych uwag należy dodać, że Deloitte w swoich raportach konsekwentnie nie uwzględnia przychodów z transferów, co oznacza, że raport najprawdopodobniej nie obejmuje pieniędzy, które zainkasowaliśmy ze sprzedaży choćby Rybusa i Borysiuka zimą 2012. Faktyczny przychód Legii mógł zatem osiągnąć poziom jeszcze wyższy niż podawany w raporcie.
Jeżeli jest coś, co budzi odrobinę nieufności względem legijnych finansów, to pozycja trzecia, czyli tak zwane przychody komercyjne, na przykład z tytułu umów sponsorskich. Legia wykazała, że z tego źródła pochodzi aż 59% klubowego przychodu, czyli niemal 40 milionów złotych. Dla porównania, Lech wykazał w tym obszarze przychód około 15 milionów złotych, Wisła około 12 milionów.
Szczerze mówiąc, zachodzę w głowę, skąd do klubu wpłynęło aż tyle złotówek. Nieoficjalnie mówi się, że Pepsi płaci Legii za prawa do nazwy stadionu sześć milionów złotych, T-Mobile przekazuje Ekstraklasie podobno 16 milionów złotych za sezon, wniosek oczywisty, że do klubu musiały trafić pokaźne środki z jeszcze innych źródeł, w wysokości aż o 13 milionów złotych przekraczającej przychód osiągnięty w roku 2011 i niemal o 30 milionów złotych wyższe niż w roku 2010, który przecież jasno lśni na naszej osi czasu jako moment oddania do użytku nowego stadionu, co prawda jeszcze nie w stuprocentowej funkcjonalności, bo bez trybuny zachodniej i lóż biznesowych. Być może to właśnie loże w znacznym stopniu przyczyniły się do rekordowej wysokości przychodu ze źródeł komercyjnych, jednak bez bardziej szczegółowych danych i analizy porównawczej rozciągniętej na więcej sezonów funkcjonowania klubu w obecnym kształcie, nie odważę się wyciągać wniosków jednoznacznie pozytywnych, ani też ewentualnie negatywnych.
Skąd te drugie? Spójrzmy na Zagłębie Lubin, które zostało wiceliderem raportu Deloitte, wykazując przychód w wysokości ponad 40 milionów złotych, spośród których ponad 33 miliony pochodzą z wpływów komercyjnych. O ile możemy jeszcze ideologizować pozycję Legii, widząc w naszym klubie nośnik reklamy zdolny do wygenerowania wielomilionowego przychodu, o tyle w przypadku Zagłębia jest najzupełniej jasne, że te środki są przekazywane klubowi przez właściciela, koncern KGHM.
Trwałego powrotu wariantu, w którym to właściciel corocznie zasypuje pokaźnych rozmiarów dziurę w klubowym budżecie, z pewnością byśmy nie chcieli. Warto zwrócić uwagę na fakt, że przy zmniejszeniu wpływów komercyjnych tylko do poziomu z zeszłego roku, utrzymanie budżetu płacowego skutkowałoby tym, że pochłaniałby on aż 78% klubowego przychodu (63% wynikające z omawianego raportu to, zdaniem analityków Deloitte, wartość bliska optymalnej), a brak przychodu wiążącego się z grą w fazie grupowej europejskich pucharów, oznaczałby dla Legii natychmiastowy, realny problem.
Reasumując, trzeba sobie jednak powiedzieć, że mimo pewnych zawirowań i znaków zapytania, Legia wydaje się bardzo sprawnie adaptować do rynkowych realiów, w których klub piłkarski funkcjonuje jako skomplikowany system naczyń połączonych, wzajemnie się napędzających i wzajemnie od siebie zależących. Oby tak dalej.


Oczywiście mocno denerwuje różnica między nami a taką Austrią ale jeśli tylko porównamy wpływy z tv to już robię mniej skory do awantur. Przepaść rzeczy nie napisać Rów Mariański. Tu trzeba cisnąc i tyle.
Co do stosunku płać do wpływów to zdaje się prezes Leśnodorski mocno sytuację kontroluje. Obniżki apanaży, zmiany zapisów w kontraktach ściśle powiązane z sukcesami sportowymi czyli kasiorką dobrze rokują status quo w tym temacie.Dacie zarobić to i my damy zarobić, logiczne i słuszne. Kończąc te wynaturzenia zupełnego ignoranta w dziedzinie "pieniądz kasa, wydatki(no tu jestem niezły), zarabianie mamony" mam głębokie przekonanie ,że ten rok będzie jeszcze lepszy i to bez względu na europejskie sukcesy lub ich brak.
