Na ligowych szczytach już wszystko jasne, upragniony tytuł powędrował do Warszawy, w pucharach zagra też Lech, Śląsk Wrocław i zapewne Piast Gliwice. Za to w najlepsze, trawa walka o utrzymani i to właśnie tą rywalizacją będziemy się emocjonować w przedostatniej, 29. kolejce spotkań. Wszystkie mecze jednocześnie, wszystkie we czwartek, aż sam nie wiem, które spotkanie wybrać. Emocji na pewno nie zabraknie, czy będzie też ciekawie piłkarsko? Mam nadzieję, że trema nie pożre naszych ligowców. Ale o tym przekonamy się już na stadionach. Pewne jest natomiast jedno, czeka nas wielka bitwa na dole tabeli.
Trudno w tym momencie stwierdzić, czy remis w Łodzi oddalił nas od zdobycia mistrzostwa Polski, czy wręcz przeciwnie - przybliżył. Bez względu na przyszłe rozstrzygnięcia należy jednak stwierdzić, że dzisiejszy wynik to duże rozczarowanie. Słaby Widzew, któremu Lech zaaplikował cztery bramki, którego na jego boisku dopiero co pokonała Lechia Gdańsk, odebrał nam dwa bezcenne punkty.
Jeśli niedawne mecze możemy porównać do ostatniego wirażu, to te nadchpodzące do ostatniej prostej. Liga nabiera szalonego tempa, co ważne dla nas, kibiców, ta końcówka zapowiada się niezwykle ciekawie. W nadchodzącej 28. kolejce Ekstraklasy będziemy świadkami niezwykłych w naszych warunkach pojedynków. Prawie każde spotkanie będzie toczyło się w atmosferze futbolowej wojny. W prawie żadnym, nie będzie taryfy ulgowej, w prawie każdym, remis oznacza porażkę, a porażka to koniec marzeń. Dla jednych o lidze, dla innych o Europie. Będzie to runda piłkarskich dramatów i euforycznych uniesień. Oj, będzie się działo.
Mecz sezonu rozstrzygnięty po naszej myśli! Rzut karny podyktowany w 86. minucie został pewną stopą Ivicy Vrdoljaka zamieniony na bramkę na wagę zwycięstwa i powiększenia przewagi na Lechem Poznań do pięciu punktów. Pięć punktów, trzy mecze. Mistrzowska korona jeszcze nie tkwi na naszych skroniach, ale jest bliżej niż kiedykolwiek w tym sezonie.
Nadchodząca kolejka ligowa zapowiada się całkiem emocjonująco. Jak by jednak na to nie patrzeć mecze tej rundy przyćmi spotkanie na Łazienkowskiej. Oczy kibiców piłkarskich, choć ten jeden raz zwrócą się w kierunku Warszawy.Na Pepsi Arenie odbędzie się spotkanie, które z wielkim prawdopodobieństwem będzie zwieńczeniem wysiłków dwóch zespołów walczących o główne trofeum. Nic więc dziwnego, że zażarte boje o utrzymanie, czy nawet walka o europejskie puchary tym razem schodzi na dalszy plan.
To miał być jeden z najtrudniejszych meczów w tej rundzie. Legia znajdująca się pod presją wywieraną przez rozpędzoną poznańską lokomotywę, wstrząsana wewnętrznymi perturbacjami, udała się do Białegostoku, by zmierzyć się z Jagiellonią, której nie pokonaliśmy na jej boisku od 2008 roku i stanąć oko w oko ze 'starym dobrym wrogiem' Tomaszem Frankowskim. Miała być gehenna, wyszedł... spacerek. Legia zmiażdżyła gospodarzy 3:0.
Jedna rozgrywki już za nami, znamy rozstrzygnięcie. Puchar Polski zawitał do Warszawy. Teraz kibicom piłki nożnej pozostała już tylko liga. A w niej emocje zaczynają narastać, zdaje się, że jeszcze kilka stopni (konkretnie pięć) i eksploduje. Kto przeżyje tą eksplozję? Kto wyjdzie z niej zwycięsko? Na odpowiedź musimy jeszcze poczekać, tymczasem już teraz będziemy mogli emocjonować się kolejną, 26. Już kolejką ligową. Zapraszam.
Już szesnasty raz możemy cieszyć się z wywalczenia pucharu Polski. W ciepły środowy wieczór na własnym, wypełnionym po brzegi stadionie dopełniliśmy formalności, pieczętując zdobycie cennego trofeum. Niestety gra Legii była daleka od ideału. Czy to co wystarczyło do uratowania przewagi uzyskanej we Wrocławiu, wystarczy do zdystansowania ścigającego nas w lidze Lecha?
Legia utrzymuje dwa punkty przewagi nad Lechem Poznań. W słoneczne niedzielne popołudnie pokonaliśmy na swoim stadionie Lechię Gdańsk 1:0. Nie obyło się bez nerwów, nie zabrakło kłopotów, ale nasze zwycięstwo było zasłużone. Bohaterem meczu został Jakub Kosecki, który zdobył gola na wagę bezcennych trzech punktów.
Do przerwy 2:0. Dzięki bramkom Marka Saganowskiego Legia pewnie zwyciężyła w pierwszym meczu finału pucharu Polski rozegranym we Wrocławiu. Rewanż w najbliższą środę w Warszawie. Puchar będzie nasz... szesnasty już raz?