Dlatego dla mnie kilka rzeczy w tym raporcie jest niezrozumiałych i niejasnych. Po 1 jak rozumiem raport dotyczy roku 2012, a nie konkretnego sezonu, więc po co powoływanie się na frekwencję w całym sezonie skoro obniżka dotyczyła kilku meczów pod koniec roku ? Jak się robi taki raport roczny to należy podawać informacje spójne z jego przeznaczeniem, więc należałoby policzyć frekwencję w danym roku, a nie powoływać się na sezony. Po 2 w 2012 roku graliśmy ze Sportingiem, a to lekką ręką 2 mln zł przychodu. Uwzględniono? Nie uwzględniono? Nie wiemy, jest tylko enigmatyczne stwierdzenie, że przychody są mniejsze bo odpadliśmy z pucharów. Po 3 zdaje się, ze UEFA wypłaca tzw. bonus za udział w rynku na koniec rozgrywek, dopiero jak policzy kto jak daleko zaszedł, jaki miał udział w rynku medialnym w swoim kraju itd., a więc ten bonus również otrzymaliśmy w połowie 2012 i tak należałoby zakwalifikować przychód. Tutaj jest niestety pobieżna informacja, więc nie wiemy gdzie i czy w ogóle uwzględnione mecze ze Sportingiem (za remis też chyba coś UEFA wypłaca?) i wpływy z UEFA.
I na koniec to o czym pisze gawin, nasze przychody komercyjne skoczyły z 26 mln do 40 mln. Tutaj jestem w stanie bronić tych liczb. Z Pepsi podpisaliśmy w listopadzie 2011, więc dopiero od 2012 zaczęła obowiązywać w pełni, a to dodatkowe 6 mln zł. Do tego doliczmy wpływy z lóż w wysokości około 5 mln zł i już mamy 11 mln z 14 mln różnicy między rokiem poprzednim. Do tego dodajmy umowę z activejet, również podpisaną pod koniec 2011. Nie znam różnicy między kwotami otrzymywanymi od n i activejet, ale zapewne też jest to suma większa. Te wartości wydają się w miarę wiarygodne.
Reasumując: szkoda, że raport jest tak nieprecyzyjny, wprawdzie rozumiem, że wszystkich szczegółów podać nie można, ale jednak zbyt ogólnikowy, mało precyzyjny i gdzieniegdzie mylący. Natomiast nawet biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki jest bardzo optymistyczny dla Legii i pokazuje skalę naszych możliwości (strach się bać co będzie jak co roku będziemy grali w pucharach, choćby w LE
Niewątpliwym jest, ze Legia w przychodach przegania inne kluby wyrażnie. Niemniej nadal ma budżet bardzo niezrównoważony. Można pokusić się o porównanie zeszłorocznych przychodów z budżetami klubów Ekstraklasy na nadchodzący sezon. Klubami, które zmniejszyły budżety poniżej tych wpływów to: Zagłębie Lubin /o 11 mln./, Śląsk /o 6 mln./, Wisła /o 4,5 mln./, Widzew /o 1,7 mln./, Podbeskidzie /o 1,5 mln./. Drużyny, które mają budżety na poziomie wpływów to: Lechia i Górnik. Pozostałe utrzymują deficyt: Legia 14 mln., Lech 10 mln., Ruch 2 mln., Jagiellonia 5 mln., Pogoń 5 mln., Korona 8 mln., i Piast 9,4 mln/. Spośród tych ostatnich tylko Legia i Lech mają przynajmniej teoretyczne możliwości zbilansowania wpływów z wydatkami. Reszta wpada w korkociąg zadłużania się i upadku. Dwa kluby wchodzące do Ekstraklasy mają jak twierdzą ich prezesi budżety zbilansowane /oba po 12 mln/ i są one wyższe tylko od Podbeskidzia i Widzewa.
Płace pionu sportowego klubów polskich są rzeczywiście na najwyższym poziomie w stosunku do wielkości budżetów, lecz wynika to głównie z systemowej słabości finansowej polskich klubów. Nasi piłkarze w stosunku do umiejętności śmiem twierdzić zarabiają proporcjonalnie znacznie mniej niż w większości krajów. Podobnie jak i inni pracownicy w Polsce.