Przed nami kolejna, 25 już runda spotkań. Podczas gdy większość narodu zajmie się smażeniem karkówki, piłkarze naszej Ekstraklasy muszą wyjść na boiska. Czy tym razem zadowolą nielicznych kibiców, którzy jednak zdecydują się zasiąść na trybunach stadionów? A może jednak wyjdą podreptać trochę w jedną, trochę w drugą stronę i na działkę? Zobaczymy, ja w każdym bądź razie nie spodziewam się, aby w ciągu tygodnia jakoś drastycznie podnieśli swoje umiejętności ( a może raczej chęci), całe szczęście, że słońce również postanowiło wyjechać na majówkę. Może, więc nie będzie tak źle (jak ostatnim razem).
Nie udało się podtrzymać passy ligowych zwycięstw, w Gliwicach nie znaleźliśmy sposobu na pokonanie bramkarza gospodarzy. Drugi raz tej wiosny (trzeci, wliczając pucharowy wyjazd do Chorzowa) zakończyliśmy mecz wynikiem 0:0. Nasza przewaga nad Lechem wynosi pięć punktów, ale nie możemy być zaskoczeni, jeżeli w poniedziałkowy wieczór zmaleje do dwóch oczek.
Tak, tak, ¾ ligi już za nami, można więc powiedzieć, że wkraczamy w decydującą fazę rozgrywek. A zważywszy na fakt, że jak dotychczas niewiele rozstrzygnięć zapadło, powinno być coraz bardziej interesująco. Tylko te nasze zespoły jakoś tak nie do końca biorą to sobie do serca. O ile jeszcze walki na boiskach nie brakuje, o tyle dobrej gry mamy jak na lekarstwo. Niestety, dla spragnionych dobrej ligowej piłki nie mam dobrych wiadomości, tym razem wcale nie będzie lepiej. A przecież derby Śląska, szaleńczy bój o utrzymanie, walka o mistrza, to wszystko powinno gwarantować odpowiedni stopień kibicowskich doznań. Może w innej lidze, może za kilka lat…
Na koncie Legii widnieją już 52 punkty zdobyte w bieżących rozgrywkach ligowych. Kolejną wziętą przeszkodą okazała się Pogoń Szczecin, choć po niemrawym starcie i nieoczekiwanie szybko straconej bramce, trzeba było odrabiać straty, co udało się dopiero po przerwie. Bramkowym łupem podzielili się Ivica Vrdoljak, Wladimer Dwaliszwili i Tomasz Brzyski.
Nie samą piłką człowiek żyje, Monrooe zadał egzystencjonalne pytanie: jak żyć? I odpowiedział sobie: trzeba zarabiać! Z tego powodu, przygnieciony brzemieniem zawodowych obowiązków, własny cykliczny dział w czarnej-eLce, w tym tygodniu, nieopatrznie powierzył kolegom, złudnie wierząc, ze zadaniu sprostają. Koledzy tej wiary nie podzielają, liczą, na szybki powrót Monrooe do pracy w imię chwały Legii, a nie mamony, choć ta też ważna, niezbędna jak punkty dla niektórych klubów, czy to na dole, czy na górze tabeli, ich zdobycie lub utrata warunkuje i finanse i egzystencję na określonym poziomie.
Trzeci rok z rzędu zagramy w finale pucharu Polski. W rewanżowym meczu z Ruchem szło nam jak po grudzie, ale dzięki skuteczności Wladimera Dwaliszwilego pokonaliśmy gości 2:1. Legia nie zachwyca, ale zwycięsko prze do przodu. Czy taka tendencja utrzyma się do końca sezonu?
Stadion Wisły został odczarowany. Po 16 latach bez ligowego zwycięstwa na Reymonta, wreszcie pokonaliśmy krakowskiego przeciwnika. To piąte kolejne wiosenne zwycięstwo podopiecznych Jana Urbana i arcyważny krok w kierunku wywalczenia mistrzostwa Polski.
Zza chmur twarz wychynęło słońce, to białe coś najpierw jakby niepewnie, ale w końcu dość stanowczo zaczęło znikać ze świata. W tych oto, pięknych okolicznościach przyrody, mamy okazję podziwiać kolejne spotkanie z naszą Ekstraklasą, już po raz 22. Czy wraz z wiosną nadejdzie wreszcie forma? Większość ligowych zespołów ma nadzieję, że tak, ale czy odrobina ciepła jest w stanie wpłynąć na naszych milusińskich „aż tak”. Nie byłbym tego taki pewien, niemniej jednak wolałbym, aby faktycznie słoneczne promienie miały zbawienny wpływ na naszych kopaczy. Nie pozostaje nam nic innego jak przekonać się o tym na własne oczy.
Mogłoby się wydawać, że dla grającej wiosną z meczu na mecz coraz lepiej Legii nie ma lepszego przerywnika w zmaganiach ligowych od starcia z Ruchem. Znajdujący się na fali wznoszącej piłkarze lidera tabeli jechali w końcu w gości do Chorzowa, gdzie raptem trzy dni temu przekonująco wygrało Podbeskidzie Bielsko-Biała. Słoneczko wreszcie świeci, grubość pokrywy śnieżnej systematycznie spada - nic tylko grać i wygrywać, prawda?
Zadanie wykonane. Dwie zdobyte bramki, czwarte kolejne ligowe zwycięstwo, piąty ligowy mecz na własnym stadionie bez utraty gola, pierwsze miejsce w tabeli, cztery punkty przewagi nad Lechem - to najprostsze liczbowe podsumowanie sytuacji po sobotnim meczu z Zagłębiem Lubin.